przejdź do Sochaczew.pl
Sochaczew
269002 odwiedzin
Beata, ja i tak to powiem…

Stojąc w świetle reflektorów można czuć się dobrze we własnej skórze, a sposobem na odpoczynek może być przygotowywanie autorskiego spektaklu. O teatrze, który pozwala się otworzyć na drugiego człowieka, rozmawiamy z Beatą Oziemblewską, nauczycielką Szkoły Podstawowej nr 4 i instruktorką teatralną Miejskiego Ośrodka Kultury.

 

Udawała Pani w dzieciństwie, że śpiewa do mikrofonu?

Przebierałam się i śpiewałam po lekcjach. Właściwie zainteresowałam się teatrem w szkole podstawowej. Bardzo lubiłam konkursy recytatorskie. Poza tym oglądałam w telewizji teatry kukiełkowe i teatr szekspirowski. Chodziłam też na zajęcia do znanej sochaczewskiej instruktorki i założycielki Abstraktu Celiny Osieckiej. Fascynacja sceną rozwijała się latami. Na pewno nie było tak, że pewnego dnia stwierdziłam po prostu, że teatr jest moją pasją.

Jednym słowem - prawdziwa artystyczna dusza.

Mój dziadek był organistą, również tata był utalentowanym muzykiem. Może to po części kwestia genów. Mnie najbardziej przyciągał właśnie teatr. Do dziś lubię atmosferę spektakli. Chętnie zabieram na nie moich uczniów. Przyglądam im się też pod kątem zawodowym - traktuję je jako inspirację. Podoba mi się teatr cieni oraz to, że aktorzy wchodzą w interakcję z publicznością. Jestem też zwolennikiem oszczędnej scenografii, tak, by aktor był na pierwszym planie i nic go nie przytłaczało. Ostatnio moją uwagę zwrócił ruchomy parawan, podpatrzony w jednym z teatrów. Dzięki  niemu nie tylko można dzielić przestrzeń sceniczną, ale odpowiednio go przestawiając tworzyć kompletną scenografię.

To prawda, że nie ma teraz mody na teatr?

Na czasie są  teraz trochę inne zajęcia, np. taniec, judo, piłka nożna... Oczywiście nie mówię, że to coś złego, sama bardzo lubię tańczyć (śmiech). Nie da się jednak zaprzeczyć, że mało dzieci i młodzieży interesuje teraz teatr czy estrada. Nie powiem też nic odkrywczego, stwierdzając, że wynika to po części z tego, że młodzi ludzie niewiele teraz czytają, mają słaby  kontakt z literaturą i poezją.

Pomimo to Pani udaje się zgromadzić na zajęciach stałą grupę około 50 dzieci i młodzieży, nie mówiąc o dorosłych aktorach-amatorach.

Prowadzone przeze mnie grupy działają w trochę nietypowy sposób. To w zasadzie rodzaj zabawy w teatr. Nie jesteśmy nastawieni na udział w konkursach i przeglądach. Ba, nawet nie mamy stałego harmonogramu zajęć. Stawiamy na pomysłowość, wiele rzeczy robimy spontanicznie. Mamy za to zasadę, że żaden pomysł nie może być wyśmiany i krytykowany. Prowadząc Estradę Dziecięca „Ani Be Ani Me” staram się wychodzić naprzeciw potrzebom najmłodszych. Myślę, że widać to podczas naszych przedstawień. Podczas przygotowań wiele spraw wychodzi w zupełnie naturalny sposób. Kiedy np. przygotowaliśmy „Ptasie radio” Juliana Tuwima wpletliśmy do prezentacji „dżingle” najpopularniejszych rozgłośni. Staramy się nie odtwarzać wiernie tekstu, tylko zawsze dodać coś od siebie. Sami piszemy też dialogi do wystawianych sztuk.

Tak samo pracuje Pani z dorosłymi aktorami?

W zasadzie tak. Grupa, którą tworzą głównie nauczyciele ze Szkoły Podstawowej nr 4 nazywa się „Niereformowalni i już”. I oni tacy właśnie są. Czasami wydaje mi się, że któryś z tekstów jest zbyt kontrowersyjny, ale wtedy słyszę „Beata, ale ja i tak to powiem”. Niektóre dialogi powstają wprost na scenie, kiedy któryś z „Niereformowalnych” zwyczajnie coś „wypali”.

Taką odwagę daje oswojenie się ze sceną?

Jednym z celów jest to, by osoby, które przychodzą na moje zajęcia czuły się dobrze we własnej skórze. Zwłaszcza jeżeli chodzi o najmłodszych, to dla nich okazja, by pozbyć się nadmiaru energii. Dzieci podlegają teraz tylu bodźcom, że warto umożliwić im spędzenie czasu w nietypowy sposób. Poza tym zajęcia oferowane przez MOK uczą pracy i działania w grupie. Niestety, nasz system edukacji w dużej mierze nastawiony jest na wypracowanie wyniku indywidualnego ucznia. A umiejętność współpracy i dzielenia zadań jest przecież niezbędna w życiu. Ważne jest też otwarcie się na drugiego człowieka i jego potrzeby.

Nie przypominam sobie waszego przedstawienia, które nie byłoby grane przy pełnej sali.

Bardzo nas to cieszy. Staramy się, by nasze prezentacje były zabawne, miały pozytywny oddźwięk. To też nasza odpowiedź na to, co dzieje się w otaczającym nas świecie. Uważamy, że jest on na tyle trudny, pełen problemów i ludzkich frustracji, że warto czas naszego przedstawienia poświecić na to, żeby się po prostu pośmiać.  Moi aktorzy mają olbrzymi potencjał. Efekt, który uzyskujemy, to w dużej mierze zasługa dzieci. Są bardzo mądre. Intuicyjnie wyczuwają każdy przejaw sztuczności.

Poza tym nie bez znaczenia jest fakt, że wasze spektakle często mają cel charytatywny.

W ich trakcie zbieramy pieniądze na pomoc chorym dzieciom z naszego miasta. Pomogliśmy już m.in. Kacprowi Janiakowi. Zdajemy sobie sprawę, że takich przypadków jest coraz więcej. Ponadto wielu rodziców wychowuje dzieci niepełnosprawne intelektualnie i fizycznie.

Styka się Pani z nimi również w Szkole Podstawowej nr 4, gdzie jest pani nauczycielką w klasach integracyjnych.

Tak. Ilość niepełnosprawnych dzieci stale rośnie. Brakuje jednoznacznych dowodów naukowych wyjaśniających dlaczego tak się dzieje. Coraz głośniej mówi się o tym, że znaczącego wzrostu liczby niepełnosprawnych można spodziewać się za kilkanaście lat.  Jestem wielkim zwolennikiem szkół integracyjnych. Uczęszczanie do nich pozwala niepełnosprawnym się rozwinąć. Obecność zdrowych rówieśników jest dla nich bardzo stymulująca. Z kolei pełnosprawni uczniowie stają się wrażliwsi, zaczynają dostrzegać, jak różny jest otaczający ich świat i występujące w nim problemy. Olbrzymia jest też satysfakcja, którą czuje w takiej klasie nauczyciel. Czasami wydaje się, że nie może być mowy o jakimkolwiek postępie, a po miesiącach pracy okazuje się, że są efekty.

Tego typu praca wiąże się jednak z olbrzymim stresem i odpowiedzialnością. Skąd bierze Pani potem energię, by prowadzić trwające często kilka godzin zajęcia w MOK?

Praca w ośrodku to dla mnie odskocznia, forma relaksu. Myślę, że tak samo postrzegają ten czas moi podopieczni. Wielu z nich rekrutuje się właśnie z „czwórki”. Wśród nich są również niepełnosprawni uczniowie.

Uważam, że ludzie mają teraz tyle obowiązków i żyją pod taką presją, że warto mieć choć trochę czasu dla siebie. Chcę, by dla nas były to właśnie te zajęcia. Podobną opinię usłyszałam od jednego z aktorów z grupy „Niereformowalnych”, który stwierdził, że przyjście na próbę to dla niego odskocznia od codzienności.

Gdyby nie takie podejście, pewnie trudno byłoby przez tyle lat kontynuować sceniczną działalność?

Pewnie tak. Jeżeli chodzi o mnie, to z zupełnie przyziemnych względów, bardzo pomogło przeniesienie zajęć w 2012 r. z filii MOK w Chodakowie do siedziby przy ul. Żeromskiego. Niestety, przejazdy przez całe miasto pochłaniały mnóstwo czasu. Teraz łatwiej mi się zorganizować.

I myśleć o kolejnych premierach?

Najbliższa odbędzie się już we wrześniu. Oczywiście nie mogę zdradzić fabuły, powiem za to, że jak zwykle będzie ona humorystyczna i będzie się odnosić do sochaczewskich realiów. Chciałabym też zorganizować wspólny projekt artystyczny. Byłby to rodzaj happeningu z udziałem lokalnych muzyków.

A prywatne marzenia?

Nauczyć się grać na pianinie. Od dawna chcę to zrobić, ale brakowało mi na to czasu. Wierzę, że w końcu mi się uda. Tym bardziej, że zrealizowałam już jedno z ważniejszych pragnień. Jako osoba dorosła nauczyłam się jeździć na nartach.

Rozmawiała Agnieszka Poryszewska

Po więcej kulturalnych newsów zapraszamy na ziemia-sochaczewska.pl

A A A
14.08.2014
godz.10:11
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt