Dzielna jak Natalia (cz. I)
Zanim dostała pracę w sochaczewskim ratuszu, dużo wysiłku włożyła w to, aby w Polsce samodzielnie stanąć na nogi. Mimo wyższego wykształcenia, zaczynała jako sprzątaczka, pracowała „na zmywaku”, jeździła na TIR-ach. Dziś jest cenionym pracownikiem i nadal pomaga swoim rodakom z Ukrainy. Z Natalią Szostką o życiu w Ukrainie, na Syberii i w Polsce rozmawia Jolanta Śmielak-Sosnowska.
Jak długo jest pani w Polsce, czy to wojna w Ukrainie sprowadziła panią do naszego kraju?
W Polsce mieszkam już od 10 lat. Przyjechałam w maju 2015 r. i to raczej względy osobiste były powodem, a nie wojna. To był czas, kiedy Rosja zajęła Krym, w pozostałej części Ukrainy był jeszcze spokój. Mieszkałam i pracowałam wtedy w Kijowie. Pewnego dnia kupiłam bilet w jedną stronę, zabrałam sześcioletnią córkę i postanowiłam zacząć nowe życie.
A czym się pani zajmowała w Kijowie?
Zacznę od tego, że pochodzę z miejscowości Monastyryszcze niedaleko Humania w obwodzie czerkaskim, ale od 17 roku życia mieszkałam w Kijowie. Tam podjęłam studia w Instytucie Lotnictwa Cywilnego. W Ukrainie jest inny system edukacji, tam po szkole powszechnej można zacząć studia. Kiedy dostałam dyplom inżyniera, postanowiłam uczyć się dalej, wybrałam rachunkowość i finanse, i dostałam pracę w ubezpieczeniach. To tak jak w Polsce PZU. Wcześniej założyłam rodzinę, ale moje życie osobiste nie ułożyło się dobrze. Miałam 30 lat i musiałam podjąć decyzję, co dalej. Tak jak już mówiłam, spakowałam walizki, zabrałam córkę i ruszyłam do Polski, choć wahałam się, czy nie wybrać Finlandii. Przeważyły moje polskie korzenie.
O, to ciekawe. Proszę opowiedzieć.
Nie znam tej rodzinnej historii od początku, bo moja babcia, Lena Janczycka, miała 8 lat, jak zmarła jej mama Wiktoria. Ojciec ożenił się drugi raz, a babcia trafiła do dalszej rodziny i tam się wychowywała. Była za mała, aby poznać wcześniejsze koligacje, ale zapamiętała, że naszymi przodkami byli Polacy - Kornelia i Andrzej Janczyccy, o ile nazwisko nie zostało zniekształcone w tłumaczeniu na ukraiński. Myślę, że to zadecydowało, że ja wybrała Polskę.
No dobrze, przyjechała pani do Warszawy, wysiadła na Dworcu Zachodnim i co dalej?
Przez wspólnych znajomych umówiłam się z pewną Ukrainką, żeby kupiła mi telefon i wytłumaczyła, jak się poruszać tramwajami, jakim numerem dojechać w najważniejsze miejsca i gdzie szukać pracy.
Ale musiała pani gdzieś zanocować, przynajmniej tę jedną noc.
To też załatwiłam przez znajomych. Z dworca zabrał nas mężczyzna, który nas zawiózł w takie miejsce, gdzie mieszkali już inni Ukraińcy. Mogłam tam zostać przez miesiąc, dopóki się nie urządzę. Tam też dowiedziałam się, że w Warszawie jest firma sprzątająca założona przez Ukrainkę, która już wiele lat mieszka w Polsce. Zgłosiłam się i dostałam pracę, a oprócz tego sama szukałam innych możliwości zarobienia pieniędzy.
To jak wyglądały początki w Polsce?
Ja wstawała o czwartej rano i najpierw jechałam sprzątać na uniwersytecie. Zanim zaczęły się zajęcia, musiało być wszędzie czyściutko. Potem sprzątałam domy, a wieczorem załatwiłam sobie pracę w restauracji przy zmywaniu naczyń. I tak wyglądał mój dzień.
A czy to prawda, że jeździła pani na TIR-ach?
Prawda. Jak przyjechałam do Polski, miałam już prawo jazdy kategorii C i chyba po pół roku, przy jakiejś okazji dowiedział się o tym mój znajomy. Zaprosił mnie do kolegi, który ma firmę transportową, żebym spróbowała pojeździć po placu. Bałam się tej próby bardzo, ale zaraz pomyślałam sobie, że muszę dać radę. Poszło mi całkiem nieźle. I tak dostałam dobrą pracę. To była prawdziwa okazja, bo na ciężarówce mogłam zarobić trzy razy więcej niż do tej pory. Zrobiłam jeszcze uprawnienia kat. E i ruszyłam w drogę.
Jak daleko?
Najczęściej do Hiszpanii i Portugalii, ale też na krótsze trasy do Holandii, Niemiec, Francji.
No i jak pani szło?
Bardzo mi się podobało, zwłaszcza że miałam swój plan. Chciałam się urządzić w Polsce i wiedziałam, że muszę to zrobić sama. Chociaż w tym czasie było mi już lżej, bo przyjechali moi rodzice i miałam z kim zostawić dziecko. Jeździłam na TIR-ach dwa lata, od 2016 do 2017 r., i w tym czasie poznałam przyszłego męża.
Na TIR-ach?
Tak, dokładnie na parkingu w Portugalii. Kierowcy często spotykają się w takich miejscach, bo muszą odpocząć, przespać się, umyć, zjeść. Nasza znajomość zaczęła się od rozmowy, kiedy się trochę poznaliśmy, były wzajemne telefony i randki... na parkingach.
Parkingowe randki?
No tak, bo pracowaliśmy w innych firmach i najczęściej było tak, że jak ja wyjeżdżała w trasę, to on wracał do Polski, przez to rzadko się widywaliśmy. Ale jak nasza znajomość rozwinęła się, umawialiśmy się na konkretny dzień w Niemczech albo we Francji, zależnie od tego, w którym miejscu nasze wyjazdy pokrywały się.
I te randki skończyły się małżeństwem?
30 grudnia 2017 r. wzięliśmy ślub, tu w Sochaczewie.
A kim jest pani mąż?
Jest Polakiem, pochodzi z lubelskiego, ale postanowiliśmy zamieszkać tutaj, bo moja córka chodziła już do szkoły, ja wynajmowałam mieszkanie, szkoda mi było wyjeżdżać stąd. Ale skończyła się moja praca na TIR-ach, zajęłam się domem, urodziłam drugie dziecko i poszłam na kolejne studia. Tym razem skończyłam logistykę w sochaczewskiej wyższej szkole.
Dokończenie rozmowy w kolejnym wydaniu „Ziemi Sochaczewskiej” z 10 czerwca 2025 r.
Natalia w swoim obecnym miejscu pracy...

...i w poprzednim - przystanek w Portugalii

W drugiej części rozmowy Natalia opowie o kilku latach, które spędziła na dalekiej Syberii

- to dla Ciebie staramy się być najlepsi, a Twoje zdanie bardzo nam w tym pomoże!