Janusz Kobla: dopiąłem swego
Janusz Kobla ma 86 lat i doskonałą pamięć. Kiedy pytam go o jakieś wydarzenie sprzed pół wieku, bez zastanowienia wymienia pełną datę. Jest prawdziwą skarbnicą wiedzy o czasach powojennych, tworzeniu się w Sochaczewie pierwszych instytucji, którymi dzisiaj szczyci się miasto. Coraz mniej wśród nas uczestników wydarzeń z tamtych lat, więc takie wspomnienia są na wagę złota.
Zanim jednak nasz rozmówca trafił do Sochaczewa, przeżył piekło wojny, która zupełnie zmieniła koleje losu i naznaczyła jego dzieciństwo niewypowiedzianym bólem.
Moje dzieciństwo było tragiczne
Wyznaje Janusz Kobla, który z urodzenia jest warszawiakiem. Ale tamten obraz stolicy nierozerwalnie wiąże się z wojną i niemiecką okupacją. Zapamiętał ją w oderwanych od siebie obrazach.
- Mieszkałem z rodzicami przy ul. Chłodnej 53 m 5. We wrześniu 1939 r. miałem trzy lata, ale w jakiś niezrozumiały sposób nadal widzę bombardowanie Warszawy, słynnego browaru Haberbuscha przy Grzybowskiej i mojego tatę w mundurze obrońcy Warszawy. Pamiętam też radość i zdumienie, kiedy pewnego razu tata przyniósł nam w lnianym worku ryż, groch, kaszę i to wszystko wymieszane z kawałeczkami szkła. Mama zawołała sąsiadki z dziećmi i wszyscy siedzieliśmy przy stole, wybierając te drobinki szkła. To musiał być już czas, kiedy ludziom zaczął doskwierać głód, bo nie znajduję innego wytłumaczenia, dla którego wykonywaliśmy taką żmudną pracę - opowiada Janusz Kobla.
Następny obraz to już późniejszy czas. Janusz ma sześć lat, kiedy umiera jego starszy o dwa lata braciszek Józio. Wielka tragedia, o której przez 80 lat nie można zapomnieć, nadal łzy napływają do oczu.
A potem kolejne wspomnienie.
- Był 1942 r. Mimo że miałem 6 lat, rozpocząłem naukę w szkole podstawowej przy ul. Leszno - róg Żelaznej. Chodziłem do niej dwa lata. Ten budynek stoi do dziś, choć w czasie powstania zostało zniszczone piętro. No i teraz nie ma tam szkoły. W pamięci utkwiło mi także pogorzelisko i dymy unoszące się nad zlikwidowanym w 1943 r. Gettem Warszawskim. Ale najtragiczniejszy był 1944 r.
W 36 dniu powstania warszawskiego, z bronią w ręku, zginęli moi rodzice. Zostałem sam. I gdy dzisiaj patrzę na ukraińskie dzieci przeżywające bombardowania, na te biedne sieroty, serce mi pęka, bo widzę w nich siebie, małego chłopczyka, który zostaje sam na świecie. Dobrze wiem, co one czują.
Dzięki kuzynom zostaje wywieziony z płonącej Warszawy do dziadków do Wólki Smolanej, niedaleko Sochaczewa. Tam zastaje go koniec wojny. Zaczyna się trudna egzystencja na wsi.
- Żyło nam się bardzo biednie. Przed wojną babcia była kucharką w dworze hrabiny Lasockiej. Wspaniale gotowała, robiła pyszne wypieki, ale po wojnie rzadko mogła wykorzystać swoje talenty, bo panowała ogólna bieda, nie było produktów, ludzie nie mieli pieniędzy, żeby korzystać z usług kucharki. Poza tym oboje dziadkowie byli już w podeszłym wieku, a mieszkanie więcej niż skromne - dodaje.
Młodość chmurna
Po przeprowadzce na wieś rozpoczyna naukę w Lasocinie. Jak z uznaniem wspomina, ta mała wiejska szkółka mogła się poszczycić wspaniałą nauczycielką. Była nią pani Stefania Diehl.
- Ona nie tylko uczyła, ale pokazywała nam, jak się uczyć, aby wiedza została z nami na długo. Tak sobie wziąłem do serca jej wskazówki, że kiedy zdawałem do technikum, przewodnicząca komisji egzaminacyjnej publicznie poinformowała, że zdałem najlepiej ze wszystkich chętnych. Byli tam chłopcy ze szkół w Chodakowie, Sochaczewie, a tymczasem ja, dziecko z małej szkółki, kierowanej przez panią Diehl, okazałem się świetnie przygotowany do dalszej edukacji.
Nasz rozmówca chodził do technikum w Chodakowie, zlokalizowanym na terenie fabryki, w biurowcu na trzecim piętrze. Jak przypomina, w 1946 r. zostało tam uruchomione gimnazjum przemysłowe, a w 1950 pierwsza klasa technikum na wydziałach: mechanicznym, elektrycznym i chemicznym.
- Ukończyłem wydział elektryczny. W tym czasie obowiązywał w Polsce nakaz pracy na okres trzech lat. Skierowano mnie do zakładu energetycznego do Tomaszowa Mazowieckiego. Od Sochaczewa to dokładnie 105 km, ale w tamtych czasach wydawało się, że to na drugiej półkuli. Żeby tam dojechać, trzeba było dostać się do Łowicza, potem przesiadka w Skierniewicach, następnie w Koluszkach i dopiero stamtąd do Tomaszowa. Wyprawa na cały dzień. W tym zakładzie, jako kierownik zmiany, odpowiadałem za pracę kotłów wysokoprężnych. Były tam turbiny szwajcarskie o mocy 25 MW każda. Jak na tamte czasy to potężne generatory. Ja i inni zatrudnieni w ramach nakazu pracy byli zakwaterowani przez zakład. Wtedy wydawało nam się, że mamy niezłe warunki, ale jak pomyślę o nich dzisiaj, to był to ogromny prymityw. Po trzech latach wróciłem do domu.
Z energetyka na urzędnika
Nasz rozmówca rozpoczął pracę w Sochaczewie w czerwcu 1967 r. jako sekretarz prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Wcześniej był przewodniczącym Gromadzkiej Rady Narodowej w Kożuszkach. Wtedy w jej skład wchodził prawie cały teren obecnej gminy Sochaczew – 37 wsi. Po czterech latach przeszedł na podobne stanowisko w Teresinie. Widocznie się sprawdzał jako organizator życia społecznego, bo zaproponowano mu stanowisko sekretarza Miejskiej Rady Narodowej w Sochaczewie. To były czasy, kiedy tzw. rady narodowe każdego szczebla były absolutnie podporządkowane władzy centralnej i lokalnym strukturom partyjnym, co nieraz nasz rozmówca odczuł na własnej skórze.
- Kiedy objąłem stanowisko sekretarza MRN, dotarło do mojej świadomości, że prawdopodobnie w 1968 r. Sochaczew powinien obchodzić 600-lecie nadania praw miejskich. Wystąpiłem do kierowników szkół, a za ich pośrednictwem do nauczycieli historii o pomoc. Nie otrzymałem żadnego odzewu, więc po głębokim namyśle sam zacząłem działać. Napisałem pismo do prof. Stanisława Herbsta, znanego historyka, który był przewodniczącym rady naukowej Mazowieckiego Ośrodka Badań Naukowych, z prośbą o potwierdzenie tego faktu - opowiada Janusz Kobla. - W efekcie tej inicjatywy wezwano mnie do siedziby powiatowych władz partyjnych na ul. Hanki Sawickiej. Otrzymałem reprymendę za to, że ośmieliłem się wystąpić do władz centralnych bez wiedzy organów partyjnych. Odebrałem także zakaz podejmowania takich działań w przyszłości - dodaje.
Ale jego list do prof. Herbsta dotarł. Otrzymał wiadomość, że ma w określonym dniu zgłosić się do doktora Jerzego Antoniewicza, sekretarza Mazowieckiego Ośrodka Badań Naukowych przy ul. Chocimskiej w Warszawie.
- Na spotkaniu tym zjawiło się duże grono osób z ośrodka, a doktor Antoniewicz przywitał mnie słowami: „Wreszcie ktoś w Sochaczewie zajął się historią i kulturą. Teraz Sochaczew będzie znany nie tylko z restauracji Wicek”. Wróciłem z Warszawy podbudowany, że to ja mam rację. Zaczęliśmy przygotowania do obchodów – opowiada nasz rozmówca.
Rok później odbyła się sesja historyczno-naukowa z udziałem zaproszonych gości, ukazało się opracowanie „Dzieje Sochaczewa i ziemi sochaczewskiej. Studia i materiały” autorstwa wspomnianego już Jerzego Antoniewicza oraz Stanisława Pazyry, wydane nakładem „Książki i Wiedzy”. Dużym wydarzeniem towarzyszącym obchodom była wystawa „Sochaczew wczoraj a dziś”. Jak twierdzi Janusz Kobla, przy tej wystawie bardzo pomagał Maciej Wojewoda, który sam się zgłosił do Miejskiej Rady Narodowej. Ekspozycja została zorganizowana w Powiatowym Domu Kultury przy ul. 1 Maja, gdzie obecnie mieści się bank, a kiedyś, jak przypomina Janusz Kobla, herbaciarnia carska z 1815 r., wybudowana dla żołnierzy rosyjskich.
Pod szyldem stowarzyszenia
W tym miejscu w naszą opowieść wkracza Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Sochaczewskiej, powstałe na początku lat 60. XX w. Janusz Kobla dołączył do niego, kiedy stowarzyszenie już istniało. Z wcześniejszych lat pamięta Janinę Świeżyńską, która była współzałożycielką SMZS oraz oddziału PTTK w Sochaczewie, ale bezpośrednio z nią nie współpracował. Nasz rozmówca był nawet w latach 1969-1975 przewodniczącym stowarzyszenia, a sekretarzem naukowym była wtedy Maria Gołkowska. W 1976 r. przeszedł do pracy w gminie Sochaczew i zrezygnował z funkcji przewodniczącego.
Istnienie stowarzyszenia dawało możliwość wyasygnowania niewielkiego dofinansowania na jego działalność ze środków pozabudżetowych, czyli z tak zwanego funduszu miejskiego, który przewidywał nieznaczną kwotę na działalność kulturalno-oświatową. Janusz Kobla pamięta, że przeznaczono wtedy jakieś pieniądze na rzecz Macieja Wojewody, który poświęcił się zbieraniu pamiątek po bitwie nad Bzurą. I tych pamiątek rzeczywiście przybywało.
W 1973 r. Kobla zostaje przewodniczącym Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Sochaczewie. Stwarza to naszemu rozmówcy większe możliwości zaangażowania się i decyzyjności w kwestii przybliżania mieszkańcom historii miasta.
- Miałem takie marzenie, żeby w historycznym ratuszu znalazło się muzeum. Wtedy w budynku tym urzędowały władze miasta. Z Maciejem Wojewodą doszliśmy do wniosku, że jest już na tyle dużo eksponatów, że należy je zaprezentować. Jako przewodniczący prezydium miasta postanowiłem o udostępnieniu na planowaną wystawę sali posiedzeń na piętrze, swojego gabinetu, sekretariatu i jednego z wydziałów. Tam zawisła wystawa „Między wrześniem a majem”. Zajęli się tym Maciej Wojewoda, Wojciech Małkuszewski i inni członkowie SMZS. Maciej Wojewoda, dzięki znajomościom w Państwowym Muzeum Archeologii, wyjednał u kierownictwa pewien zestaw eksponatów oraz osobę kustosza (była to chyba pani mgr Różańska), która stała się opiekunką tej części wystawy.
Muzeum na swoim
Ekspozycja miała być czynna przez dwa - trzy tygodnie, a przetrwała ponad siedem miesięcy, bo takie było zainteresowanie. Odwiedziło ją kilka tysięcy osób. Ta wystawa, zorganizowana z okazji Dni Sochaczewa 1973, stała się zaczątkiem obecnego muzeum. Na jakiś czas zbiory znalazły miejsce w budynku szkoły muzycznej, która powstała rok później w dworze Garbolewskich. W 1975 r. Prezydium Miejskiej Rady Narodowej wraz z pracownikami przeniosło się z ratusza do budynku przy ul. 1 Maja 16, a historyczny magistrat stał się siedzibą najpierw izby muzealnej, a później muzeum.
