Radość Bożego Narodzenia we wspomnieniach znanych sochaczewianek
Chyba nie ma piękniejszego czasu niż oczekiwanie na wigilijną wieczerzę, pasterkę z kolędami, św. Mikołaja, rozchodzący się w domu zapach choinki i pieczonych ciast. Wracamy wtedy pamięcią do czasów dzieciństwa, młodości i tego intensywnego przeżywania świąt. O swoim Bożym Narodzeniu opowiedziały nam znane sochaczewianki – Barbara Jachimowicz, Daniela Cieślak i Barbara Sobkowicz.
Barbara Jachimowicz – malarka, wieloletnia instruktorka plastyki w Miejskim Ośrodku Kultury i Sochaczewianka Roku 2015 urodziła się w Duranowie koło Sochaczewa, ale w pamięci przechowuje święta spędzane przy ul. Żyrardowskiej. Wtedy była na tyle dużym dzieckiem, aby pamiętać, jak one wyglądały.
- Jeden dzień poświęcony był na pieczenie ciast. Wszystkie wypieki mama robiła sama – strucle makowe, sernik, ciasto drożdżowe, w Wigilię smażyła tylko racuszki lub małe pączki, żeby były świeże. Następnego dnia powstawały dania z ryb, grzybów, kapusty, czerwony barszcz, kompot z suszonych owoców. Ponieważ mieliśmy w ogrodzie drzewa owocowe, warzywa, więc duża część potraw powstawała z własnych upraw – wspomina Barbara Jachimowicz. - Pora kolacji wigilijnej zależała od tego, na którą zmianę pracował tata, bo nie wyobrażaliśmy sobie, aby usiąść do stołu bez niego. Wtedy w Chemitexie pracowało się na trzy zmiany. Zanim wszyscy zgromadzili się w naszym domu, a było to zazwyczaj około 10 osób, obowiązkowa była wizyta na cmentarzu, aby zapalić świeczki na grobach najbliższych. Drugi zwyczaj był taki, że dzieliliśmy się kolorowym opłatkiem ze zwierzętami w obejściu. Dopiero po tym siadaliśmy do stołu. Wtedy mama, trzymając w rękach talerz z opłatkiem, składała wszystkim życzenia i wypowiadała sakramentalne zdanie: Oby na przyszły rok nikogo nie ubyło, a raczej przybyło.
Jak opowiada nasza rozmówczyni, na Wigilii, oprócz domowników, czyli rodziców i trójki dzieci, zawsze bywali członkowie dalszej rodziny, zwłaszcza ci starsi lub samotni, a czasem nawet sąsiedzi. Było wspólne kolędowanie przy choince, drobne upominki i wspaniała atmosfera.
- Po śmierci rodziców ja przejęłam tradycję organizowania wieczerzy wigilijnej, teraz już we własnym domu. W przygotowaniach kulinarnych pomaga mi brat, świetny kucharz, a ja z racji zawodu zajmuję się oprawą Wigilii – choinką, dekoracją domu. Co roku własnoręcznie wykonuję kartki świąteczne dla rodziny i przyjaciół. U mnie również bywa dużo osób, dla każdego samotnego znajdzie się miejsce. I ja także rozpoczynam kolację słowami: Oby nas nie ubyło... Tradycyjnie odwiedzamy groby, umawiamy się ze znajomymi na pasterkę, a później wspólnie obchodzimy Boże Narodzenie.
Daniela Cieślak – pedagog, chórzystka, współzałożycielka i wieloletnia prezes Towarzystwa Śpiewaczego Ziemi Sochaczewskiej, Honorowa Obywatelka Miasta
- Ilekroć ubieram świąteczną choinkę, moje myśli biegną do czasów dzieciństwa, do rodzinnego domu, do tych niepowtarzalnych dni – wspomina z nostalgią pani Daniela.
Urodziła się w Grądkach, dwa kilometry od pobliskiego Leszna. Rodzinny dom opuściła mając 14 lat, bo najpierw było liceum pedagogiczne z internatem, później studia, a następnie małżeństwo z muzykiem, Czesławem Cieślakiem, dyrygentem sochaczewskich chórów, najpierw nauczycielskiego, a przez blisko dwie dekady TŚZS.
- Teraz w większości domów ubiera się sztuczne drzewka, a ozdoby kupuje w sklepach. Za czasów mojego dzieciństwa zawsze był żywy świerk, rzadziej sosenka, a wszystkie dekoracje wykonywaliśmy sami. Mama piekła pierniczki w kształcie gwiazdek, sama robiła cukierki krówki, które ja i moje rodzeństwo zawijaliśmy w kolorowe papierki, z bibuły i słomy wykonywaliśmy łańcuchy. Włoskie orzechy owinięte w sreberko i małe jabłuszka zastępowały bombki, których było niewiele - opowiada.
Daniele Cieślak przypomina także, że ozdoby rodzina przygotowywała dużo wcześniej, ale choinka ubierana była 24 grudnia. Również kolędy śpiewało się dopiero po wieczerzy wigilijnej, a nie jak teraz, na wiele dni wcześniej. Podkreśla przy tym słowo „śpiewało”, bo przecież nie było ich na czym słuchać.
- Jeśli chodzi o potrawy wigilijne, to tradycją była zupa grzybowa z kaszą gryczaną lub łazankami, obowiązkowo smażony karp, pierogi z kapustą i grzybami, kapusta z grzybami i grochem, śledzie, no i oczywiście kompot z suszu. Z tym ostatnim wiąże się pewna historia, ponieważ jako dzieci nie lubiliśmy owoców z kompotu, ale mama znalazła sposób. Układała te suszone i ugotowane jabłka, śliwki, gruszki na półmisku i zalewała galaretką. Półmisek wyglądał pięknie, bo owoce ułożone były w różne kwiatowe wzory, a co więcej – stawały się naszym ulubionym deserem, lepszym niż strucla makowa czy ciasto drożdżowe. Ten zwyczaj praktykuje się w mojej rodzinie do dziś.
Przed północą wyruszaliśmy do Leszna na pasterkę, aby modlitwą i radosnym śpiewem powitać Boże Dzieciątko – wspomina pani Daniela i dodaje, że przez całe życie, z wyjątkiem pandemicznego 2020 r. Wigilię zawsze spędzała w rodzinnym „gnieździe”, najpierw u mamy, po jej śmierci u bratowej, a od kilku lat u bratanicy.
Kiedy pytam o gwiazdkowe prezenty, wspomina, że były raczej symboliczne, ale pewnego roku dostała wielkiego misia, większego od niej i ta maskotka towarzyszyła jej przez szereg lat.
Wspomnienia tworzą naszą indywidualną historię, w ciekawy sposób odróżniają nas od innych, bo każdy w pamięci przechowuje coś innego. Nawet jeśli bywamy w tych samych miejscach, uczestniczymy w tych samych wydarzeniach, każdy z nas zapamiętuje je inaczej.
Barbara Sobkowicz, znana polonistka i autorka książek, przed laty animatorka życia kulturalnego Sochaczewa, opowiadając o kulinarnych przygotowaniach do świąt, jako ciekawostkę przypomina powojenny rytuał dotyczący słodkich wypieków.
- Mama wyrabiała ciasta w domu, ale do pieczenia nosiłyśmy je do piekarni państwa Żukowskich na ul. Staszica. Mieściła się ona w kamienicy, którą kilka lat temu rozebrano, niemal naprzeciwko straży. Blachy były zawinięte na drogę, żeby ciasto nie opadło, a że z domu do piekarni miałyśmy blisko, wypieki zawsze się udawały. Pamiętam duży piec, do którego specjalną łopatą piekarz wsuwał blachy wypełnione ciastem. W wąskich blaszkach znajdowały się strucle makowe, w dużych prostokątnych – ciasto drożdżowe. Pan Żukowski mówił, żeby przyjść po wypieki za określony czas, jak ciasto się upiecze i trochę wystygnie. Mama wracała do domu, a ja najczęściej zostawałam na miejscu, żeby „pilnować”, aż się wszystko upiecze. To oczywiście była wymówka, bo jako kilkuletnie dziecko chciałam wraz z innymi poobserwować pracę w piekarni. Panował tam duży ruch, bo takich chętnych jak moja mama było więcej, a przecież jednocześnie piekarnia musiała przygotować znaczną ilość pieczywa na święta. Kiedy wypieki były gotowe, przychodziła mama, znowu zawijała blachy, żeby ciasto nie zmarzło, płaciła jakąś niewielką kwotę i wracałyśmy do domu czynić dalsze przedświąteczne przygotowania.
Rozpoczął się Adwent, dla katolików czas oczekiwania na narodziny Dzieciątka, dużymi krokami wkraczamy także w okres intensywnych przygotowań do świąt naszych domów, spisujemy listy zakupów, szukamy prezentów gwiazdkowych dla najbliższych, bo taka jest nasza tradycja. Modyfikujemy ją, bo zmieniają się czasy, ale sedno pozostaje to samo. Radość z Bożego Narodzenia.
Jolanta Śmielak-Sosnowska


- to dla Ciebie staramy się być najlepsi, a Twoje zdanie bardzo nam w tym pomoże!