Filemon i Bonifacy urodzili się w Sochaczewie
Któż nie pamięta uroczego, niesfornego białego kotka z plamką za uszkiem i leniwego, doświadczonego czarnego jak smoła kota, który objaśnia ciekawskiemu maluchowi świat? A ilu z naszych czytelników wie, że przygody dziecięcych bohaterów rodziły się w głowie Marka Nejmana podczas spacerów po parku Garbolewskiego, a na papier przelewane były w mieszkaniu przy ul. 1 Maja? By ta wiedza stała się powszechna, na placu Kościuszki odsłonięty zostanie pomnik Bonifacego. Figura z brązu ma przypominać każdemu, że legendarne postaci z kultowej serii o Filemonie i Bonifacym przyszły na świat właśnie tutaj.
Marek Nejman nie udziela wywiadów, bo, jak mówi, bohaterami są wymyślone przez niego i Sławomira Grabowskiego postaci – Filemon, Bonifacy, wróbel Ćwirek – które stały się jednym z kanonów współczesnej polskiej baśni. Dla nas robi jednak wyjątek uznając, że przy takiej okazji jak odsłonięcie pomnika, warto też odsłonić kilka informacji o sobie.
Jak pan zadebiutował?
Na IV Festiwalu Kultury Studenckiej w Krakowie, w maju 1969 roku, występując obok takich moich rówieśników jak Marek Grechuta i Maryla Rodowicz. Nazwiska fantastyczne, a obok nich ja, chłopak z Radomska. Różnica była taka, że oni dostali po jednej nagrodzie, a ja trzy (śmiech). Wróciłem do domu ze statuetką, którą mam do dziś. Opatrzona jest napisem „Wielka Nagroda w konkursie na scenariusz – nowelę filmową”.
Jak po studiach w Łodzi i Warszawie trafił pan do Sochaczewa?
Przyjechałem za żoną lekarką, która dostała pracę w Chodakowie wraz ze służbowym mieszkaniem. Joanna zawsze była lekarzem z powołania. Nadal praktykuje, choć oczywiście nie tak intensywnie, jak przed laty, gdy np. pracowała w tzw. Kasztankach.
Jak się poznaliście?
Podczas studiów dziennikarskich w Warszawie skierowano mnie na praktyki do radia w Gdańsku. Tam poznałem przyszłą żonę i szybko to poszło. To były zgrzebne czasy, a dostać wtedy mieszkanie, to był cud. Krótko mieszkaliśmy w Warszawie i z niej przeprowadziliśmy się do Sochaczewa. To był świetny traf, bo wielkie miasta nie są dla mnie.
Dlaczego?
Aglomeracje gubią i przerastają. Mniejsze miejscowości to mój żywioł i moja miłość. Łatwo je ogarnąć i sercem, i wzrokiem. Ja, chłopak z Radomska, ale tak naprawdę mieszkający w podmiejskiej enklawie, nagle trafiłem do Łodzi, gdzie nie umiałem się odnaleźć, miałem kompleksy, wszyscy wydawali mi się mądrzejsi, obyci, choć to nie była prawda. Współpraca ze Studiem Filmów Rysunkowych w Bielsku Białej, pierwsze sukcesy Filemona i Bonifacego - dodawały mi sił, leczyły kompleksy. Potem role trochę się odwróciły i ja byłem ten mądrzejszy (śmiech). A Sochaczew był podobny do Radomska, otoczenie zielone, do tego miał znakomite położenie. Mogłem się wałęsać po niedużym mieście, siadałem np. na ławeczce w parku Garbolewskiego i w spokoju pisałem. Lubiłem to, bo tak żyłem w dzieciństwie. Jednocześnie miałem bardzo dobry dojazd i do Łodzi, i do Warszawy. Pokochałem Sochaczew. Sochaczew jest wspaniały. Z życia tutaj wyniosłem bardzo, bardzo wiele.
Co panu dał Sochaczew?
Prawie wszystko – dach nad głową, pracę w Chodakowie dla żony lekarki, miejsca w przedszkolach i szkołach dla dzieci. Tu poznałem wspaniałe rodziny – Jadwigę i Łukasza Sieczkowskich oraz Irminę i Tadeusza Wawrzyńczaków. Do dziś utrzymujemy towarzyskie kontakty, które bardzo cenię. Bo prawda o miastach jest taka: o ich urodzie decydują nie mury i zabytki, lecz mieszkańcy. A ja takich mądrych i wartościowych ludzi poznałem właśnie tutaj. Mam na myśli np. dr Wandę Jankowską-Wydrych i jej męża Krzysztofa, Bożenę i Artura Papierowskich, Anitę i pochodzącego z Budapesztu Karola Hoffmeistrów, Teresę i Jerzego Kaczmarków, którzy niestety już są nieobecni. Prawie wszyscy byliśmy z różnych miast, środowisk i profesji, choć lekarska przeważała. A jednak stworzyliśmy grupę, która spotyka się do dziś. Spędzaliśmy razem imieniny, wesela i pierwsze zabawy sylwestrowe w Chodakowie. To ludzie, których bardzo cenię i wiele im zawdzięczam. Jak widać Sochaczew łączy i wiele, wiele dobrego daje. Chcę się przed tymi pięknymi ludźmi z wdzięcznością pochylić.
Jest pan znany z twórczości dla dzieci, ale pierwsze duże sukcesy wiążą się z poważnymi tematami. Za siedmiominutowy film „Bruk” z 1971 roku, poświęcony degradacji środowiska, posypały się międzynarodowe nagrody.
A ja wybrałem bajkę, bo jest ponadczasowa i uniwersalna. Chętnie umyka przed cenzurą, co w tamtych czasach miało ogromne znaczenie. Dla mnie bajka i jej zawsze ciepła, pełna sprawiedliwości oraz dobroci atmosfera, była ucieczką. Przed trudną codziennością, problemami i kłopotami. W bajce wszystko zawsze toczy się w dobrą stronę. Z natury jestem idealistą i to mi odpowiadało.
Jest rok 1972. Na świat przychodzą dwa ukochane przez dzieci koty. Jakie były początki?
Poród był fatalny. Wróżono nam klęskę. W tym czasie działały cztery wytwórnie filmowe na czele ze Studiem Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, które „wypluwały” seriale i dziecięcych ulubieńców. Konkurencja była ogromna. Filemon i Bonifacy przebili się, bo byli inni. Bajka trafiała do najmłodszych, u których dopiero rozwijała się percepcja. I Filemon z Bonifacym z tymi maluchami dorastały. No i wszystko było bardzo, bardzo nasze, polskie, rodzinne, z babcią, dziadkiem, tradycjami, które kochamy. Mali i więksi widzowie pokochali Filemona, bo jego świat jest prosty, dobry i sprawiedliwy. Dobro i zło są jasno określone, a przyjaźń autentyczna. Dzięki temu, jak na tratwie, Filemon przeszedł transformację, a dziś cieszy się, że ponad 50 proc. Polaków ma w domu kota, tego miauczącego!
Kto miał większy wpływ na charaktery Filemona i Bonifacego, pan, czy Sławomir Grabowski?
Pół na pół. Wspólnie nakreśliliśmy bazę, a ja potem klimat bajek czerpałem z życia. To był mój dom, moje otoczenie. Wieś, w której mieszkałem, nazywała się Folwarki, a do miasta jechało się drogą nazywaną przez mieszkańców starą drogą. Jak ktoś źle stanął, to buta z błota nie wyciągnął. Naszych bohaterów ukształtowaliśmy wspólnie z Sławkiem. Byliśmy z podobnych środowisk, on z Tomaszowa Mazowieckiego, obaj z inteligenckich rodzin, ale takich, które nie mają wybujałych ambicji, stawiają na wartości, uczciwość, drugiego człowieka, cenią przeszłość, patriotyzm. Sukces artystyczny, sztuka, praca społeczna – to było najważniejsze. Sławek skończył filologię polską, więc znał bezmiar literatury. Mnie wychowano w kulcie książki i poezji braci Różewiczów, z którymi rodzice chodzili do szkoły. Najpierw kupowali książki, potem chleb. To w nas było, mieliśmy wspólny świat. Byliśmy jak przekrojone jabłko, pasowaliśmy do siebie, nie musieliśmy sobie niczego udowadniać.
A sam proces twórczy, jak wyglądał?
Nigdy nie pracowaliśmy długo nad projektami. Jak było zapotrzebowanie, Sławek mi sygnalizował, ja spacerowałem po okolicy i wymyślałem. On to potem trochę przycinał i nadawał ostateczny kształt.
Na tzw. zachodzie, mając na koncie takie sukcesy, byłby pan człowiekiem majętnym.
Zamożnym ogromnie, ale nie w PRL. Czasem przychodziły zaproszenia na międzynarodowe festiwale, zapewniano hotel, wystarczyło tylko załatwić wizę. I tu był problem – wiz nie dawano. A przecież byliśmy częścią wielkiej szkoły polskiej animacji, znani na całym świecie, otwierały się wszystkie drzwi. Gdy moi bohaterowie wracali z festiwali z brązem za trzecie miejsce, to był wstyd. Szkoła polskiej animacji była złota, codziennością stało się odbieranie grand prix. Przecież pierwszego Oscara dla kraju zdobył nie Wajda, a łódzki SE-MA-FOR, w którym powstał Filemon i Ćwirek, konkretnie Zbigniew Rybczyński za film „Tango”. Tak to wówczas wyglądało. Nagród zdobywaliśmy wiele, ale niestety – to mój błąd – niczego nie dokumentowałem. Dziś może miałbym w domu serię statuetek za Filemona i Ćwirka. Przychodziły zapytania, czy wyrażamy zgodę na przedruk Filemona i Bonifacego w Austrii, Szwajcarii czy Francji. I zaczynały się problemy, bo to kraje zachodu. Łatwiej było wydać Filemona po węgiersku czy czesku, w ramach naszego bloku. Nasza „sława” była lokalna.
Polityka sprawiła, że świata pan nie zwiedził…
Geopolityka. Sławek jakimś cudem pojechał kiedyś na festiwal do dawnej Jugosławii. Była biesiada, a siedzący obok zagraniczny filmowiec zapytał, jakim jachtem Sławek pływa po Bałtyku. Takie mieli wyobrażenie. Albo inna historia opisująca tamte czasy. Na początku lat 80. dostałem w Sofii znaczącą nagrodę, zaproszono mnie po odbiór, a ja po paszport stałem trzy miesiące w upokarzających kolejkach. I powiedziałem sobie, dosyć, stać nie będę. Zauważyłem człowieka, który w tym urzędzie odpowiadał za wizy, bezczelnie wziąłem książkę, „Jasia Kowalskiego”, zaczepiłem go, powiedziałem kim jestem, a on mnie zabrał do biura, kazał wpisać dedykację i w sekundę miałem zgodę na podróż. Jak ja mogłem odbierać nagrody w tamtych czasach? Tak było, ale nie płaczę z tego powodu. Była młodość, wówczas wszyscy mieli marne pieniądze, więc nie prześcigaliśmy się w tym, kto więcej, kto lepiej. Paradoksalnie dobrze na tym wyszedłem. Te niewielkie pieniądze spływające z TVP czy wydawnictw zawsze dzieliliśmy uczciwie na pół. Jakoś się żyło, z naciskiem na jakoś.
Dokończenie rozmowy w kolejnym wydaniu „ZS”
Marek Nejman
Urodził się w 1945 w Radomsku. To pisarz, reżyser, scenarzysta filmowy, dziennikarz, publicysta, satyryk, autor bajek i opowiadań. Przez wiele lat mieszkał w Sochaczewie, ale na stałe osiadł w pobliskiej Mizerce. Studiował prawo na Uniwersytecie Łódzkim i dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Jego teksty publikowano w „Szpilkach”, „Karuzeli”, „Kulturze”, „Tygodniku Kulturalnym”, „Zarzewiu”, a utwory dla dzieci w „Misiu”, „Świerszczyku” i „Płomyczku”. Jako felietonista i twórca tekstów satyrycznych współpracował z Polskim Radiem. Autor kilkudziesięciu scenariuszy do filmów i książek dla dzieci, m.in. „Na gapę do raju”, „Nie upoluję słonia”, „Czwórka plus z wieloryba”, „Nie zjem cię, jak opowiesz”, „Znaki i znaczki” oraz trylogii o Jasiu Kowalskim („Kowalski do tablicy”, „Kowalski na wakacjach”, „Jaś Kowalski ul. Bajkowa 2”). Najbardziej znany z twórczości dla dzieci - animowanych seriali telewizyjnych i książek pisanych w duecie ze Sławomirem Grabowskim. Autorska spółka stworzyła scenariusze, na podstawie których powstały znane filmy animowane: „Dziwny świat Kota Filemona” – 13 odcinków (1972-1974), licząca 26 odcinków kontynuacja kocich perypetii "Przygody Kota Filemona" (1977-1981) oraz licząca 39 odcinków seria „Przygód kilka wróbla Ćwirka” (1983–1989). Jego opowiadania ukazywały się także w kultowej serii "Poczytaj mi, mamo".
Marek Nejman: Dziś…
Dziś kot Filemon jest historią i częścią polskiej szkoły animacji, którą podziwiał cały świat. Zmęczony popularnością i sukcesami oraz wiekiem (tak, tak!) drzemie sobie na parapecie. Ale wrażliwi i dobrzy Sochaczewianie mącą tę drzemkę - albo ciepłymi wspomnieniami, albo prośbą o autograf. Oto spotkana pani Beata Muszyńska, właścicielka sklepu odzieżowego mówi, że na Filemonie wychowali się jej dwaj wspaniali synowie. Szlachetne i miłe panie z banku PKO BP, wspierają biedne i osierocone dzieci, do których, co oczywiste, trafia książkowy Filemon. Zuzia Lewandowska zostawia mi pod drzwiami piękny „koci rysunek” plus prośbę o „Przygody kota Filemona”. A Kornelia Flakowska, której mama nosi piękne imię Aurelia, rozrysowuje mi te przygody z ogromnym talentem. No i jeszcze najmłodsze pokolenie, które reprezentuje Martynka, wnuczka pani doktor Wandzi Jankowskiej. Wnuczka jest mądra i piękna, więc drapię się i zachodzę w głowę, jaką tu dedykację wymyślić. A skoro drapię się i maltretuję szare komórki to znaczy, że ze mną i kotem Filemonem jeszcze najgorzej nie jest!
Figura
Figura kota Bonifacego z bajki „Przygody kota Filemona” wykonana zostanie z brązu i ustawiona na podstawie przez Artystyczną Odlewnię Metali ART.-ODLEW Sp. z o.o. z Opola. Koszt dzieła to 28 782 zł.
Daniel Wachowski


- to dla Ciebie staramy się być najlepsi, a Twoje zdanie bardzo nam w tym pomoże!