Logo Dwutygodnika "Ziemia Sochaczewska"
Powróć do: O książce i autorce

Gorzko-słodka opowieść o życiu, wojnie i szkole

- Jestem córką sybiraczki. Moja mama, mając 12 lat, wróciła z Syberii i od tamtej pory ciągle chorowała. Zmarła na gruźlicę, kiedy miałam 1,5 roku. - Tak rozpoczyna się opowieść pani Jadwigi Boneckiej, 88-letniej emerytowanej nauczycielki. Opowieść o traumatycznym wojennym dzieciństwie i trudnej pracy w powojennej szkole, o czasach, kiedy dobrodziejstwem był odgruzowany kąt do spania i tablica w klasie. I wreszcie o tym, jak zbudować rodzinę i zachować pogodę ducha, nosząc w sercu tyle gorzkich wspomnień.

Nasza rozmówczyni niewiele wie o okolicznościach wywózki i życiu na Syberii jej rodziny, bo były to czasy, kiedy nie wolno było o tym rozmawiać, a już zwłaszcza dzieci nie były wtajemniczane w takie historie z przeszłości. Dopiero jak dorosła, o pewnych faktach opowiedziała jej młodsza siostra mamy. Ona z kolei w chwili powrotu do Polski miała 7 lat, więc też wielu rzeczy nie rozumiała.

 

Dzieciństwo naznaczone wojną

Małą Jadzię wychowywała babcia - matka taty. Mieszkali w domu należącym do dziadków w miejscowości Łazy na trasie Warszawa-Białystok, 80 km od Białegostoku, 120 od stolicy. To była kolejarska rodzina - dziadek, ojciec, wuj pracowali na kolei.

W 1939 r. Jadzia miała 6 lat. Pamięta, że przez całe lato mówiło się o wojnie. Wtedy, jako dziecko, jeszcze tego nie rozumiała, aż do zdarzenia, które pamięta do dziś.

- Pewnego dnia usłyszałam potężny huk. Na początku nie wiedziałam skąd pochodzi. Okazało się, że to warkot nadlatujących samolotów, które wtedy były przecież rzadkością. Tata, który wyszedł przed dom, mówi: „O, nasi lecą!”. Ale za chwilę zwrócił uwagę, że samoloty lecą bardzo nisko nad torami. I wtedy zaczęły spadać bomby. Mimo upływu lat, nie mogę tego zapomnieć - opowiada Jadwiga Bonecka. - Potem z samolotów rozległy się strzały karabinowe. Babcia zaciągnęła mnie i inne dzieci do rowu odprowadzającego wodę, w którym znajdowały się wielkie betonowe kręgi. W nich się chowaliśmy. Tak wyglądał mój początek wojny, która w Polsce już trwała, ale do nas dopiero docierała.

- Następnego dnia od strony lasu nadjechały niemieckie czołgi. Po drugiej stronie wsi stacjonował malutki oddział naszej kawalerii. To były chyba niedobitki, bo widziałam zaledwie kilku ludzi na koniach i jedno małe działo. Kiedy ci polscy żołnierze dowiedzieli się, że za torami są Niemcy, zaczęli do nich strzelać, a nad wioską leciały kule z tej armatki. Niemcy, niewiele myśląc, odpowiedzieli ogniem z czołgów. Jako pierwszy „dostał” nasz dom, bo znajdował się najbliżej, przy samych torach. Momentalnie stanął w płomieniach. W ciągu trzech godzin z powierzchni ziemi zniknęła prawie cała wieś, licząca 70 domów. Ocalało kilka chałup stojących w środku wsi w pobliżu dużego stawu osłoniętego wysokimi topolami. I w tych chałupach schronienie znalazła cała wieś - wspomina.

Jej sześcioosobowa rodzina zamieszkała w jednym ciasnym pomieszczeniu, w którym kiedyś był sklepik. Znajdowała się w nim cementowa podłoga, jedno małe okienko, piecyk typu „koza” i dwa łóżka. Na jednym spali mężczyźni: dziadek, tata i wujek, na drugim mała Jadzia z babcią i ciocią. Nie mieli nic własnego, bo wszystko spłonęło. Nasza rozmówczyni wy szła z domu na boso, w letniej sukience. Na szczęście wrzesień 1939 r. był upalny.

 

Drugi okupant

- Względny spokój panował do 17 września. Pamiętam, jak przybiegł do nas tata i mówi, że główną drogą ciągną czołgi, ale nie niemieckie tylko radzieckie. Do Polski wkroczyli Sowieci. Doszli do Bugu i zatrzymali się w Małkini, gdzie przebiegała umowna granica, wytyczona między dwoma okupantami. Kiedy nadeszły wojska radzieckie, Niemcy wycofali się w głąb kraju - opowiada pani Jadwiga i przywołuje z pamięci kolejne obrazy. – Zrobiło się bardziej niebezpiecznie niż za Niemców. Wszyscy bogatsi gospodarze z całymi rodzinami trafiali na zsyłkę, a ich dobytek był rozkradany lub niszczony.
Do dziś prześladuje ją zdarzenie z tamtych czasów. Jako niespełna siedmiolatka uczęszczała na katechezę do miejscowego kościoła. Jedną z takich lekcji przerwał przeraźliwy krzyk kobiety, która wbiegła do świątyni, upadła na kolana i strasznie krzyczała. Zanosiła głośne modły do Boga, żeby ją uratował przed wywózką na Syberię. Po kilku minutach z hukiem wpadło dwóch czy trzech rosyjskich żołnierzy i z karabinami wycelowanymi w kobietę, wywlekli ją na dziedziniec i zapakowali do przyczepy ciężarówki wypełnionej innymi ludźmi. Pani Jadwiga mówi, że strasznie się bała, wszystkie dzieci skurczyły się w ławkach, żeby przypadkiem żołnierze nie zwrócili na nie uwagi.
Na drogach i torach trwała ciągła wędrówka ludzi. Żydzi z Warszawy próbowali się przedostać do Związku Radzieckiego. Mieszkańcy okolic Białego-stoku podążali do Warszawy, jedni pociągami, inni pieszo. Kwitła kontrabanda, dzięki której mieszkańcy wsi dostawali pieniądze za jajka, kawałek mięsa, trochę mąki. Z kolei „miastowi”, przy ogólnej biedzie, mieli co do garnka włożyć. Zwłaszcza że przyszła strasznie ciężka zima, do – 45 st. C. W mieszkaniu woda w wiadrze zamarzała. Ci co mieli konie, jeździli do sąsiednich miejscowości, żeby zdobyć jakieś ubrania, buty lub sprzęty, które później dzielili między potrzebujących.
Pani Jadwiga bardzo przeżywa swoją opowieść, robimy przerwy, żeby mogła zaczerpnąć tchu, ale chce ją dokończyć.
- Zabrzmi to niewiarygodnie, ale moja rodzina uniknęła wywózki w głąb ZSRR dzięki Niemcom, a właściwie wojnie niemiecko-radzieckiej. Sowieci wyznaczyli już dla nas termin wyjazdu, o czym dowiedzieliśmy się później. Dzień wcześniej, 22 czerwca 1941 roku, Niemcy zaatakowały ZSRR.

 

Śmierć za współczucie

I znowu zaczęły się ruchy wojsk, walki w najbliższej okolicy, ucieczka Sowietów, którzy ze spuszczonymi głowami, w niekompletnych mundurach i bez broni snuli się po drogach.
- Mniej więcej w tym czasie trasą kolejową, przy której mieszkaliśmy, odbywały się transporty Żydów do Treblinki. Byliśmy świadkami tragicznych sytuacji, do których wielokrotnie dochodziło tuż pod naszym domem. Ludzi wożono w wagonach towarowych i często wycinali oni dziury w tych wagonach i próbowali wyskakiwać. Pamiętam takie zdarzenie, kiedy przez otwór w wagonie wyskoczyła młoda Żydówka z dzieckiem na rękach. Tuż za nią mężczyzna, który wpadł w rów dosłownie pod naszym domem. Na całej trasie stali w pewnych odległościach Niemcy, którzy mieli rozkaz strzelać do uciekinierów. Z babcią i tatą byłam przed domem. Obok nas stał żołnierz z odbezpieczoną bronią, który natychmiast strzelił do gramolącego się z rowu uciekiniera. Drugi żołnierz najpierw zastrzelił kobietę, później jej małe dziecko. Moja babcia krzyknęła z rozpaczą: „O mój Jezu” i zaraz broń stojącego obok nas Niemca skierowała się w jej stronę. Wtedy ja zaczęłam krzyczeć i złapałam go za ręce, żeby nie zabijał babci. Spojrzał na mnie i odszedł. Wtedy okazało się, że mężczyzna w rowie jeszcze żyje. Tata powiedział do niego: „Uciekaj w las, szybko!” i on tak zrobił. Ojciec wieczorem poszedł sprawdzić, co się stało z tym człowiekiem. Po śladach krwi dotarł w krzaki 300 metrów od naszego domu. Mężczyzna już nie żył.
To tylko jeden z przykładów, pokazujących wojenną rzeczywistość, w której nawet współczucie groziło śmiercią. Na tę śmierć przez pięć długich lat patrzyły dzieci, takie jak nasza rozmówczyni. Po tej opowieści głos więźnie jej w gardle. Nie może dalej mówić. Robimy przerwę.
Jadwiga Bonecka pod koniec wojny była też świadkiem użycia przez Rosjan wyrzutni rakietowych, tzw. katiuszy. Było późne lato 1944 r. Armia Czerwona, wraz z naszym wojskiem, „wyzwalała” Polskę z okupacji hitlerowskiej. Z odległych o 20 km Łap zmasowany ogień słychać i widać było doskonale. Tym natarciem Sowieci przełamali niemiecki front na Narwi i w szybkim tempie posuwali się w głąb kraju. Wycofujący się naziści niszczyli, co mogli. Przede wszystkim kolej i środki łączności telefonicznej.
Jak wspomina pani Jadwiga, niemieccy żandarmi podkładali pod tory ładunki wybuchowe tak silne, że szyny kolejowe fruwały w powietrzu. Jedna z nich uderzyła w dom, na szczęście nie zburzyła go, jedynie z okien wypadły szyby. Niemcy zniszczyli wtedy całe połączenie kolejowe od Łap do Małkini. W podobny sposób „ścinali” słupy i znajdujące się na nich kable. Nie oszczędzili też pięknego gotyckiego kościoła w Dąbrowie, w którym mała Jadzia wcześniej pobierała nauki religii.

Nauka na końcu świata

Nasza rozmówczyni, żeby dotrzeć do szkoły, musiała pokonać 120 km pociągiem do Warszawy, przejechać całą zrujnowaną stolicę do Dworca Wileńskiego, stamtąd dorożką przez most pontonowy dotrzeć na Dworzec Południowy, z którego dwa razy dziennie odjeżdżała kolejka wąskotorowa przez Grójec do Mogielnicy. Podróż ciuchcią trwała wtedy pięć godzin.
Z powodu tej odległości przyszła nauczycielka przyjeżdżała do domu trzy razy w roku: na Boże Narodzenie, Wielkanoc i wakacje. Resztę roku spędzała w internacie.
- W pokojach w internacie nie było żadnych mebli, na szczęście tata miał ze sobą trochę pieniędzy, kiedy mnie przywiózł. Wraz z innymi rodzicami pojechał na targ, kupił mi żelazne łóżko, stolik z krzyżakiem zamiast nóg i składane krzesło. Mieszkałyśmy we trzy w małym pokoiku, w którym ledwo mieściły się wszystkie sprzęty. Teraz jako zabawną historyjkę opowiadam fakt, że dla jednej z koleżanek zabrakło normalnego łóżka, więc z konieczności rodzice kupili jej dziecięce łóżeczko, w którym przez rok spała z podkurczonymi nogami - wspomina.
Za szafę służyła walizka, z którą 14-letnia Jadzia przyjechała do szkoły, i gwóźdź do powieszenia płaszcza wbity w ścianę. Stołówkę, żeby mogła wydawać posiłki, trzeba było najpierw oczyścić z gruzu i innych wojennych zniszczeń.
Pomieszczenia w szkole też w niczym nie przypominały klas lekcyjnych. Uczniowie siedzieli przy dużym stole, na krzesłach, które przynosili ze sobą z internatu. Przez pół roku trwało noszenie krzeseł w jedną i drugą stronę.
Na początku uczyli ich głównie przedwojenni nauczyciele, choć nie tylko. Był też oficer Wojska Polskiego, jego żona malarka i był dyrektor, który przed wybuchem wojny skończył dwie klasy seminarium. Niektórzy jednak, pewnie z uwagi na swoją przeszłość, niepasującą do nowej rzeczywistości, byli usuwani. Tak było z dyrektorem, który z dnia na dzień zniknął ze szkoły. Podobnie jak ksiądz od katechezy. Pew- nego dnia zdecydowano o wycofaniu religii i bardzo lubianego przez uczennice księdza.
Młodzi nauczyciele zdobywali taką wiedzę, żeby mogli, w razie potrzeby, uczyć wszystkiego. Byli bowiem pierwszym rocznikiem tworzącym zrujnowaną po wojnie kadrę oświatową. Nie było czasu na specjalistyczne studia, do nauki innych przepustką była matura. Nasza rozmówczyni dodaje, że jednym z obowiązkowych przedmiotów była nowa marksistowsko-leninowska ideologia, o której później ciągle przypominano w pracy. Organizowano obowiązkowe szkolenia dla nauczycieli, aby zakorzenić im „właściwy” pogląd na świat.

 

Praca z przydziału

Po maturze w mogielnickim liceum 18-letnia Jadwiga dostała nakaz pracy. Nie mogła wrócić w rodzinne strony i tam szukać zatrudnienia, nie mogła także wybrać sobie dowolnej placówki. O przydziale szkoły decydowało państwo.
- Mnie się i tak udało, bo zostałam skierowana na teren województwa mazowieckiego, a dokładniej do powiatu sochaczewskiego. Inni dostawali nakaz np. do Wrocławia, czy na Mazury. W Błoniu mieszkało dwóch braci mojego ojca, więc cieszyłam się, że będę miała kogoś bliskiego w pobliżu. Zdarzył się taki zbieg okoliczności, że moja pierwsza szkoła znajdowała się w Łazach, miejscowości o takiej samej nazwie co moja rodzinna wieś na białostocczyźnie.
Dwa razy w tygodniu do Łaz dojeżdżał autobus z Warszawy przez Sochaczew. Właściwie nie do samych Łaz, a do Strzyżewa, gdzie mieściła się największa w tym rejonie spółdzielnia produkcyjna. Stamtąd trzeba było dotrzeć pieszo. PGR-y i spółdzielnie rolnicze stały się wtedy chlubą państwa, dlatego autobusy jeździły przez miejscowości, gdzie się znajdowały.
- Pamiętam, że dotarłam do Łaz w piątek, a w poniedziałek zaczynaliśmy zajęcia, tylko że w szkole, która mieściła się w dawnym pałacu, nadal trwał remont. Na miejscu był już kierownik szkoły Zdzisław Bonecki, który później został moim mężem. Przez trzy dni i trzy noce, we dwoje, z pomocą woźnej, uprzątnęliśmy gruz i przygotowaliśmy szkołę do zajęć. Pamiętam, że tuż przed pierwszym dzwonkiem myłam schody w budynku. Na początku nie mieliśmy gdzie mieszkać, więc mnie przygarnęła woźna, a kierownik szkoły spał w pokoju, który był jednocześnie kancelarią - opowiada pani Jadwiga.
Jeśli chodzi o kadrę, było ich czworo, dwoje młodych po liceum i dwoje nauczycieli niewykwalifikowanych, jeden tylko po zawodówce, druga osoba po nieskończonym seminarium nauczycielskim. Ponieważ nie było wystarczającej liczby nauczycieli, pracowały też takie osoby.
- W szkole powstało siedem klas, w tym dużo łączonych, np. druga z trzecią, czwarta z piątą. Pamiętam do dziś, że naukę rozpoczęło wtedy 142 uczniów z całego obwodu, m.in.: z Woli Pasikońskiej, Pasikoni, Łaz Leśnych. Było ciężko, bo oprócz dzieci uczyliśmy także dorosłych. Po wojnie panował ogromny analfabetyzm, a ludzie garnęli się do nauki. Chcieli przynajmniej nauczyć się czytać i umieć się podpisać. Większość z nich pracowała w polu, więc nauka zaczynała się, jak kończyli pracę, i trwała do późnego wieczora.
Pani Jadwiga, oprócz „przydziałowych” zajęć lekcyjnych, prowadziła chór, zespół taneczny, jak było trzeba uczyła rosyjskiego. Pan Zdzisław, poza obowiązkami kierownika szkoły, odpowiadał za naukę matematyki, fizyki, chemii. W tamtych czasach nie było tak ścisłych specjalizacji jak teraz. Z zasady jeden nauczyciel uczył kilku przedmiotów.

Czas na rodzinę

Państwo Boneccy pobrali się w wakacje 1952 r. Ślub odbył się w rodzinnym kościele pani Jadwigi w Dąbrowie. Nasza rozmówczyni mówi o tym, bo kilka miesięcy później władze szkolne dowiedziały się o małżeństwie i nakazały parze, zgodnie z nowymi świeckimi wymogami, zawrzeć cywilny związek.
- No więc któregoś dnia po lekcjach wsiedliśmy na rower, mąż na siodełko, ja na ramę, i pojechaliśmy do Wólki Smolanej, gdzie wtedy mieścił się urząd gminy. Tam się okazało, że nie mieliśmy odpowiednich dokumentów, ani świadków. Ale jakoś nam się udało załatwić sprawę, na miejscu wypełniliśmy co trzeba, świadkami byli wójt i jego sekretarka. Jeszcze tego samego dnia dostaliśmy zaświadczenie, że jesteśmy mężem i żoną - opowiada ze śmiechem pani Jadwiga.
W Łazach urodził się ich pierwszy syn, który w wieku trzech lat zachorował na polio - chorobę Heinego-Medina. Dla rodziny zaczął się bardzo trudny czas – cierpienie dziecka, ciągłe wyjazdy do szpitali, niezliczone operacje. Żeby się dostać do warszawskiego szpitala na Lindleya, pani Jadwiga najpierw musiała dotrzeć do stacji w Szymanowie. Najczęściej podwożono ją furmanką, stamtąd pociągiem do stolicy, z dworca do szpitala, gdzie chłopiec miał bardzo bolesne zabiegi parafinowe, po czym z powrotem do domu, w którym było już dwoje młodszych dzieci. I tak trzy razy w tygodniu.
Dobrodziejstwem był motor, który pan Zdzisław kupił na przydział. Ten przydział otrzymała spółdzielnia produkcyjna, ale nie miała pieniędzy na zakup pojazdu, więc odstąpiła talon kierownikowi szkoły. Dzięki temu, zamiast furmanką, do stacji dojeżdżali motorem.
Po ośmiu latach takiego życia małżonkowie zaczęli się rozglądać za pracą w innym miejscu, bliżej stacji PKP, aby dojazdy z synem na leczenie nie były tak uciążliwe. Zaproponowano im szkołę w Szymanowie, mówiąc, że to blisko do pociągu. Okazało się, że owszem, bliżej niż z Łaz, ale nie na tyle, aby z małym dzieckiem dotrzeć do stacji na pieszo. Zwłaszcza, że nasza rozmówczyni była w kolejnej zaawansowanej ciąży. Mimo okazałego brzucha, znowu najlepszym środkiem lokomocji okazywał się motor. Trzy dni po przeprowadzce (ciągnikiem wypożyczonym ze spółdzielni) pani Jadwiga urodziła... bliźniaki. Było to tym bardziej zaskakujące, że wcześniej, z powodu kłopotów zdrowotnych, miesiąc spędziła na ginekologii w sochaczewskim szpitalu, gdzie nikt jej nie powiedział, że to ciąża bliźniacza. Po urodzeniu chłopców musiał wystarczyć krótki urlop macierzyński i trzeba było wrócić do pracy, choć przy piątce dzieci było co robić w domu.

 

Tysiąclatka

W Szymanowie zostali cztery lata, bo kolejny „przydział”, jaki otrzymał pan Zdzisław, to była budująca się w Sochaczewie tysiąclatka. Ówczesne władze państwowe i partyjne ogłosiły program „Tysiąc szkół na tysiąclecie państwa polskiego”. Jedną z tych szkół miała być nowoczesna placówka w Sochaczewie przy ul. Staszica.
Zdzisław Bonecki w 1963 r. został jej dyrektorem. Ale mimo szumnych zapowiedzi budowa bardzo się opóźniała, nie było szans, aby przyjęła uczniów w planowanym czasie. Została jednak oficjalnie powołana, stworzono dla niej obwód szkolny, więc musiała zacząć działać.
- Dostaliśmy kilka pomieszczeń w Szkole Podstawowej nr 1 i nr 3, ale przedzielonych małą salą gimnastyczną, z której nie mogliśmy korzystać. Sale lekcyjne znajdowały się także w szatniach. Pokój nauczycielski oraz kancelaria mieściły się w jednym małym pomieszczeniu. Nie mieliśmy żadnych pomocy naukowych, w salach stały stare ławki i wisiała tablica. Co więcej, ponieważ byliśmy tam „na przyczepkę”, zostawiono nam najsłabszych uczniów, tych zdolniejszych przenosząc do „jedynki” i „trójki”. Pamiętam, że jeszcze przez kilka lat ciążyła na nas ta segregacja. Nasi uczniowie mieli problem, żeby się dostać do liceum - wspomina ze smutkiem nasza rozmówczyni.
Jeszcze wtedy mieszkali w szkole w Szymanowie. Dyrektor Bonecki codziennie dojeżdżał do Sochaczewa motorem, pani Jadwiga nadal pracowała w tamtejszej szkole, do czasu aż dostali małe mieszkanie w bloku przy klubie oficerskim. Z piątką dzieci zajęli dwa pokoje z kuchnią, ale nie na długo. Szkołę Podstawową nr 4 im. Janusza Korczaka oddano do użytku w roku szkolnym 1964/65. Wtedy też zbudowano przy szkole mały domek, który stał się ich docelowym lokum.
- Kiedy po oddaniu budynku szkoły weszliśmy do niego, to był nieprawdopodobny szok. Po roku gnieżdżenia się w kilku pomieszczeniach SP1 i SP3 dostaliśmy olbrzymi na tamte czasy obiekt, widny, przestronny, z wieloma klasami. Niestety znowu wymagający gruntownego sprzątania. Trwało ono całe wakacje. Sprzątaczkom pomagali nauczyciele i rodzice, którzy się bardzo zaangażowali. Myli okna, czyścili ławki, uprzątali teren wokół szkoły. Dzięki temu na 1 września cały budynek lśnił - opowiada.
Największą bolączką tamtego okresu był brak jakichkolwiek pomocy dydaktycznych. Ale dyrektor Bonecki pisał pisma, prowadził rozmowy ze wszystkimi, którzy mogli pomóc. Najczęściej były to fundusze dużych zakładów pracy oraz dotacje państwowe. Faktem jest, że w ciągu 3-4 lat szkoła miała już wszystko, co było niezbędne do nauki.
Zyskała także nową kadrę. Jak opowiada Jadwiga Bonecka, w Sochaczewie nie było wystarczającej liczby nauczycieli. W „czwórce” pracę rozpoczęło 10 „starych” pedagogów, reszta to byli młodzi ludzie, głównie po dwuletnim studium nauczycielskim, z ościennych miejscowości.

 

Pokoleniowa zmiana

- Młodzi mieli ogromny zapał do pracy, byli pełni pomysłów, nie istniały dla nich przeszkody, dlatego w ciągu kilku lat staliśmy się wiodącą szkołą w mieście. I największą. Bywały lata, kiedy do „czwórki” chodziło 1600-1800 dzieci na trzy zmiany, od godz. 7.30 do 20.30. Praca była bardzo ciężka. Pamiętam, że kiedy zabrakło nauczycielki biologii, mąż mnie obsadził w tej roli. Tak naprawdę zajmowałam się edukacją młodszych dzieci, ale wcześniej w Łazach i w Szymanowie uczyłam także biologii. Najprościej było więc „załatać dziurę” własną żoną - opowiada ze śmiechem pani Jadwiga. - Proszę sobie wyobrazić 15 klas po 35-38 uczniów w każdej. Prowadzenie lekcji, sprawdzanie klasówek w tak ogromnych oddziałach było niezwykle trudne, a przecież były jeszcze inne zajęcia szkolne, no i dom... Mimo że nauczycielskie pensum wynosiło wtedy 30 godz. w tygodniu, właściwie żaden z nauczycieli nie był w stanie zrealizować wszystkich zadań w tym czasie. Zostawała praca wieczorami i w nocy – dodaje.
Nic więc dziwnego, że koniecznością stało się uruchomienie tzw. małej czwórki dla młodszych dzieci. Na pewien czas rozwiązało to trudną sytuację lokalową, do czasu aż w minionym dziesięcioleciu miasto podjęło decyzję o rozbudowie szkoły, a później budowie nowoczesnej hali sportowej.
Polska szkoła stawiała coraz wyższe wymagania. Poza bieżącą pracą musiał się więc znaleźć czas na uzupełnianie wykształcenia, ale nasza rozmówczyni nie narzeka, bo zawsze kochała swój zawód, a uczniowie lubili jej pogodny, łagodny sposób bycia i jasną, wzbudzającą zaufanie, twarz.
88-letnia dzisiaj Jadwiga Bonecka na emeryturę przeszła na początku lat 80. Po przebytym zawale serca. Później pracowała jeszcze kilka godzin w tygodniu, ale do pracy na cały etat już się nie nadawała. Trudy życia dały o sobie znać.
Zdzisław Bonecki funkcję dyrektora SP4 pełnił 24 lata, do 1987 r., kiedy przeszedł na emeryturę. Na stronach internetowych szkoły znajdujemy informacje, że był charyzmatycznym szefem, wymagającym, stanowczym, ale dobrym człowiekiem. Wspólnie z panią Jadwigą uczestniczyli w obchodach 50-lecia szkoły w maju 2014 r., gdzie przyjmowani byli z honorami.


Zdzisław Bonecki zmarł 3 maja 2018 r. Pani Jadwiga nadal mieszka w domku przy SP4. I  na tym kończymy tę wyjątkową, gorzko-słodką opowieść o życiu, wojnie i szkole.

Ziemia Sochaczewska, nr 15-17.2020