przejdź do Sochaczew.pl
Sochaczew
228057 odwiedzin

Królowa "Solidarności"

A A A

Hanna Król, znana w Sochaczewie opozycjonistka, mówi, że niczego wielkiego w życiu nie osiągnęła. Za to pierwsza „Solidarność” dała jej 16 najpiękniejszych miesięcy życia. Jak sama mówi, jest „zasiarczkowaną”, przykutą do łóżka 76–letnią kobietą. Czterdzieści lat życia przepracowała w Chemiteksie.



Wypuśćcie ją, bo zakład stanie
13 grudnia 1981 roku pamięta doskonale, ale opowieść rozpoczyna od soboty, 12 grudnia, kiedy razem z mężem oglądali wieczorny film. Nagle telewizor przestał działać. Pomyśleli, że pewnie się popsuł i poszli spać. Następnego dnia, wcześnie rano, rozległo się walenie do drzwi. Pani Hanna jeszcze spała. Otworzyła drzwi w koszuli nocnej. Milicjanci kazali jej się zbierać, nie tłumacząc wcale, o co chodzi. Przed wyjściem zdążyła ukradkiem powiedzieć mężowi, żeby zawiadomił dyrektora ds. produkcji w Chemiteksie, Józefa Maciejewskiego.

- Okazało się, że upomniał się o mnie nie tylko on, ale także dyrektor naczelny. Interweniowali na komendzie, żeby mnie wypuścili, bo inaczej w Chemiteksie wybuchnie strajk – wspomina Hanna Król. – A nasz zakład nie mógł stanąć. Produkcja odbywała się w ruchu ciągłym. Jeżeli nawet były strajki, to na takich wydziałach, na których nie groziło to przerwaniem produkcji. Gdyby tak się stało, wiskoza by koagulowała, zbryliła, i to byłby zupełny koniec zakładu. A przecież w Chemiteksie pracowało 3,5 tys. ludzi - dodaje.

Wypuszczono ją po kilku godzinach, ale z zakazem wstępu na teren zakładu. Pozwolono jej wrócić do pracy dopiero w styczniu i to z zastrzeżeniem, że nie może się poruszać po wydziałach. Dzisiaj mówi, że pewnie tak szybko do pracy by nie wróciła, gdyby nie to, że była kierownikiem działu kosztów i analiz w księgowości, a zbliżał się czas rocznych bilansów.

Brydż i tajny ubój mięsa
Dlaczego była taka ważna dla milicji? Dlatego, że pełniła funkcję sekretarza Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” w największym wówczas zakładzie pracy. Była delegatem Regionu Mazowsze, jedynym z naszego terenu delegatem na I Krajowy Zjazd „Solidarności” we wrześniu 1980 r. w Gdańsku. Zajmowała się kolportażem nielegalnej prasy i miała za sobą załogę. Podobnie jak inni członkowie opozycji, była pod stałym nadzorem. Zatrzymanie 13 grudnia 1981 roku nie było niczym nowym.

Pierwszy raz została aresztowana rok wcześniej. Jak jej powiedziano, za tajny ubój mięsa, którego oczywiście nigdy nie robiła. Kupowała co prawda świeże mięso od rolnika, ale przed milicją się do tego nie przyznała. Podczas aresztowania przeprowadzono rewizję i znaleziono w jej domu mięso, co było podstawą do zatrzymania. Hanna Król nie należała jednak do osób bojaźliwych i zaczęła się stawiać na komendzie. Przekonywała, że mięso kupiła w sklepie. Sprawa oparła się o prokuratora. W końcu wypuszczono ją oddając też mięso.

- Pieczeń wszystkim smakowała wyśmienicie. Czuliśmy jej wyjątkową wartość i smak – śmieje się Hanna Król. – A do rewizji i milicyjnego nadzoru dosyć szybko się przyzwyczaiłam. Kiedyś w czasie stanu wojennego zarządzili przeszukanie mieszkania. Powiedzieli, że szukają broni, a przeglądali każdą książkę. To ja im mówię: panowie, w książkach broni nie znajdziecie. Oni tak naprawdę szukali nielegalnych gazet, ulotek. A ja miałam w domu skrytkę. Znajdowała się w stoliku do brydża. On był tak sprytnie skonstruowany, że nie potrafili go rozłożyć. Widocznie nie grali w brydża – opowiada ze śmiechem pani Hanna.

Sąsiedzka czujność
Milicja wiedziała, do robi. Hanna Król w stanie wojennym na dużą skalę kolportowała nielegalne gazety, ulotki. Jeździła po nie do Warszawy. Tam były ustalone punkty odbioru prasy. Nieraz ryzykowała, ale był to jedyny sposób, aby ludzie w zakładzie wiedzieli, co się tak naprawdę dzieje w kraju. Nie była jedyna. Przypomina rolę, jaką odegrał w tym czasie Paweł Gralak i Andrzej Seniuk – jedyny internowany z naszego terenu. Jak wspomina pani Hanna, w więzieniu w Łowiczu spędził kilka miesięcy.

- Myśmy w tym czasie organizowali pomoc dla jego rodziny. Żona Andrzeja nie pracowała, a w domu było dwoje małych dzieci. Zbierałam składki, żeby rodzina miała się za co wyżywić – opowiada pani Hanna. - W ogóle wtedy było zupełnie inaczej. Ludzie byli sobie bliżsi, wspierali się w trudnych chwilach, jeden drugiemu pomagał – dodaje.

Córka Hanny Król, Aniela Bryłowska, przypomina zabawną sytuację, kiedy pod ich dom zajechał rowerem ów człowiek, który co jakiś czas zaopatrywał rodzinę w świeże mięso. Przyjechał akurat wtedy, kiedy w domu Królów była milicja. Na szczęście w kamienicy był taki zwyczaj, że jak panią Hanię „odwiedzali” mundurowi, sąsiedzi kręcili się po ulicy, chodzili pod oknami. Jednym słowem byli czujni. Dzięki temu udało im się zawrócić spod drzwi nieszczęsnego dostawcę mięsa. W innym wypadku mogło się znowu skończyć aresztowaniem.

Rodziny w rozsypce
Anielę Bryłowską, wtedy jeszcze Król, 13 grudnia zastał w Lublinie, gdzie studiowała. Koniecznie chciała zadzwonić do domu, żeby się dowiedzieć, co z mamą. Dobrze znała jej zaangażowanie w działalność opozycyjną i bała się o nią. Na stancji, gdzie mieszkała, nie było telefonu, ale miała zaprzyjaźnioną recepcjonistkę w akademiku, która pozwalała jej czasami dzwonić do Sochaczewa. Niestety, telefony nie działały.

Jej przyszły mąż, Jan Bryłowski, jeden z wydawców podziemnej prasy, między innymi „Tygodnika Wojennego”, później „Przeglądu Wiadomości Agencyjnych”, wtedy pracował jako psycholog w Szpitalu Psychiatrycznym w Garwolinie i pełnił tam funkcję przewodniczącego „Solidarności”. Do pracy jechał z torbą wypełnioną ulotkami. Ledwo przekroczył bramę szpitala, dostał „cynk”, że jedzie po niego milicja. Zdążył uciec i gdzieś się zaszyć. Dopiero po jakimś czasie dostała wiadomość, że przyszły mąż ukrywa się na plebanii w Garwolinie. Aby uniknąć aresztowania, spędził tam kilka miesięcy. Potem często musiał zmieniać miejsce pobytu, żeby na jego ślad nie trafiła „bezpieka”.

- Ja natomiast próbowałam dotrzeć do domu. Dostałam przepustkę, ale pociągi tragicznie kursowały – opowiada Aniela Bryłowska. – Pamiętam, że dojechaliśmy do Dworca Zachodniego w Warszawie, tam kazali nam wysiąść. Przez kilka godzin nic nie jechało w stronę Sochaczewa, a było okropnie zimno. Kiedy tu dotarłam, był środek nocy. Żadnego autobusu, taksówki, nic. A ja musiałam się dostać do Chodakowa. Resztę nocy spędziłam w budynku dworcowym w Sochaczewie, przytulona do pieca kaflowego, jaki wtedy jeszcze tam stał. Oczywiście wylegitymowano mnie zaraz po przyjeździe. I nawet pytałam, czy by mnie panowie milicjanci nie podwieźli do domu, ale nie zechcieli (śmiech). Byłoby zabawnie, bo w torbie wiozłam oczywiście „bibułę”, ale ponieważ mnie nie rewidowali, więc jej nie znaleźli - dodaje.
Do Chodakowa dotarła 14 grudnia pierwszym porannym autobusem. Jej mama była już wtedy w domu.

Między Małachowskim a Lipskim
Hanna Król w działalność opozycyjną zaangażowała się na początku 1980 r. Nigdy nie miała wątpliwości, że chce w tym uczestniczyć. Zaczęło się od podziemnych pism robotniczych, ulotek, które rozdawała. Później, podczas tworzenia lokalnych struktur związku, stanowiła trzon organizacji. Na pierwszym zebraniu delegatów do komisji zakładowej otrzymała największą liczbę głosów. Do dziś poczytuje to sobie za zaszczyt.

Z niezwykłym wzruszeniem Hanna Król wspomina Krajowy Zjazd „Solidarności” z 1980 r. Mówi, że to była najlepsza rzecz, jaka ją spotkała w życiu. Tam poznała wielu ówczesnych działaczy, ludzi kultury, wielkie nazwiska. Z wieloma się zaprzyjaźniła.

- Piękne było to, że tam wszyscy byliśmy równi, jeden traktował drugiego jak brata – wspomina. – Podczas zjazdu dzieliłam pokój z Haliną Mikołajską, z którą przyjaźniłam się do jej śmierci, poznałam Jacka Kuronia - prawdziwie świętego człowieka, Adama Michnika, Marka Nowakowskiego, z którym później często się spotykałam. Słuchałam kazań księdza Tischnera i nawet się u niego spowiadałam. A podczas obrad zjazdu siedziałam pomiędzy Aleksandrem Małachowskim a Janem Józefem Lipskim – dodaje.

Te spotkania i przyjaźnie zaowocowały późniejszymi przyjazdami ludzi opozycji do Sochaczewa. Były koncerty w kościołach, pod ścisłą obstawą tajniaków. Były nieformalne imprezy w domach działaczy. Jedną z nich był koncert Jana Pietrzaka, za co artysta był wzywany na milicję. Dziś córka Hanny Król z satysfakcją przypomina, że poświęcił on mamie część swojej książki. Ale to i tak niewiele za lata szykan i poniżenia. Tyle, że pani Hanna nie czeka na medale. Jest wdzięczna losowi, że miała swoją „Solidarność”.

Jolanta Śmielak-Sosnowska

Hanna Król zmarła w styczniu 2018 r. 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt