Koszelówka i kawa z Broniewskim - Adam Broniecki o dawnym Boryszewie
- Boryszew to był mój dom, a Koszelówka oczko w głowie – mówi Adam Broniecki, wieloletni pracownik fabryki. Pracował w niej od 1958 do 1992 roku. W tym czasie był kierownikiem kina, organizatorem kultury i – najdłużej – kierownikiem działu zajmującego się administracją i sprawami socjalnymi pracowników. Dziś ma 92 lata i z przyjemnością wspomina operę w Boryszewie, kawę z Władysławem Broniewskim i organizowanie ośrodka wczasowego w Koszelówce oraz ogródków działkowych.
Adam Broniecki wychował się na podgrójeckiej wsi, w rodzinie małorolnego gospodarza, skąd trafił do Warszawy. Jak opowiada, w czasie powstania u jego rodziców schroniła się ciocia, która później postanowiła odwdzięczyć się siostrze i zabrała kilkunastoletniego Adama do stolicy, aby tam mieszkał i się kształcił. – Warszawa przemówiła do mnie już w 1946 roku, kiedy przyjechałem tam po raz pierwszy. I mimo że było to tak naprawdę morze ruin i tak poczułem, że chcę mieszkać w mieście, nie widzę dla siebie miejsca na wsi – opowiada. Dzięki temu skończył technikum i – po odbyciu służby wojskowej, gdzie zdobył umiejętności kinooperatora - rozpoczął pracę w Wojewódzkim Zarządzie Kin. W Warszawie poznał też swoją przyszłą żonę, która, co ciekawe, pochodziła z nieodległej od jego rodzinnej miejscowości Mogielnicy, ale spotkali się dopiero w stolicy.
Kawa z Broniewskim i opera w Boryszewie
Sytuacja mieszkaniowa była bardzo trudna, a przyszedł czas na założenie rodziny, dlatego Adam Broniecki rozpoczął poszukiwania stałej pracy z mieszkaniem i tak trafił do będącego w fazie rozruchu zakładu w Boryszewie. Był rok 1958, zakład miał już zakupioną całą potrzebną aparaturę kinową, ale brakowało kinooperatora z odpowiednimi uprawnieniami. – Przyjechałem i od 15 marca zacząłem pracę, od razu – opowiada pan Adam. – Obiecane mieszkanie przy ulicy Lotników było dopiero w budowie, więc przydzielono mi pokój w budynku domu kultury, na piętrze. Mieszkało tam też kilka innych osób, w tym oczekujący na mieszkania inżynierowie. Warunki były takie sobie – szczególnie, że rodzina szybko się powiększała, bo po miesiącu dołączyła żona, a rok później dziecko. W sumie państwo Bronieccy przemieszkali w tymczasowym pokoiku trzy lata – bez kuchni, ale z kuchenką gazową, więc dało się żyć w miarę normalnie – opowiada pan Adam. Mieszkanie na Lotników było tak naprawdę kawalerką, pokój z kuchnią. Kilka lat później rodzina znalazła docelowe lokum w bloku zakładowym przy Okrzei.
W tym czasie do obowiązków Adama Bronieckiego doszło, poza kinem, które okres świetności (ze względu na coraz bardziej rozpowszechniającą się telewizję) miało już za sobą, organizowanie życia kulturalnego zakładu. Mimo że ZDK to spory budynek, na działalność kulturalną nie było zbyt wiele miejsca, ze względu na to, że górę zajmowali pracownicy, a spory kawałek biblioteka. - Do samego domu kultury za dużo ludzi nie przychodziło – wspomina pan Adam. - Później, kiedy objąłem kierownictwo, podejmowałem różne działania, między innymi umożliwiłem działanie i kupiłem sprzęt dla zespołu Borysy, którym dowodził Władysław Komendarek. Muzyków wówczas rzadko było stać na sprzęt, a duży zakład pracy miał środki, więc mógł pomagać w rozwijaniu skrzydeł. – Musiałem się też zająć wyposażeniem i porządkami, bo budynek był stosunkowo nowy, oddany do użytku w 1955 roku i nawet nie był porządnie pomalowany w środku. Dyrekcja na szczęście nie skąpiła pieniędzy, można było kupić choćby krzesła. Do ZDK-u zapraszaliśmy renomowane zespoły – raz na dwa miesiące przyjeżdżał Teatr Ziemi Łódzkiej, regularnie odwiedzał nas Teatr Ziemi Mazowieckiej. Praktycznie nie było tygodnia, żeby nie było jakiejś imprezy. Przyjeżdżali też artyści z Estrady. Wystawiono nawet „Halkę”, czyli pełne przedstawienie operowe. Organizowaliśmy też spotkania dla emerytów – opowiada pan Adam i dodaje, że z tego okresu zapamiętał szczególnie wizytę Władysława Broniewskiego, z którym miał przyjemność wypić kawę i porozmawiać, bo w ZDK organizowano także spotkania autorskie. Boryszew, mimo że administracyjnie był częścią Sochaczewa, stanowił jednak odrębną całość i – także z powodu problemów z komunikacją z centrum, mieszkańcy przebywali raczej we własnym gronie.
Koszelówka – zagłębie wypoczynkowe dla Sochaczewa
Mimo sukcesów w organizowaniu życia kulturalnego, Adam Broniecki z ulgą przeszedł jednak do działu administracji. Jak sam o sobie mówi, uwielbia organizować, zarządzać i załatwiać, dlatego w dziale administracji mógł naprawdę rozwinąć skrzydła. Jednym z jego największych osiągnięć, z których korzyść miało bardzo wielu mieszkańców Sochaczewa, jest organizacja ośrodka wypoczynkowego Boryszewa nad jeziorem Zdworskim w Koszelówce. Nie ma chyba osoby, która w końcówce poprzedniego ustroju nie spędziła choć kilku dni nad jeziorem. Jeździło tam całe miasto, a boryszewski ośrodek zapewniał znakomite warunki – głównie dzięki zaangażowaniu administratora. – Koszelówka była moim oczkiem w głowie – mówi pan Adam. - Boryszew szukał miejsca odpoczynku dla swoich pracowników, niedaleko, i to miejsce było świetnym wyborem. Kupiliśmy więc ziemię, a potem trzy drewniane baraki jako pomieszczenia dla kolonistów. Na terenie ustawiono też kilka domków dla obsługi i to był początek. Był rok 1961, byłem na otwarciu i pamiętam, jak tańczyliśmy. Do dziś zachowało się zdjęcie. W 1970 zapadła decyzja o wybudowaniu ośrodka wczasowego dla dorosłych, bo do tej pory do Koszelówki jeździły tylko dzieci. Budynek zaprojektował pan Pudełko, który był wówczas inżynierem w Boryszewie. Na tamte czasy niewielkie pokoiki z umywalkami i wspólnymi łazienkami były wystarczające, w pawilonie funkcjonowała też świetlica z telewizorem. – No a potem wiedząc, że drewniane baraki, w których do tej pory mieszkali koloniści, są niebezpieczne, zdarzały się przypadki pożarów, zacząłem wiercić dziurę w brzuchu dyrektorowi, żeby wybudować nowe budynki. I udało się, powstał nowy ośrodek na 120 osób. Warunki były wręcz luksusowe jak na tamte czasy – pokoiki dla 6 dzieci, osobny pokój dla wychowawcy, kuchnia. Każdy pracownik Boryszewa mógł liczyć na wypoczynek dla siebie i dzieci. Była też wymiana międzynarodowa – do Koszelówki przyjeżdżali Niemcy z NRD i Czechosłowacy, a mieszkańcy Sochaczewa jeździli do tych krajów. - Potrafiliśmy w pełni zaspokoić zapotrzebowanie pracowników na wypoczynek – podkreśla z dumą pan Adam. – Nie było tak, żeby ktoś nie pojechał na wczasy, jeśli chciał. Z boryszewskich obiektów w Koszelówce korzystali także pracownicy innych zakładów i urzędów (jak niżej podpisana – miałam okazję skorzystać zarówno z wczasów, jak i kolonii, mimo iż rodzice nie pracowali w Boryszewie).
Ośrodka żal, ale życie płynie dalej
Dla naszego rozmówcy okres letni, kiedy przygotowywał ośrodek na przybycie wczasowiczów, organizował jego pracę, a potem administrował całością, to najlepszy czas w życiu (nie licząc tego, który spędzał na działce, ale o tym później). – Trzeba było zapewnić sprzęt rekreacyjny – kajaki, rowery wodne. Na początku plaża była byle jaka, ale potem przewoziliśmy białą ziemię, piasek i było dobrze. Nie brakowało pościeli, jedzenia – nawet w czasach, kiedy wszystko było na kartki. W zakładzie przez pewien czas hodowano świnie, których mięso stanowiło później podstawę wyżywienia, a wczasowicze nie musieli oddawać swoich kartek w okresie reglamentacji towarów. To także jest dla Adama Bronieckiego powodem do dumy. Ośrodek kwitł, ale nadeszły czasy prywatyzacji, które położyły kres jego istnieniu w znanej przez lata formie. – Boryszew zaczął przekształcać się w spółkę, pozbywano się mieszkań zakładowych, niektórych maszyn, a także ośrodka wczasowego, żeby zmniejszyć wartość zakładu – opowiada A. Broniecki. – Nie zgadzałem się z dyrektorem Michalakiem w tej sprawie, uważałem, że Koszelówki oddawać nie należy, ale dyrektor zapewniał mnie, że to tylko czasowe, jak już spółka okrzepnie, ośrodek do nas wróci. Jak wiemy, tak się nie stało, miasto ośrodek sprzedało, ponieważ utrzymanie go było zbyt kosztowne. Posprzeczałem się mocno z dyrektorem i skończyło się to tym, że złożyłem wniosek o przejście na emeryturę, ponieważ miałem już 40 lat przepracowane i mogłem to zrobić. To był koniec mojej pracy w Boryszewie. Rok zajęło mi dojście do siebie, spędziłem ten czas na działce, z czasem przestało to boleć, ale był to trudny czas.
Pan Adam twierdzi, że wówczas źle rozporządzono mieniem zakładu. Mieszkania można było przecież sprzedać pracownikom, a ośrodkiem w Koszelówce mogła zarządzać utworzona do tego celu spółka. Tak się jednak nie stało.

Rok 1961 otwarcie ośrodka w Koszelówce, na zdjęciu kadra wychowawcza i gospodarcza
Raj nad rzeką
Działka, o której wspomina Adam Broniecki, to drugie oczko w głowie i powód do dumy kierownika administracyjnego Boryszewa. - W latach 70. pojawiło się duże zapotrzebowanie na ogródki działkowe, więc zastanawiałem się, co by tu zrobić, żeby i pracownicy Boryszewa mieli swoje działeczki – opowiada. – Pierwsze 20 powstało na terenie, który, dzięki moim zabiegom, oddało nam w użytkowanie miasto. Potrzeby były jednak większe, więc z czasem zagospodarowaliśmy pod działki teren przy Fabrycznej, który pierwotnie miał być przeznaczony na rozbudowę zakładu, do czego jednak nie doszło. Tam powstało kolejnych prawie sto działek, które do dziś służą mieszkańcom. Służą też panu Adamowi, który obecnie ma tam owocowe drzewka i miejsce do rekreacji. – W tym roku zamierzam przekazać tę działkę mojemu synowi, ale na pewno nie przestanę doglądać krzewów. Po odejściu na emeryturę działalność zawodowa pana Adama wcale się nie skończyła – do 70. roku życia pracował w swoim pierwszym zawodzie, czyli był kinooperatorem w sochaczewskich kinach „Robotnik” i „Mazowsze”. Poza tym zwiedza, chodzi do teatru i żyje pełnią życia. A na swoją żonę do dziś z czułością mówi „moja panienka”. Niedawno państwo Bronieccy w rodzinnym gronie, z dziećmi i wnukami, obchodzili kolejną rocznicę ślubu oraz 90. urodziny pani Albiny.
Adam Broniecki z uśmiechem i dumą opowiada o swoich dokonaniach w Boryszewie, który był dla niego czymś znacznie więcej niż miejscem pracy. Odpowiadając za warunki zatrudnienia, mieszkania i wypoczynku pracowników nawiązał wiele dobrych kontaktów z ludźmi, spełnił się jak organizator i motor napędowy wielu poprawiających jakość życia działań. – To stanowisko mi odpowiadało idealnie. Lubiłem tę pracę i ludzi, a ludzie lubili mnie, zawsze pomagałem i załatwiałem im co tylko mogłem. W Boryszewie było nieźle, ponieważ zakład był dość bogaty, mieliśmy mieszkania zakładowe w 14 budynkach, hotel, stołówkę, ośrodek, wiele możliwości, których inne zakłady nie miały i starałem się to wykorzystać dla dobra pracowników. Do dziś chodząc po tej mojej dzielnicy czuję zadowolenie widząc bloki, które wybudowaliśmy, przedszkole, za które też odpowiadałem administracyjnie, kiedy dawni koloniści uśmiechają się na dzień dobry. W ogóle patrząc na całe moje życie czuję się zadowolony – wyszedłem z małej wioski o własnych siłach i swoją determinacją, przyjechałem tutaj, dorobiłem się wszystkiego, co mi potrzebne, mam wspaniałą rodzinę.
Izabela Goryniak

Za działalność zawodową i osiągnięcia Adama Bronieckiego uhonorowano licznymi medalami i odznaczeniami. Najbardziej dumny jest z medali jubileuszowych swojego zakładu, ale otrzymał też Złotą odznakę zasłużonego pracownika, złotą odznakę działkowca i Srebrny Krzyż Zasługi.

- to dla Ciebie staramy się być najlepsi, a Twoje zdanie bardzo nam w tym pomoże!