Ukoronowaniem starań o powołanie takiej placówki w Sochaczewie było nadanie jej 1 stycznia 1977 r. statusu muzeum państwowego. Do tego momentu działalność prowadzona była społecznie, pod patronatem Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Sochaczewskiej. W dokumentach muzealnych znajdujemy informację, że w tym czasie placówce przyznano dwa etaty – kierownika, którym został Maciej Wojewoda, i przewodnika dla Wojciecha Małkuszewskiego. W miarę rozwijania działalności, zwiększała się liczba etatów, następowały zmiany kadrowe, a muzeum dysponowało już siedmioma salami o powierzchni wystawienniczej 180 mkw. Pomieszczenia biurowe i magazynowe zajmowały kolejne 80 mkw., poza tym placówka posiadała magazyn wolno stojący. W ratuszu mieściły się jeszcze Poradnia Wychowawczo-Zawodowa oraz Miejska Biblioteka Publiczna. Plany były jednak takie, aby cały budynek udostępnić na potrzeby muzeum. I tak się stało w 1989 r., po gruntownym remoncie obiektu. Po transformacji ustrojowej i powstaniu samorządów, muzeum przeszło pod zarząd miasta. Funkcję kierownika zamieniono na dyrektora i nadal piastował ją Maciej Wojewoda, aż do końca marca 2015 r.
Garbolewski dla muzyków
W życiorysie Janusza Kobli rok 1973 to nie tylko powstanie muzeum. Następnym wyzwaniem stała się szkoła muzyczna. Dzięki pełnionej funkcji mógł zabiegać o przekazanie na rzecz miasta dworu Garbolewskich, który wtedy zajmowało Technikum Ogrodnicze, a jego właścicielem było Ministerstwo Rolnictwa i Leśnictwa.
- Postawiłem sobie za punkt honoru odzyskanie tego budynku, który przecież znajdował się na terenie Sochaczewa. Zadawałem sobie pytanie, dlaczego w takim razie ma nim zarządzać ministerstwo, a nie miasto. I dopiąłem swego. Ministerstwo zrzekło się praw do dworu i przekazało je miastu.
Ale to był dopiero początek trudnej drogi. W budynku mieszkało siedem rodzin, głównie nauczycielskich z pobliskiego "ogrodnika". Należało je wykwaterować, a co się z tym wiąże, znaleźć im mieszkania. Dwór wymagał remontu i dostosowania do potrzeb szkoły. Potrzebna była kadra muzyczna, instrumenty. Skąd pieniądze na to wszystko? - pytam mojego rozmówcę.
Janusz Kobla opowiada, że swoimi kanałami dowiedział się, iż Wydział Kultury Urzędu Wojewódzkiego w Warszawie, dwa lata wcześniej, przeznaczył 200 tys. zł na uruchomienie szkoły muzycznej w Ostrołęce. To nie były duże pieniądze, ale poszedł tym tropem, dotarł do właściwych osób i uzyskał ustne przyrzeczenie: "Działaj, a my cię wesprzemy". Dzisiaj sam się dziwi, że podjął się takiego zadania i że je wykonał.
- Po tylu latach muszę przyznać, że porwałem się z motyką na słońce, bo to wszystko działo się przecież w czasach reżimu. Jeśli nie byłeś w planie 5-letnim, nie byłeś w zatwierdzonym planie rocznym, to nie było o czym rozmawiać. Złożenie takiej propozycji było już czymś nieprawdopodobnym. A ja, powiem nieskromnie, mając 38 lat, dopiąłem swego, aby na ziemi Chopina powstała szkoła muzyczna. Pamiętam, że kiery rozpoczęliśmy remont, firmie, która go wykonywała powiedziałem, że jej zapłacę, ale nie wiem, czy w tym roku. I oni się zgodzili. Jako elektryk z zawodu rysowałem robotnikom na ścianie, jak mają przebiegać instalacje. Dzisiaj uzyskanie pozwoleń zajęłoby kilka miesięcy, ale wtedy były inne czasy.
Rzeczywiście inne, bo od czerwca, kiedy odbyły się pierwsze rozmowy z władzami wojewódzkimi, do otwarcia szkoły minęły trzy miesiące. 29 września 1974 r. Szkoła Muzyczna w Sochaczewie ruszyła. Jej pierwszym dyrektorem został Mieczysław Nowacki, nauczyciel muzyki, wcześniej dyrektor Szkoły Podstawowej nr 3, entuzjasta utworzenia szkoły muzycznej i jej współorganizator. Jak przypomina nasz rozmówca, nie obyło się bez nacisków, bo partia chciała przeforsować swojego kandydata. Co prawda bez wykształcenia muzycznego, ale za to oddanego towarzysza.
A Janusz Kobla? No cóż, najpierw dostał nagrodę od wojewody, a zaraz potem naganę od naczelnika powiatu. Bo 736 zł zostało źle zaksięgowane w budżecie.
Kiedy pytam, skąd wziął pieniądze na uregulowanie wszystkich należności powstałych przy uruchamianiu szkoły, mówi, że w grudniu tego samego roku, cudownym zrządzeniem losu, w Ministerstwie Kultury zostały niewydane wcześniej fundusze. Żadne inne miasto ich nie chciało, bo należało je zagospodarować do końca roku. W ten sposób całą pulę zgarnął Sochaczew. Wystarczyło na wszystko.
Pierwszomajowy sabotaż
- Zanim otwarto szkołę muzyczną, powstała jej namiastka w postaci orkiestry - opowiada Janusz Kobla. - To mógł być rok 1970. W jakiejś rozmowie z Mieczysławem Nowackim rozważałem powołanie w mieście chóru, albo zespołu wokalnego w stylu Filipinek, a dyrektor Nowacki wypalił wtedy, że stworzy orkiestrę. Przyjąłem to z niedowierzaniem, ale ten rzeczywiście skrzyknął znajomych muzyków i stworzył taki zespół. Pamiętam, że jako pierwsi zgłosili się: Czesław Cieślak (altówka), Aleksander Kruszyński (skrzypce), Mieczysław Przepiórka (altówka). Chyba na drugiej próbie, kiedy pojawiła się spora grupa instrumentalistów, powiedziałem im, że w ramach funduszy przeznaczonych na Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Sochaczewskiej, będę im płacił 15 zł za każdą próbę. Po jakimś czasie, kiedy orkiestra opracowała repertuar i zaczęła nieźle brzmieć, podnieśliśmy stawkę do 30 zł za próbę.
Kierownikiem i dyrygentem Małej Orkiestry Odeonowej, jak się wtedy nazywała, został oczywiście Mieczysław Nowacki. Później zmieniła ona nazwę na Małą Orkiestrę Symfoniczną, a następnie kameralną. Dała ona początek dzisiejszej Cameracie Mazovii pod dyrekcją Artura Komorowskiego.
- Na początku lat 70. XX w. orkiestra grywała na różnych imprezach i świętach państwowych w mieście i województwie, a mnie serce rosło. Ale pamiętam, jak przy okazji któregoś 1 Maja o mały włos nie doszło do katastrofy. Otóż komitet partii zażyczył sobie, aby, dzień czy dwa przed występem, zrobić próbę, którą towarzysze chcieli obejrzeć. A to był piątek lub sobota, kiedy część muzyków grała na weselach albo zabawach, bo w ten sposób zarabiała na życie. Na zarządzonej próbie zjawiło się ich trzech... Wściekłość partii, bo to jawne nieposłuszeństwo, nerwy muzyków, czy nie zlikwidują zespołu, a ja znowu na dywanik.
Następnego dnia rano, kiedy Janusz Kobla zameldował się na ul. Hanki Sawickiej, usłyszał zarzut sabotażu obchodów pierwszomajowych i oskarżycielskie pytanie, co z częścią artystyczną, która miała się odbyć w Powiatowym Domu Kultury. "Winowajca" zapewnił, że występ orkiestry się odbędzie, ale to nie wystarczyło. Musiał dostarczyć do komitetu partii wykaz utworów przygotowanych na uroczystość.
- A miałem takie ciche marzenie, aby orkiestra, jeśli będzie prośba o bis, zagrała poloneza "Pożegnanie Ojczyzny". Kiedy Ogiński pisał ten utwór, Guzów należał jeszcze do ziemi sochaczewskiej, więc to wszystko było ze sobą powiązane. Oczywiście był bis i był polonez, a ja, siedząc na widowni, założyłem ciemne okulary, żeby nie było widać, że płaczę. Miałem szczęście, że towarzysze mało znali się na muzyce i na historii.
Pewnie jeszcze niejedna inicjatywa ujrzałaby światło dzienne, gdyby w 1976 r. Janusza Kobli nie skierowano ponownie do gminy Sochaczew, gdzie czekało na niego wiele niezałatwionych spraw. Nie zmienia to faktu, że dorobek naszego rozmówcy wart jest docenienia, o czym pewnie nie wszyscy pamiętają.
Jolanta Śmielak-Sosnowska
Fragmenty tekstu dotyczące powstania Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą opublikowano w "Ziemi Sochaczewskiej" nr 8 z 2023 r.


- to dla Ciebie staramy się być najlepsi, a Twoje zdanie bardzo nam w tym pomoże!