przejdź do Sochaczew.pl
205910 odwiedzin
Z Abstraktu do krakowskiej PWST

Bartosz Bogdan już od października będzie studentem wydziału aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. W rozmowie z Agnieszką Poryszewską opowiedział, jak wyglądały przygotowania do zdobycia wymarzonego indeksu.

Ile osób przypadało na jedno miejsce?
Złożyłem papiery do Warszawy, Łodzi, Krakowa i Wrocławia. Przed egzaminem w Krakowie otrzymałem telefon, że dostałem się do PWST im. Solskiego i nie podchodziłem już do egzaminu. W Krakowie na jedno miejsce aplikowało ponad 40 chętnych. Ostatecznie na aktorstwo dramatyczne dostało się około 20 osób, a na specjalność wokalno-aktorską 8 osób.

Konkurencja była więc olbrzymia. Stres pewnie też?
To była moja druga próba. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że to dobrze, iż za pierwszym razem się nie dostałem. Przez ostatni rok dojrzałem i wiele się nauczyłem. Co do walki ze stresem miałem kilka pomysłów na to, jak go zwalczyć. Po pierwsze na moją korzyść działało, że zawsze ktoś ze mną jeździł na egzamin: koleżanki, które studiują w szkole aktorskiej w Łodzi albo moja dziewczyna Patrycja. Poza tym tak się złożyło, że nie czekałem długo na swoją kolej, by wystąpić przed komisją.

Atmosfera przed wejściem na salę nie była budująca?
Rozmowy z innymi kandydatami często wprowadzały tylko jeszcze bardziej nerwową atmosferę. Czasami wydawało mi się, że chodzi w nich tylko o to, by jeszcze bardziej zestresować innych zdających. Generalnie na każdym egzaminie starałem się trzymać kilku zasad. Po pierwsze moim celem było maksymalnie wykorzystać czas, który miałem przed komisją. Pewnie wejść, uśmiechnąć się, być skoncentrowanym i jak najlepiej wykonać stojące przede mną zadania.

Krążą o nich prawdziwe legendy…
To prawda, niektóre zadania są kompletnie zakręcone. Wszystko zależy od fantazji komisji, a jej członkom nie brakuje pomysłów. Ja musiałem np. zagrać konia. Poza tym przesłuchania są bardzo wyczerpujące. W pierwszym etapie sprawdzana jest dykcja, sprawność, warunki fizyczne, interpretacja tekstu, słuch muzyczny i wiele innych spraw. Ci, którzy go przejdą, kwalifikują się do następnego etapu, w którym to wszystko powtarzane jest od nowa, tylko jeszcze bardziej dokładnie. Co ciekawe, bardzo liczą się też szczegóły, jak np. strój.

Warto się wyróżniać?
Niekoniecznie. Ważne jest, by ubiór był jak najprostszy i w stonowanych kolorach. Z kolei dziewczyny powinny być jak najmniej umalowane. Na każde wystąpienie przed komisją ubierałem się podobnie, by łatwiej było mnie zapamiętać.

Pomogło ci to, że wiele lat tańczyłeś w Abstrakcie?
Myślę, że bardzo. Plastyczność ruchowa i umiejętność pracy ciałem jest bardzo ważna. Podczas egzaminów było niewielu mężczyzn, którzy mieli styczność z tańcem.

W twoim przypadku styczność to mało powiedziane. Zdobyłeś przecież wiele tytułów indywidualnych i grupowych mistrzostw Polski i świata.
Już od 8 roku życia tańczyłem u pani Celiny Osieckiej. Potem uczyła nas jej córka Monika Osiecka-Jaworska. Faktycznie tych sukcesów tanecznych było dużo. Jeszcze w 2012 roku na Węgrzech udało mi się zdobyć Mistrzostwo Świata.

Nie myślałeś o tym, by związać się z tańcem na stałe?
Przewinął mi się taki pomysł. Są przecież bardzo dobre wydziały choreograficzne, np. na Akademii Muzycznej w Łodzi. Zastanawiałem się też nad Akademią Wychowania Fizycznego. Ostatecznie doszedłem jednak do wniosku, że to nie to. Bardzo lubię tańczyć, ale moim celem jest aktorstwo.

To dość ryzykowny cel i niepewny zawód, nie zniechęca cię to?
Wiem, że często młodzi aktorzy pracują na część etatu w teatrze, a ich dochód to nawet kilkaset złotych miesięcznie. Właśnie dlatego uważam, że zawsze trzeba mieć jakiś plan awaryjny. Może moim planem będzie taniec? Zdobycie uprawień instruktorskich pozwala zarabiać ucząc innych. Mógłbym otworzyć własną szkołę tańca. Przez ostatni rok studiowałem też w Łodzi pedagogikę. Oczywiście nie będę kontynuował tych studiów ze względu na brak czasu. Zajęcia na PWST trwają często od 8 do 23, odbywają się też w weekendy.

Trzeba mieć dużo samozaparcia.
Dokładnie. Moim celem na razie jest to, by dobrze pokazać się od samego początku studiów. Chcę jak najlepiej wykorzystać swoją szansę. Na razie niewiele jeszcze wiem o tym, jak szkoła funkcjonuje na co dzień, kto będzie opiekunem naszego roku i z kim spotkamy się na zajęciach. Na pewno cieszę się, że trafiłem do Krakowa. Tamtejsza kadra akademicka ma świetną opinię.

Rodzice są pewnie z ciebie dumni?
Otrzymałem od nich niesamowite wsparcie. O studiowaniu aktorstwa myślałem już od pierwszej klasy liceum. A nawet od pierwszej klasy podstawówki. Zauważyła mnie wtedy pani Beata Oziemblewska, nauczycielka i instruktor teatralny. Potem, już w „Iwaszkiewiczu”, brałem udział w przedstawieniach. Równolegle od 8 roku życia tańczyłem w Abstrakcie. Później chodziłem też na zajęcia do pani Barbary Dembińskiej, reżyserki i aktorki Teatru Nowego w Łodzi. Dzięki niej kilka miesięcy temu, w ramach projektu „Dotknij Teatru”, zagrałem w spektaklu „Equus” Petera Shaffera. To wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie moi rodzice, którzy wiele razy wozili mnie np. na lekcje do Łodzi i robili mnóstwo rzeczy, bez których nie byłbym teraz tam, gdzie jestem. Można powiedzieć, że oni dostali się do szkoły teatralnej razem ze mną.

Myślisz, że można zdać do niej „z marszu”, to znaczy bez większych przygotowań?
Słyszałem o takich sytuacjach. Czasami dostają się osoby, którym komisja postanawia dać szansę mimo tego, że mają jakieś niedociągnięcia. Po prostu egzaminatorzy dochodzą do wniosku, że ktoś ma olbrzymi talent i potencjał, nad którym warto popracować. Takie przypadki należą jednak do rzadkości. Na pewno nie żałuję tych lat przygotowań. Dzięki temu lepiej potrafię docenić to, że się dostałem. Poza tym wiem, że nie był to przypadek, tylko coś, na co zapracowałem.

 

Po więcej ciekawych newsów i dalszą część rozmowy zapraszamy na ziemia-sochaczewska.pl

A A A
01.08.2014
godz.08:59
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość