Jedyna taka drużynowa
Od pół wieku jest związana z harcerstwem, blisko 40 lat pełniła funkcję drużynowej, co w sochaczewskim hufcu jest ewenementem. 25 lutego przekazała drużynę swojej następczyni, ale to nie oznacza rozstania z ZHP, bo, jak sama mówi, harcerstwo, zaraz po macierzyństwie, to najpiękniejsza rzecz, jaka ją spotkała. Z druhną harcmistrz Agnieszką Wójcik rozmawia Jolanta Śmielak-Sosnowska.
Jak się zaczęła ta wieloletnia przygoda z harcerstwem?
O ile dobrze pamiętam, to w 1972 r. zostałam zuchem, choć muszę przyznać, że nie byłam wtedy zbyt zaangażowana (śmiech). Nawet jako harcerka nie sądziłam, że całe swoje życie zwiążę z tą organizacją.
To co się wydarzyło?
Z zawodu jestem nauczycielką i od zawsze chciałam uczyć biologii i chemii. Tak się złożyło, że w Sochaczewie nie było wtedy pracy dla nauczyciela tych przedmiotów, więc trafiłam do małej szkoły w Nowinach w gminie Tułowice, obecnie jest to gmina Brochów. W Nowinach działał wtedy prężny hufiec należący do stołecznej chorągwi. I tam rozpoczęło się dla mnie prawdziwe harcerstwo. Bez reszty wsiąknęłam w atmosferę tej szkoły i idee ZHP. Skończyłam kurs drużynowych metodyki zuchowej, wtedy jeszcze w Centralnej Szkole Instruktorów Zuchowych ZHP w Oleśnicy, gdzie mocno dano nam w kość.
Który to był rok?
Zobowiązanie instruktorskie złożyłam w 1985 r. i zostałam drużynową gromady zuchowej właśnie w Nowinach.
Jak pani wspomina pracę z dziećmi?
Cudownie. To były odległe czasy, kiedy dzieci na wsi nie mogły liczyć na wiele atrakcji. Przynależność do ZHP dawała możliwość wyjazdów na wycieczki, rajdy, spotkań z innymi drużynami. Żona dyrektora szkoły była komendantką hufca, więc mieliśmy ogromne wsparcie, organizowaliśmy różne imprezy.
Szkoła była centrum edukacyjno-kulturalnym dla całej społeczności.
To prawda. Dzieci garnęły się do wszystkiego, chwytały każdy pomysł. Zresztą podobnie jak harcerze, których drużynową zostałam po pewnym czasie.
A potem zmieniła pani miejsce pracy.
Rzeczywiście, szkoła w Nowinach uległa likwidacji, a ja przeszłam do pracy w Brochowie, gdzie działała Wielopoziomowa Drużyna Harcerska Sosenka. I tak jest do dziś. Muszę powiedzieć, że liczy ona obecnie 34 osoby. Jest tak liczna, że mogłyby z niej powstać dwie drużyny.
Proszę powiedzieć, jak to zrobić, jak utrzymać dzieci czy młodzież, aby nie chciały odejść do innych zajęć?
Nigdy tak naprawdę się nad tym nie zastanawiałam. Po prostu trzeba kochać to, co się robi, bo dzieci i młodzież to widzą. Wywiązywać się z obowiązków, poświęcać czas innym, jeśli tego potrzebują.
No ale trzeba mieć ten czas.
Ja uważam, że przy dobrej organizacji wszystko da się pogodzić, pracę, obowiązki rodzinne i te społeczne. Jestem tego najlepszym przykładem. Jeśli nie mogłam zorganizować zbiórki raz w tygodniu, robiłam ją co dwa tygodnie. Kiedy wyjeżdżałam na obozy do Łąkie, zabierałam ze sobą własne dzieci. Poza tym zawsze mogłam liczyć na pomoc naszego hufca, bo po zmianach administracyjnych Brochów znalazł się w powiecie sochaczewskim. Pamiętam pierwsze spotkanie z komendantem Krzysztofem Wasilewskim, który przyjechał do nas z wizytą. Miałam ogromną tremę, a tymczasem od razu nawiązaliśmy świetny kontakt. I tak już zostało.
W 2019 roku została pani uhonorowana tytułem „Instruktor Godny Naśladowania”. To duże wyróżnienie.
To był dla mnie wielki zaszczyt, ale prawdę mówiąc harcerstwo, zaraz po macierzyństwie, to najpiękniejsza rzecz, jaka mi się przytrafiła.
Zwłaszcza że zgodnie ze zobowiązaniem instruktorskim wychowała pani swoją następczynię.
Bardzo się z tego cieszę. Jestem przekonana, że oddałam drużynę w dobre ręce. Druhna Julia Dobrowolska jest urodzoną harcerką, zaangażowaną, strzegącą zasad, oddaną dzieciom i młodzieży. Przeszła ze mną całą drogę i choć ma dopiero 19 lat, wierzę, że jest najlepszą z najlepszych.
Pewnie nie wszyscy wiedzą, że przekazanie drużyny miało bardzo uroczysty charakter.
To prawda. Odbyło się ono podczas zlotu całego hufca z okazji Dnia Myśli Braterskiej. Ale najbardziej wzruszający był moment przekazania sznura. Odbywa się to tak, że z moją następczynią trzymamy się za ręce, a komendantka hufca przesuwa sznur z mojego ramienia na jej. Łzy same cisnęły się do oczu.
To rzeczywiście piękna chwila, ale na pewno było ich wiele w ciągu pięćdziesięciu harcerskich lat.
Z sentymentem wspominam nasze rajdy, wędrówki po puszczy, prowizoryczne noclegi, na które nikt nie narzekał, śpiewy przy ognisku do późna. Albo obozy w Łąkie, na których tyle się działo. Przez wiele lat byłam komendantką na tych obozach. Czasami kładłam się spać o trzeciej nad ranem, bo tyle było pracy. Obiecywałam sobie wtedy, że to już ostatni raz, ale za rok znowu zjeżdżałam do stanicy na całe lato.
A jak przebiegała współpraca z rodzicami? Czy bez zastrzeżeń powierzali pani swoje dzieci?
Dobrze że pani o to pyta, bo kontakt z rodzicami jest niezwykle ważny. Ja zawsze trafiałam na wspaniałe mamy i ojców, którzy nie dość, że mi ufali, to jeszcze bardzo się angażowali we wszelkie działania. Jak trzeba było zorganizować podwózkę samochodem, czy stawić się w roli opiekunów, zawsze mogłam na nich liczyć. Nasze wigilie to już legenda. Za każdym razem zasiadaliśmy za wielkim stołem, zastawionym postnymi potrawami i słodkościami, o które troszczyli się rodzice. Myślę, że dzięki tej współpracy nasza drużyna tak świetnie funkcjonuje.
I co teraz. Czy to już koniec harcerskiej drogi?
Absolutnie, jestem zaangażowana w działalność hufca. Pełnię w nim różne funkcje, np. w komisji rewizyjnej, komisji stopni instruktorskich. Poza tym zamieniłam się rolami z Julką. Wcześniej ona była moją przyboczną, a teraz ja jej (śmiech).
Dziękuję za rozmowę i życzę kontynuowania tej pięknej pasji.

- to dla Ciebie staramy się być najlepsi, a Twoje zdanie bardzo nam w tym pomoże!