przejdź do Sochaczew.pl
207556 odwiedzin

Prawda jest po naszej stronie

A A A

Prawda jest po naszej stronie

Prawda jest po naszej stronie

O tym, jak ludziom zaczęły ciążyć sumienia, jak przełamali strach i zaczęli mówić o tym, co przez lata działo się w DPS w Młodzieszynie, opowiadają Anna Krukowska, Mirosław Szymański i Eustachiusz Zientara.

Po wielu miesiącach od afery w DPS pokazaliście państwo swoje twarze, zgodziliście się ujawnić nazwiska. Czy przełomem był program Elżbiety Jaworowicz? Wcześniej, nawet jeśli udzielaliście wywiadów, to anonimowo i z zasłoniętą twarzą.

Anna Krukowska: Myślę, że program „Sprawa dla reportera” był rzeczywiście przełomem. Wtedy postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Postanowiliśmy się przestać ukrywać, bo wreszcie ktoś musiał powiedzieć „dość”.

Czy to znaczy, że przestaliście się bać?

Anna Krukowska: My się cały czas boimy. Głównie o nasze zatrudnienie. Pracownicy DPS niejednokrotnie słyszeli: Ty uważaj, co robisz, bo masz dzieci.

Eustachiusz Zientara: Ja od wielu miesięcy słyszę powtarzane przez cudze usta pogróżki, np. czy się nie boję, że mogę oberwać po głowie.

Mirosław Szymański: Wygląda to tak, jakbyśmy zadarli z niebezpiecznymi ludźmi.

Po prostu poszliście na wojnę.

A.K.: Tak, to jest wojna, w której stawką jest pokazanie prawdy o DPS w Młodzieszynie.

M.S.: I zdecydowaliśmy się na nią mimo konsekwencji.

Przeciwko komu ta wojna?

A.K. Należałoby raczej powiedzieć, przeciwko czemu. Bo nam od początku chodziło o to, co się działo w DPS. O jawną niesprawiedliwość, o sposób traktowania ludzi – pensjonariuszy i pracowników, o różne machlojki, żeby nie nazwać tego dosadniej. W naszym odczuciu odpowiedzialna za to była pani dyrektor.

E.Z. Mamy nadzieję, że fakty, które ujawniliśmy, prokuratura nazwie tak, jak na to zasługują, i nie będziemy musieli dłużej tłumaczyć się, jak to my bylibyśmy przestępcami.

M.S. Mieliśmy nadzieję, że starostwo zachowa się w tej sprawie tak jak należy, dlatego pierwsze kroki kierowaliśmy właśnie tam. Pan wicestarosta od 2011 roku miał sygnały o nieprawidłowościach w DPS i co zrobił z tą wiedzą?

Twierdzi, że zarządził kontrole, które nic nie wykazały.

M.S.: Myśmy opisali te kontrole w naszym liście otwartym do wicestarosty. Pani gazeta opublikowała go w zeszłym tygodniu. Z treści tego pisma jasno wynika, jak się te kontrole odbywały. A przypomnę, że podpisaliśmy się pod nim nie tylko my, a 15 pracowników. Czy oni wszyscy kłamią?

Z kolei była dyrektorka DPS czuje się zaszczuta, tak powiedziała w jednej z gazet.

A.K.: Myślę, że każdy, kto się kiedykolwiek otarł o panią dyrektor, czytając ten wywiad, czuł wściekłość i niedowierzanie. Ten tekst pokazał całą naturę osoby, która najpierw manipulowała nami – pracownikami DPS, a teraz próbuje manipulować opinią publiczną.

E.Z.: A już odwołanie się w tym tekście do Boga, przekroczyło wszelkie granice przyzwoitości.

A jak doszło do tego, że postanowiliście przerwać milczenie?

A.K.: To była długa droga. Pierwszy zaczął pan Zientara, który w pewnym momencie ze zdziwieniem stwierdził, że dochody, które otrzymywał w kasie DPS, były dużo niższe niż te wykazywane w dokumencie PIT 11.

M.S: Teraz już wiemy skąd ta nadgorliwość głównej księgowej, która często proponowała pracownikom pomoc w rocznym rozliczeniu PIT.

A.K.: Od Pana Zientary wszystko się zaczęło. Długo był sam, bo każde z nas miało na sumieniu mniejsze lub większe grzechy. Wynikały one stąd, że musieliśmy robić to, co nam kazano. Nie wolno nam było o ty z nikim rozmawiać, a poza tym każde z nas wstydziło się tego, co robiło. Ja na przykład byłam przekonana, że tylko ja wykonuję takie „szemrane” polecenia.

Na przykład jakie?

A.K.: Księgowanie faktur na drogie zakupy, które nigdy nie trafiały do magazynu czy pensjonariuszy.

Jak drogie?

A.K.: Np. kurtkę za tysiąc złotych dla jednego z mieszkańców. Księgowałam także depozyty pensjonariuszy, czyli to, co pozostawało im po opłaceniu pobytu. Wyglądało to tak, że pensjonariusz zgłaszał prośbę np. o 30 zł, bo chciał sobie coś kupić. Dostawał tę kwotę, podpisywał ją na kartce, po czym do tej kwoty dopisywano cyfrę z przodu lub z tyłu. Proszę mi wierzyć, to były naprawdę duże pieniądze, które trafiały do zaufanej grupy osób.

Mówiła Pani o tym w prokuraturze?

A.K.: Tak.

M.S: Mnie np. wielokrotnie zdarzało się opisywać faktury na zakupy, mimo że nie wiedziałem, co na nich jest. Na plecenie pani dyrektor pracownik administracyjny podsuwał mi je odwrotną stroną i kazał opisywać, potwierdzając zasadność zakupu. I robiłem to, choć dzisiaj wiem, że nie powinienem, ale takie były zwyczaje w DPS. Nie wolno było odmawiać i dopytywać, za dużo wiedzieć, komukolwiek mówić. W końcu zaczęło mi się to śnić po nocach. Sumienie nie dawało mi spokoju.

Ale z tego co wiem, jest pan w DPS kierowcą, dlaczego w takim razie opisywał pan faktury?

M.S.: Bo jestem także zastępcą kierownika działu administracyjno-gospodarczego. Kiedy nieoficjalnie odsunięto od obowiązków kierownika, Jana P., te obowiązki spadły na mnie.

A za co odsunięto Jana P.?

M.S.: Bo jako kolejna osoba zgłosił do starostwa nieprawidłowości w DPS. Za karę był pomijany w wykonywaniu swoich obowiązków. Zabroniono mu m.in. opisywania faktur.

Kto mu zabronił?

Szefowa.

A co na to starosta?

M.S.: Proszę pani, ja byłem świadkiem, jak to pani dyrektor wydawała polecenia wicestaroście i jego pracownikom, a nie odwrotnie.

Robiła to przy panu?

M.S.: Tak, bo często woziłem ją do starostwa w różnych sprawach, a czasami sam zawoziłem jakieś ważne dokumenty. Widziałem i słyszałem, jak to się odbywało.

To można powiedzieć, że był pan zaufanym człowiekiem pani dyrektor.

M.S.: Powiem szczerze: byłem wierny jak pies i potraktowała mnie jak psa. Co więcej, w poprzednich wyborach samorządowych startowałem z listy Porozumienia Ziemi Sochaczewskiej. Namówili mnie, żebym się zapisał do stowarzyszenia, a potem startował. Jak się później okazało, byłem tylko słupem do zbierania głosów. I nie chodzi mi o żadne stanowiska, tylko o to, że mnie oszukano.

E.Z.: Mamy nadzieję, że prokuratura zajmie się także osobami i firmami „zatrudnianymi” w DPS, choć nikt ich nigdy nie widział.

Na przykład?

E.Z.: Pewnie pani nie wie, że DPS miał swojego fryzjera, firmę sprzątającą, choć mamy etatowe sprzątaczki. Na etacie była krawcowa na potrzeby pensjonariuszy, ale szyła głównie dla kierownictwa ośrodka. Mieliśmy osoby do utrzymania zieleni, a oprócz tego przychodziły faktury na takie same usługi z firmy zewnętrznej. My sami o niektórych rzeczach dowiadujemy się dopiero teraz.

Wróćmy jednak do momentu, w którym to wszystko się zaczęło, czyli kiedy pan Zientara zaczął się interesować wysokością dochodów, których nie otrzymał. Co pan wtedy zrobił?

E.Z.: Zanim na własnej skórze przekonałem się o finansowych machlojkach, słyszałem od ludzi różne głosy niezadowolenia, od pensjonariuszy, pracowników, ale wtedy jeszcze nie dowierzałem. Poprosiłem więc osobę z księgowości, która zgodziła się wynieść pewien dokument, a na nim widniało, że dopisano mi premię, której na oczy nie widziałem. Ta sama osoba dostarczyła mi wykaz „lewych” etatów. Była to jedna z zatrzymanych 21 stycznia 2014 r. W kwietniu 2013 r. spotkałem się z wicestarostą. Wtedy miałem go za uczciwego człowieka, dlatego prosiłem tylko, żeby bacznie przyjrzał się sytuacji panującej w DPS oraz zwrócił uwagę na złe zarządzanie ośrodkiem. Prosiłem również, aby kierownictwo DPS zwróciło pieniądze nielegalnie pobrane z kont pensjonariuszy, jak również oddało pieniądze za „lewe” etaty w DPS.

I co na to wicestarosta?

E.Z.: Zapytał mnie: „Jak obliczyć, ile pieniędzy zwrócić na konta pensjonariuszy?" Odpowiedziałem, żeby wyliczyli średnią. C. przyznał wtedy, że odwiedziła go już wcześniej była pracownica DPS, która zgłaszała podobne problemy, ale nic z tego nie wyniknęło. Pierwsza część rozmowy przebiegła spokojnie, ale po wysłuchaniu wszystkich moich podejrzeń, zasypał mnie wyzwiskami i stwierdził: „no i co takiego się stało, że dziewczyny dorobiły sobie parę groszy.”

Informował pan o tej rozmowie organa ścigania?

E.Z.: Rozmawiałem o tym z kilkoma radnymi powiatowymi oraz z organami ścigania.

Okazuje się więc, że wicestarosta miał wiele sygnałów o złej sytuacji w DPS. Z naszą redakcją także skontaktowała się kobieta, która twierdzi, że swoje uwagi dotyczące funkcjonowania placówki przekazała wicestaroście w styczniu 2012 r.

A.K.: Zaraz po wizycie pana Zientary u wicestarosty, do POIK, gdzie pełniłam obowiązki kierownika, przyjechała Justyna N. z wicestarostą. Chcieli się dowiedzieć, czy ja mam z tą sprawą coś wspólnego. Ale ja wtedy jeszcze o niczym nie wiedziałam. W mojej obecności zastanawiali się, co dalej robić. Z ust dyrektorki padła nawet propozycja, że ona odejdzie. Pan C. odpowiedział na to: „jesteś silna, dasz radę”. W końcu oboje zrezygnowali z tego pomysłu i stwierdzili, że jedynym rozwiązaniem jest zwolnić wszystkich starych pracowników. To znaczy tych, którzy za dużo wiedzieli. Stąd nasze obawy o miejsca pracy. Ale na szczęście w realizacji tego pomysłu przeszkodziły organa ścigania.

M.S.: Uniknęliśmy zwolnień prawdopodobnie dlatego, że wkrótce po tych wydarzeniach zaczęło się robić „gorąco”. Ja na przykład, we wrześniu zeszłego roku, odmówiłem podpisania premii. Powiedziałem, że najpierw chcę zobaczyć, co podpisuję. Kasjerka mi odmówiła, więc nie podpisałem. Od tego momentu zaczęto mnie traktować jak wroga.

Czy ja dobrze rozumiem, że pracownik nie miał prawa wiedzieć, jaką kwotę premii otrzymuje?

M.S.: Absolutnie. To była wiedza tajemna. W DPS pracownicy mieli zakaz rozmawiania na ten temat. Dochodziło do takich kuriozalnych sytuacji, że po rozmowie Zientary z wicestarostą, każdy kto miał jakikolwiek kontakt z nim, musiał napisać notatkę służbową i przekazać ją dyrekcji.

I co zawierała taka notatka?

M.S. : W jakim celu spotkałem się z E. Zientarą, o czym rozmawialiśmy, ale głównie, co on mówił. A jak to nie wystarczało, to chodziliśmy na przesłuchania do pani dyrektor.

Pan mówi poważnie?

M.S.: Sam osobiście pisałem takie notatki, czasem pod dyktando pani dyrektor.

A.K.: Po tym jak pan Zientara otrzymał od Barbary P. pewne dokumenty, byliśmy przesłuchiwani przez pracownika DPS, Ireneusza K. w obecności pani dyrektor. Każdy zobowiązany był powiedzieć, czy i jakie dokumenty wyniósł z pracy lub jakich mu brakuje. Potem pracownicy pisali notatki. W mojej zobowiązana byłam napisać, że spotkanie odbyło się w miłej atmosferze.

Zostawmy tę sprawę, bo to, o czym państwo mówicie, nie mieści się w głowie. W styczniu w DPS pojawiła się policja i sprawa zrobiła się głośna na cały kraj. Ale zanim do tego doszło, ktoś musiał poinformować policję o swoich podejrzeniach.

A.K.: Zaczął pan Zientara. Walczył sam prawie rok.

E.Z.: Po kilku miesiącach przyłączyli się do mnie inni pracownicy, zsumowaliśmy wiedzę i stwierdziliśmy, że dłużej nie możemy milczeć, że trzeba tym zainteresować organa ścigania. Nadal nie mogę powiedzieć wszystkiego, ale w dotarciu do właściwych osób bardzo nam pomogła jedna cywilna osoba z Sochaczewa, i jedna osoba z Komendy Powiatowej Policji w Sochaczewie. Rozmawiałem również z wysoko postawionymi funkcjonariuszami ze służb specjalnych.

Czy trzeba było uderzać tak wysoko?

A.K.: Sprawa była takiego kalibru, że aż niedorzeczna. Pani też zastanawia się, czy możliwe było to, o czym rozmawiamy.

E.Z.: Jak mówiliśmy o tym na poziomie Sochaczewa, to uważano nas za oszołomów, którzy wymyślili sobie aferę. Po prostu ludziom trudno było uwierzyć, że takie rzeczy działy się naprawdę.

M.S.: To nie jest nasza wina, że prokuratura pracuje w takim tempie i nadal obracamy się wokół podejrzeń, przypuszczeń, a nie konkretów w postaci zarzutów.

E.Z.: Byłej dyrektorce grozi 10 lat więzienia, a tymczasem ona wytacza procesy innym, udziela wywiadów, w których kreuje się na anioła i jakby nigdy nic dostaje pracę w innej placówce starostwa. Pan C. z kolei toczy wojnę z mediami, które odważyły się mówić o sprawie. U nas chyba wszystko stanęło na głowie. To nie my jesteśmy winni i nie my się powinniśmy tłumaczyć.

Wierzycie, że sprawa zakończy się po waszej myśli?

E.Z.: Chodzi o to, żeby sprawiedliwości stało się za dość, żeby winni zostali ukarani, a uczciwi ludzie mogli spokojnie żyć, bez strachu o pracę i o swoją rodzinę, i bez konieczności robienia rzeczy, których trzeba się wstydzić.

M.S.: Prawda jest po naszej stronie. Wierzymy, że wkrótce się to okaże.

A.K.: I że możemy liczyć na deklarowane w studiu telewizyjnym wsparcie, gdyby nam się działa krzywda.



Komentarz:

Wywiad ukazał się w październiku 2014 r. Ponad cztery lata później - 18 grudnia 2018 r. do Sądu Okręgowego w Płocku trafił drugi akt oskarżenia w sprawie nazywanej powszechnie aferą w DPS. Prokuratorskie śledztwo trwało prawie pięć lat. W jego wyniku zarzuty postawiono 17 osobom, w tym byłemu kierownictwu ośrodka i byłemu wicestaroście.

Wcześniej Justyna N. wytoczyła procesy o naruszenie dóbr osobistych osobom, które o nieprawidłowościach w DPS poinformowały organa ścigania oraz media. Chodzi o moich rozmówców: Annę Krukowską, Eustachiusza Zientarę i Mirosława Szymańskiego. We wszystkich trzech przypadkach sąd oddalił powództwo N., uznając, że pozwani nie naruszyli swoimi działaniami dóbr osobistych byłej przełożonej, a wręcz przeciwnie - mieli prawo, a nawet obowiązek, poinformować o tym odpowiednie instytucje.

Kilka spraw oskarżona wytoczyła także redakcji "Ziemi Sochaczewskiej", która kilkakrotnie pisała o sprawie. Podnosiła przy tym, że to publikacje w gazecie "zniszczyły ją" w jej rodzinnym mieście i że jest niewinna. Roszczenia Justyny N. w stosunku do redakcji i jej pracowników, jako zadośćuczynienie, opiewały na kwotę ponad 100 tys. zł.

Oskarżona po raz pierwszy zmieniła zdanie we wrześniu 2018 r. podczas rozprawy w ramach wyłączonego z "afery DPS" wątku przywłaszczenia należnych pracownikom premii i nagród. Nie tylko przyznała się do zarzucanych jej czynów, ale także wykazała skruchę.

Oddaleniem wszystkich zarzutów zakończył się również proces, jaki wytoczył mi były wicestarosta, twierdząc m.in., że opublikowane artykuły, oparte na nieprawdziwych i niesprawdzonych informacjach, naruszyły jego godność osobistą, skompromitowały i poniżyły w oczach rodziny, współpracowników i wyborców. Janusz C. zażądał przy tym zadośćuczynienia w wysokości 100 tys. zł. Teraz okazuje się, że prokuratura dysponuje materiałem dowodowym, który pozwolił postawić Januszowi C. jedenaście zarzutów.

W chwili oddania książki do druku sąd nie ustalił jeszcze terminu pierwszej rozprawy w tzw. aferze DPS.









Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość