przejdź do Sochaczew.pl
Sochaczew
230883 odwiedzin

Przypadki pani Marii

A A A

Przypadki pani Marii

Pisać o Marii Gołkowskiej, to mierzyć się z legendą. Jest charyzmatyczną nauczycielką języka polskiego, której odmawiano pracy z powodu wrogiego stosunku do ludowego państwa polskiego. Działaczką pierwszej „Solidarności”, współzałożycielką Komitetu Obywatelskiego, z którego członków powstała pierwsza rada miejska, redaktorem naczelnym „Sochaczewianina” – pierwszej niezależnej gazety wydawanej w Sochaczewie, współtwórczynią „Ziemi Sochaczewskiej”.

Zasług Maria Gołkowska ma dużo więcej, choć sama twierdzi, że nie ma o czy pisać. Innego zdania są choćby jej uczniowie, którzy tłumnie pojawiają się na wszystkich odczytach, programach poetyckich przygotowywanych przez panią profesor.

Po długich namowach spotykamy się w domu przy ul. Staszica, który od XIX wieku należy do jej rodziny. Kiedyś był to prawdziwy polski dwór. Wiążą się z nim niezwykłe dzieje. Dom w XIX w. kupił pradziadek Marii Gołkowskiej, powstaniec styczniowy, Konstanty Maciejewski. Później zamieszkała tu jej cioteczna babka Anna Maciejewska. Dwór musiał być rzeczywiście piękny, skoro podczas I wojny wybrał go na swoją kwaterę carski brat, wielki książę Mikołaj Mikołajewicz, dowódca rosyjskiego frontu. Po pierwszej wojnie odbudowała go, korzystając z kredytu, Anna Maciejewska, która, na marginesie mówiąc, była zakonnicą ukrytką. Zbudowała go jednak w dużo skromniejszej formie i z myślą o lokatorach. Zabudowa ta przetrwała do dziś.

- Moje wspomnienia od wczesnego dzieciństwa wiążą się z tym domem. Tu mieszkała moja babcia z rodziną, moi rodzice. Niestety wspomnienia nie są radosne, bo kojarzą się z latami wojny. Dziadek zmarł w 1940 r., babcia w 1945 . Ich najmłodszy syn zginął na Pawiaku – opowiada Maria Gołkowska.

Jej mama, Władysława Kozłowska, absolwentka znanej warszawskiej pensji Anieli Hoene-Przesmyckiej i niezwykle zdolna osoba, przez wiele lat prowadziła Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Żeńskiej. Była znaną w mieście organizatorką imprez, twórczynią spektakli teatralnych. Po wojnie została sekretarką w sochaczewskim liceum. Maria Gołkowska przypomina anegdotę związaną z pobytem je mamy na pensji w Warszawie. Kilkunastoletnia Władzia uczyła się tam razem z Jadwigą Smosarską, a pensję Anieli Przesmyckiej często odwiedzał Władysław Reymont. Zwłaszcza, kiedy odbywały się tam wieczory poetycki. Po występie pisarz miał zwyczaj mawiać: „Panna Władysława lepsza od panny Jadwigi”.

Wróg ludu

W takiej atmosferze dorastała Maria Gołkowska. Z jednej strony patriotycznej, z drugiej kulturalnej. Nic więc dziwnego, że kilka lat po wojnie, jako 17-latka brała udział w różnych młodzieńczych akcjach rozwieszania plakatów i antypaństwowych haseł. W 1951 r. zadenuncjowana przez koleżankę, trafiła wraz z bratem i dwójką znajomych do nieistniejącego już dzisiaj warszawskiego więzienia na ul. Ratuszowej 21. Postawiono jej zarzut dążenia do obalenia Polski Ludowej przez szerzenie wrogiej propagandy. Tu już nie było miejsca na żarty. Otrzymała wyrok dziewięciu miesięcy więzienia, z czego „odsiedziała” pół roku, bo resztę wyroku sąd zamienił na dozór milicyjny. Kilka razy w tygodniu musiała się meldować w komisariacie. Nie byłoby jednak tak dobrze, gdyby nie pewien prokurator, który ją przesłuchiwał. Jak opowiada Maria Gołkowska, był to świetny prawnik żydowskiego pochodzenia.

- Na tym jedynym przesłuchaniu zapytał mnie: „Czy pani rozumie, jakie straszne przestępstwo pani popełniła?” Odpowiedziałam: ależ oczywiście, rozumiem, że to musi być straszne przestępstwo, skoro władza ludowa trzyma mnie w więzieniu. Zobaczyłam błysk w jego oku i zastanawiałam się, co to oznacza. Zapisał to moje zeznanie, przeredagowując je w pewnych miejscach. Później mojej mamie, która „dobijała się” o swoje dzieci, powiedział: „Rozmawiałem z pani córką. Ona jest bardzo ambitna, no i bardzo ładna” (śmiech). Temu prokuratorowi zawdzięczam niski wyrok. On nam zmienił kwalifikację czynu z próby obalenia systemu na rozsiewanie wrogiej propagandy. Taki czyn podlegał Małemu Kodeksowi Karnemu („o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie budowania Polski Ludowej”), z którego przestępstwa sądził sąd cywilny, a nie wojskowy. Gdybyśmy się dostali w tryby wojskowego sądownictwa, mogłoby się to skończyć bardzo źle. Najniższa kara przewidziana przez ten kodeks to było 5 lat więzienia. Przykład tego prokuratora pokazuje, że i po tamtej stronie zdarzali się przyzwoici ludzie” – dzisiaj o tym doświadczeniu z czasów stalinowskich Maria Gołkowska opowiada ze śmiechem.

Praca od komandosa

Później, jak mówi, objęła ją amnestia, a więc wyrok wymazano z akt, ale i tak miała problemy niemal do końca lat 80. Kiedy bowiem doszło do zatrzymania w 1951 r., była już nauczycielką w Szkole Podstawowej nr 1. Maturę zdała w wieku 16 lat i kiedy nie przyjęto jej na polonistykę, zatrudnił ją dyrektor szkoły, której wcześniej była uczennicą.

- Po wojnie nie było nauczycieli, więc jeśli ktoś miał maturę, natychmiast dostawał pracę w szkole, jeśli oczywiście nie był wrogiem ustroju, tak jak ja - wspomina Maria Gołkowska. - Po pobycie w więzieniu, mimo najszczerszych chęci, dyrektor Leszczyński nie mógł mnie ponownie zatrudnić, a ja bardzo chciałam być nauczycielką. Poszłam więc do ówczesnego wydziału oświaty z nadzieją, że coś załatwię. Oczywiście bardzo się myliłam. Pan inspektor o mało nie wyrzucił mnie za drzwi. Minęło kilka miesięcy bez pracy i wpadłam na pomysł, żeby napisać skargę do ministerstwa oświaty. Pominęłam drogę służbową, a więc sochaczewski wydział. Opisałam wszystko, także to, że mam karę zatartą, a więc nie jestem karana, że odmówiono mi pracy w szkole itd. Mama stwierdziła, że jestem pomylona robiąc takie rzeczy. Po jakimś czasie otrzymałam wiadomość z wydziału oświaty, że przyjechał do Sochaczewa i chce się ze mną widzieć wizytator z ministerstwa. Poszłam na spotkanie i widzę mężczyznę jak z obrazka. Zdziwił mnie jego strój, bo tak wyglądali oficerowie, którzy przyjeżdżali z zachodu. Pomyślałam nawet, że przypominał komandosa. Rozmawiał ze mną bardzo uprzejmie i obiecał, że wkrótce dostanę odpowiedź. I rzeczywiście, za kilka dni dostałam zgodę z ministerstwa na ponowne zatrudnienie w szkole – opowiada pani profesor.

To jednak nie koniec tej historii. Maria Gołkowska mówi, że przez lata zastanawiała się, jak to było możliwe, że załatwiła rzecz niemożliwą. Nieoczekiwanie, po 50 latach, w jednym z pism społeczno-kulturalnych natknęła się na artykuł o cichociemnych, którzy nie zostali zrzuceni na teren Polski. Byli szkoleni razem z innymi, ale z jakichś powodów nie włączono ich do akcji. Oni mogli wrócić do Polski, bo nikt ich nie szukał, nie byli znani władzy ludowej. Artykuł był opatrzony fotografią mężczyzny, którego już wcześniej spotkała, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie. I nagle przyszło olśnienie. To był wizytator Wieliczko, który 50 lat wcześniej przywrócił ją do pracy.

- Proszę pomyśleć, jak to nieprawdopodobnie brzmi. Po tylu latach otwieram gazetę i znajduję w niej fotografię człowieka, który uratował moje zawodowe życie. Ciągle powtarzam, że to jakiś święty czuwał nade mną. Pierwszy raz zsyłając mi ludzkiego prokuratora, drugi raz - polskiego przedwojennego oficera – mówi Maria Gołkowska.

Nauczycielka i pani od kultury

Wróciła więc do pracy w Szkole Podstawowej nr 1, w czasie której ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, oczywiście zaocznie, bo jak mówi, na studia dzienne nie miała szans. Następne lata spędziła w Technikum Ekonomicznym w Chodakowie, gdzie zaproponowano jej stanowisko wicedyrektora. Miała wtedy 28 lat. Była pewna, że z jej przeszłością będzie to niemożliwe, gdyż taka nominacja wymagała zgody komitetu PZPR. O dziwo, dyrektor nie spytał władz partyjnych o pozwolenie i poinformował o tym już po fakcie. Nie była to jednak wygodna sytuacja, bo po kilku latach i zmianach w tak zwanym aparacie partyjnym, Marię Gołkowską przeniesiono do Powiatowego Domu Kultury, gdzie została kierownikiem.

- Na pociechę przeniesiono mnie z Bohdanem Gniado, którego ja wcześniej ściągnęłam do Chodakowa. Pracował tam jako kierownik świetlicy. Ponieważ w technikum nie było ani muzyki, ani plastyki, świetlica pełniła bardzo ważną rolę. Bohdan robił tam fantastyczne rzeczy. Założył np. zespół w stylu Alibabek. Do dziś pamiętam, jak te dziewczęta świetnie śpiewały – przypomina Maria Gołkowska.

W domu kultury nie popracowała jednak długo. W roku szkolnym 1971/72 zatrudniła się w Liceum im. Fryderyka Chopina, gdzie pracowała do emerytury, a więc do lat 90. Wychowała wiele pokoleń absolwentów. Jej uczniowie mówią, że z klasy matematyczno-fizycznej potrafiła zrobić humanistów. Z kolei pani profesor twierdzi, że to nie było trudne, bo trafiali się jej dobrzy uczniowie.

Podczas pracy w „Chopinie” też miała epizod wicedyrektorowania, który nie trwał jednak długo, bo mąż, który pracował w Polskiej Motoryzacji, otrzymał trzyletni kontrakt na wyjazd do Włoch.

Demolowanie ustroju

- Włosi chcieli nas tam zatrzymać na stałe. Mieszkaliśmy w Turynie, gdzie się produkuje fiata. Mężowi oferowano pracę, ale postanowiliśmy wrócić, choć czasy w Polsce były niewesołe. Ja jednak nie wyobrażałam sobie życia poza krajem – wyznaje Maria Gołkowska.

I wrócili. Ona głównie po to, aby znowu zająć się demolowaniem ustroju, bo były to już czasy pierwszej „Solidarności”. Drukowała wraz z kolegami ulotki, kolportowała podziemną prasę. Pod koniec lat 80. zaangażowała się w tworzenie Komitetu Obywatelskiego. Jego członkowie zostali po wyborach samorządowych w 1990 r. radnymi pierwszej kadencji Rady Miejskiej Sochaczewa. Był też ważny etap tworzenia pierwszego niezależnego pisma lokalnego. Nosił tytuł „Sochaczewianin”. Maria Gołkowska zaangażowała się w to przedsięwzięcie bez reszty. Z racji polonistycznego przygotowania i poglądów, w sposób naturalny i zupełnie oczywisty, została wybrana redaktorem naczelnym. Do dziś wspomina pokoik w bibliotece na os. Żeromskiego, w którym kilkoro zapaleńców, w sposób przypominający manufakturę, tworzyło małą, ale rozchwytywaną gazetkę. Powielano ją w ówczesnym „Chemiteksie”, dzięki czemu trafiała do wielu osób. Maria Gołkowska do dziś posiada pokaźny zbiór egzemplarzy „Sochaczewianina”, stare rękopisy, zdjęcia. Ma też sentyment do „Ziemi Sochaczewskiej”, którą współtworzyła.

Maria Gołkowska, mimo niezłomności w walce o inną Polskę, ogromnego talentu pedagogicznego i zaangażowania w życie społeczne, nigdy nie zajmowała eksponowanych stanowisk. Najpierw miała zły życiorys, później w demokratycznym kraju usunęła się w cień. Kiedy pytam dlaczego, mówi, że miała swoją nauczycielską posadę, niepotrzebne jej były lukratywne stanowiska. A poklasku też nie szukała. Wystarczyła jej sympatia uczniów i znajomych. Mimo to, a może właśnie dlatego, wciąż dla wielu sochaczewian pozostaje wielkim autorytetem. Jednym z niewielu.

Komentarz:

Rozmowa z Marią Gołkowską została opublikowana w listopadzie 2011 r.

13 czerwca 2014 w czasie uroczystej sesji Rady Miasta pani profesor odebrała tytuł Honorowego Obywatela Sochaczewa. Zmarła 27 grudnia 2016 roku.



Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt