Szuflada 2024 - nagrodzone opowiadania
Dzisiaj prezentujemy kolejne teksty nagrodzone w Szufladzie. Zachęcamy do lektury.
Gdzieś tam, 20 lipca 2080 r.
Sama!
Leżę, sama. Patrzę w sufit, sama. Jedyny odgłos, jaki budzi mnie każdego ranka, to monotonne bicie zegara i kukułka, która zawsze mnie wita swoim radosnym „ku-ku, ku-ku”. Ostatni relikt, przeszłości w mojej ciasnej klitce. Ostatni przyjaciel, któremu mogę się zwierzyć. Nie mam już sił, by odwrócić się na bok, do okna. W większości nie chcę, nie widzę już tam nic ciekawego, zimne przeszklone bloki, o które obija się wiatr ze świstem. Nic godnego uwagi, nic ciepłego, jak stary dom wypełniony ludźmi, śmiech, łzy – nic tu takiego nie ma. Ilekroć by nie spojrzeć na nie, przez lata wyglądają tak samo monotonie, tak samo pusto i bez uczuć, nie przypominają mi o niczym.
Czuję się malutka w tym starym ciele. Czuję się jak ostatnia osoba, o której świat zapomniał w dystopijnej rzeczywistości, jakby nikt już nie pamiętał. Gdzie są moje dzieci, gdzie są wnukowie? Gdzie są te małe duszyczki, w które było mi dane włożyć własne łzy i pot, nieprzespane noce i zarwane dnie? Gdzie są te wspólne weekendy spędzone na gotowaniu, na rozmawianiu i graniu? Już nie słyszę szeptów do ucha, gdy coś było zbyt kompromitujące, by powiedzieć na głos. Już nie słyszę kłótni rodzeństwa, która zawsze sprowadzała się do ostatniego krzyku „mamo!!!”.
Boże, ile by dać Ci, aby usłyszeć to wszystko jeszcze raz! By usłyszeć „mamo”, jeszcze raz. Nie płaczę, już. Nie mam siły. Może się już pogodziłam. Chociaż za każdym razem, gdy mój przyjaciel wita mnie z rana swoim ku-ku, wracam mimowolnie do domu, gdzie wisiał na ścianie, tuż obok wszystkich zdjęć - ich już nie mam ze sobą…
Czy pamiętam, jak oni wszyscy wyglądali? Nie wiem, nie umiem pamiętać. Podobno pierwszym, co się zapomina, to głos i twarz, jak blisko nie byłoby się z daną osobą. I mimo, że to naukowy fakt, nie czuję w nim otuchy. Czuję chłód. Jest mi tak bardzo zimno. Nie chcę wołać pielęgniarki. Ona i tak chyba nie darzy mnie sympatią. To nie moja wina, że zawsze jest wścibska, a ja nie umiem odpowiadać na jej pytania. Możliwe, że mogłabym być milsza, ale… jej widok wprowadza mnie od razu w irytację, nie potrafię na nią spojrzeć. Nie, kiedy pomaga mi z najprostszymi czynnościami. To… uciążliwe, niezręczne i dehumanizujące. Nie mogę na nią patrzeć bo… myślę wtedy o rodzinie. Czemu nikogo tu nie ma, czemu na ich miejscu jest jakaś obca kobieta? Czemu nikt nie trzyma mnie za rękę?
Myślę dużo o życiu ostatnio. Jak czas się zmienia, jak wszystko co było mi znane zanika. Nie boję się już śmierci. Nikt nie powinien. W dawnych czasach śmierć była uważana za przyjaciela. W słowiańskich opowiadaniach ludzie zapraszali ją nawet na obiad. W końcu zwiastowała udanie się do lepszego świata. Dance macabre. Mam nadzieję, że mnie też tam zabierze, tam, gdzie znów mogę chodzić, tam, gdzie mogę się umyć samodzielnie, tam, gdzie nie czuję tej doskwierającej samotności.
Po przeżyciu tylu lat wszystkie błahostki nie wywierają już większych emocji. Strachy młodości nie mają już większego znaczenia. Pająki nie są straszne, kariera mnie już nie martwi, pieniądze nie mają wartości. Czy ktoś mnie pochowa? Czy ktoś przyjdzie na mój grób? Chcę, by ktoś postawił na nim znicz, chcę wiedzieć, że pamięta. Chyba zaczynam płakać, to coś dziwnego.
Właściwie się jednak boję. Boję się, że umrę sama…
Zuzanna Kweclich
Liceum Ogólnokształcące im. F. Chopina
III miejsce
Sen czy jawa? Kosmiczna wyprawa
- Władca Kybery był wielkim miłośnikiem cybernetyki, szczególnie interesowała go cybernetyka cywilna. Pewnego razu…
Moja polonistka ciągnęła tę opowieść w nieskończoność. Za oknem świeciło słońce, a jego delikatne promyki pląsały po mojej twarzy. Daleka byłam od przeniesienia się myślami na Kyberę, ale…Cóż, nie będę ukrywała, że podróże międzygwiezdne pochłaniają mnie od dawna. Mój umysł zaczął oddzielać się od ciała, a ja szybko przeniosłam się w kosmiczną pustkę i właśnie mijałam pomarańczową planetę najbliżej Ziemi, i już przenosiłam się w przyszłość, gdy z tego błogiego stanu wyrwał mnie dzwonek.
- Nie zapomnijcie o naszej nowej lekturze!
Nasza pani polonistka nie ustawała w wysiłkach, by wydobyć z nas więcej humanistycznego zapału. Następny dzień nie zapowiadał niczego niezwykłego. Obudziłam się wcześnie, ostrożnie postawiłam stopy na miękkim dywaniku i z ochotą ruszyłam na spotkanie nowego dnia, nie omijając kuchni. Jednak coś było nie tak. W powietrzu czuć było coś dziwnego. Zapach nadchodzącego lata mieszał się z odrobiną bzu, ale wcale go nie widziałam. Dlaczego w moim roześmianym zazwyczaj domu jest tak cicho. Nigdzie żywej duszy.
-Hania, Marta, Radek! Gdzie jesteście? Mamo, tato, Haniu!
Ku mojemu zdumieniu zbliżało się do mnie coś, co bardzo przypominało mi wygenerowaną postać z ekranów telewizyjnych. Ta żywa istota do złudzenia przypominała człowieka. W kuchni krzątała się kolejna. W moim domu są jakieś roboty!!! Czyżby opanowały świat?
-Przypominam, że dziś wielki dzień. Agato, wyruszasz razem z klasą na wycieczkę do galaktyki Andromedy. Profesor Wiercipiętek leci z Wami. I dziennikarze. Na pokładzie nowego wahadłowca wysłuchacie wykładu na temat kwantowego świata, energii i czasu. Gratuluję!
W głowie kłębiły mi się myśli, ale przed moim domem, naprawdę moim domem, stała wielka jakby mydlana bańka, którą otaczał jaskrawy blask. Wirując, uniosła się w górę i zanim się spostrzegłam, witałam się już z profesorem Niecierpkiem. Ależ to nasz pan od fizyki!
Lot w przestworzach ciągnął się w nieskończoność, profesor stwierdził, że dawniej można było tylko o takich lotach pomarzyć, a dziś są czymś naturalnym. Potem wyświetlił film, na którym rozpoznałam roboty człowiekowi podobne. Zanim profesor wyjaśnił kwantowo- tunelową rzeczywistość, roboty otoczyły mnie i czule się przytulały. Jeden z nich miał tułów, głowę, ręce ,uszy, drugi był wykonany z połączonych ze sobą kwadratów. Nabrawszy zaufania ośmieliłam się zapytać, który jest rok i miesiąc.
-Mamy 4829, ludzkość od stu lat żyje na innej planecie, bo Ziemia ciągle się jeszcze odradza. Nie obawiaj się!
W tym momencie uchwyciłam niepokojące spojrzenie profesora Wiercipiętka.
- Agato, może chcesz porozmawiać z pamięcią fantomową? Widzę, że interesuje cię nasza przeszłość. Emma 24X pomoże ci wyszukać odpowiednie treści. Widzę też, że nasze pokładowe humanoidy polubiły cię. Traktują cię jak królową! A wiesz, że bardzo przywiązują się do człowieka, lecz…
Bam! Bum! Trach! Bum! Nie, nie to nie awaria statku! Tak zadziałał teleporter. Przed moimi oczami przelatywały miliony, miliony maleńkich gwiazd. Jeden z robotów chwycił mnie za rękę.
- Patrz! To twój kosmiczny dom!
„Andromeda III” leciała teraz spokojnie. Trochę nawet zaczęła doskwierać mi samotność. Właśnie przelatywaliśmy obok Ziemi. Wyglądała tak dostojnie, dumnie. Podziwialiśmy ją z pokładu widokowego. W pobliżu przemknął meteoryt, lecz nie zwróciłam na niego uwagi. Chciałam być na Ziemi. Teraz. Już. Moi przyjaciele w kombinezonach z helu wiedzieli wszystko, lecz nie znali Ziemi tak jak ja.
Urzędowe roboty – tak je nazwałam – uwijały się jak mogły, by przekazać na moją nową planetę zaszyfrowane informacje świetlne. Właściwie czułam, że moje marzenie spełniło się. Przyszłość. Lot. Księżyc Jupiter krążył wokół planety, której nie znałam, ale pokochałam ją od razu, gdy postawiłam na niej pierwsze kroki. Unosiłam się niczym piórko. I chociaż wokół mnie nie było roślin ani zwierząt, tylko pył księżycowy, czułam się odkrywcą.
Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Humanoidy z łatwością sprowadziły statek do naszej galaktyki, rozwiozły uczniów pojazdem nieco unoszącym się nad ziemią. Portal, w którym mknęliśmy z prędkością światła, już się zamknął. A co by było, gdyby te roboty zbuntowały się przeciwko ludziom? Gdyby stały się urzędową policją , czytały w myślach? Jedne zaprzyjaźnione, drugie wrogo nastawione? Już czułam się prawie przesłuchiwana i prawie aresztowana przez jednego z nich, gdy nagle poczułam mocniejsze szarpnięcie.
-Oj, Agata, Agata, zawsze zasypiasz na pierwszą godzinę lekcyjną! Zbieraj się szybko, podwiozę cię!
Rozejrzałam się. Nie było wokół żadnych ludków w strojach z helu z czułkami na głowie i z nadajnikami w dłoni, dodajmy przezroczystymi. Nade mną stała mama i wymachiwała patelnią z gorącą jajecznicą.
-Szybciej, bo się spóźnisz i na drugą godzinę. Macie nowego nauczyciela od fizyki. Nazywa się tak jakoś dziwnie. Wiercipiętek czy jakoś tak. Podobno geniusz.
Tego mi było trzeba. Zerwałam się jak oparzona. Chwyciłam telefon. A jakże! Bez niego nie ma życia. Na kalendarzu widniała data – 18. 02. 2024rok. Zdumiałam się tylko, gdy przed moim domem nie stała żadna wielka kula. Cóż, nie można mieć wszystkiego!
Agata Kaźmierczak, klasa 5a
Szkoła Podstawowa nr 4 z Oddziałami Integracyjnymi w Sochaczewie

- to dla Ciebie staramy się być najlepsi, a Twoje zdanie bardzo nam w tym pomoże!