przejdź do Sochaczew.pl
205896 odwiedzin
Na jednej nodze też można pomagać ludziom

 

Od dziecka chciał pomagać. Na poważnie zajął się wolontariatem kiedy miał 15 lat i nie przestaje, mimo że teraz jest już na studiach. Czterokrotnie został wyróżniony z okazji Dnia Pracownika Socjalnego. Z Piotrem Pętlakiem rozmawia Sebastian Stępień.

 

Na początek powiedz mi, czemu tak trudno się do Ciebie dodzwonić?

(śmiech) Nie lubię telefonów. Ogólnie stronię od nowoczesnej techniki.

 

Ale można Cię znaleźć na przykład na Facebooku.

Facebook nie jest aż taki straszny.  Dużo gorszy jest telefon dotykowy. Właśnie niedawno odebrałem taki z salonu, ale tylko dlatego, że poprzedni rozsypał mi się w rękach (śmiech).

 

No to powiedz jeszcze, jak połamałeś nogi. Wiem, że przez pewien czas miałeś złamane obie.  Jedną uszkodziłem na uczelni na zajęciach w-f. Kolega nie trafił w piłkę, a obok była moja noga. Druga nie wytrzymała w konfrontacji ze schodami, bo nie mogłem usiedzieć w miejscu i oczywiście kuśtykałem z gipsem, ale ze złamaną nogą też można pomagać ludziom.

 

Działasz dużo w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej. Jak się zaczęła Twoja przygoda z tą instytucją?

Wolontariuszem byłem już wcześniej. Właściwie od drugiej klasy gimnazjum. Pierwsze akcje, w których brałem udział polegały na pracy z dziećmi w przedszkolu przy Gimnazjum nr 2. W szkole średniej, w LO im. Fryderyka Chopina, chciałem kontynuować pracę w wolontariacie, więc pani pedagog skierowała mnie właśnie do MOPSu. Poszedłem, zobaczyłem i zostałem. Jestem typowym społecznikiem. Wiele osób pomaga od święta, dla mnie liczy się pomaganie przez okrągły rok. Poza tym świetnie współpracuje się z dyrektorem MOPS, panią Zofią Berent. Jest zawsze otwarta na nasze inicjatywy i pomaga rozkręcić działania.

 

Kierunek studiów też wybrałeś ze względu na wolontariat?

Lubię wolontariat, więc studia na kierunku praca socjalna wydały mi się całkowicie naturalne. Jeszcze nie wiem, czy zostanę w zawodzie, ale to ciekawe studia.

 

I całkowicie nowy kierunek, tak?

Zgadza się, jestem jednym z pierwszych roczników. Fascynujące jest obserwowanie, jak kształt tych studiów dopiero się formuje. Wiele rzeczy jest jeszcze na etapie wprowadzania metodą prób i błędów. Nie chcę być źle zrozumiany. To bardzo dobre studia. Po prostu miło patrzeć jak na moich oczach krzepną do ostatecznego kształtu.

 

Wróćmy na sochaczewskie podwórko. Na czym głównie skupiasz się w swojej pracy wolontariusza?

Na dzieciach. Z dziećmi jest taka sytuacja, że nawet jeśli wychowują się w rodzinach z dysfunkcjami, to swoją postawą, zachowaniem, przekazywanymi wzorcami jesteśmy w stanie je kształtować. Pomagamy im znaleźć przeciwwagę w stosunku do środowiska, w którym wyrastają.

 

Jakie środowisko masz na myśli?

Nie chcę demonizować, ale niejedno z tych dzieci sytuację, w której ktoś leży pijany do nieprzytomności na podwórku uważa za normalną. Normalne jest dla nich używanie przekleństw w codziennych rozmowach. Są to często dzieci zaniedbane, którymi rodzice albo nie potrafią, albo nie mają czasu się zajmować. Jeśli pokaże się im, że może być inaczej,  zaczynają dążyć do sytuacji, w której czują się bezpieczniejsze. Pokazanie im, że istnieje środowisko inne od tego, w którym się wychowują, sprawia, że mają szansę, mówiąc kolokwialnie, wyjść na ludzi.

 

Na czym dokładnie, tak namacalnie, polega pomoc tym dzieciom?

Przede wszystkim prowadzimy pogotowie lekcyjne. W każdy czwartek od godziny 16 w MOPS spotykamy się z dzieciakami i staramy się pomóc im w nadrobieniu zaległości w nauce. Może trudno w to uwierzyć, ale zdarzają się dzieci, które w wieku dziesięciu, czasem nawet kilkunastu lat praktycznie nie potrafią poprawnie czytać i pisać. W rodzinnym domu nikomu to nie przeszkadza. Nie wspomnę nawet o przedmiotach ścisłych czy językach obcych. Pomagamy w odrabianiu lekcji i staramy się na bieżąco czegoś nauczyć.

 

Zaniedbania nie dotyczą pewnie tylko nauki.

Niestety nie. Podczas zajęć dzieci dostają zupę. Miałem przypadek dziewczynki, która niesamowicie się na widok tej zupy ucieszyła. Powiedziała mi, że to jest jej pierwszy posiłek tego dnia. O godzinie 16.

 

Trudna sytuacja w domu?

Powiedziałem o tym mojej przełożonej. Dowiedziałem się, że w rodzinie tej dziewczynki mama i babcia pracują i starają się. Po prostu nie starcza na wszystko. Nie zawsze wina leży po stronie rodziców czy opiekunów. Są rodziny, z całym szacunkiem dla tego słowa, normalne, w których dorośli są zdani na siebie i pracują tak ciężko, że nie starcza im czasu dla dzieci. Są rodziny, które mieszkają w tak zwanych złych dzielnicach i o ile w domu wszystko wygląda dobrze, to otoczenie robi swoje i rodzice nie radzą sobie z dziećmi.

 

Zajmujesz się jednak nie tylko dziećmi. Przed świętami byłeś jednym z liderów zespołu "Szlachetnej Paczki" na terenie Sochaczewa. Zadanie nie było łatwe, bo włączyliście się do akcji praktycznie w ostatniej chwili. Do świąt pozostało około miesiąca, a przed wami stały rozliczne zadania.

Poradziliśmy sobie całkiem nieźle. Udało się nam znaleźć wsparcie dla siedemnastu rodzin. Terminy goniły, ale moment, w którym mogliśmy wręczyć paczki potrzebującym rodzinom, rekompensował wszystkie stresy i pośpiech.

 

To wyzwanie pewnie bardzo różniło się od pracy z dziećmi.  

Tak. Było zupełnie inne. O ile w stosunku do dzieci udziela się wsparcia na zasadzie pomocy w nauce czy pokazywania  pozytywnych wzorców, to w przypadku "Paczki" w grę wchodziła pomoc materialna. Weryfikowaliśmy rodziny pod kontem ich wiarygodności. Wytypowanych było ponad trzydzieści rodzin. Pozytywnie weryfikację przeszła siedemnastka. Musieliśmy wyeliminować na przykład osoby roszczeniowe, które w złej sytuacji znalazły się nie przez zrządzenia losu, ale przez swoją bierną postawę. Nie ukrywam, że zdarzały się osoby, które na pytanie "czemu nie podejmujesz pracy" odpowiadały "bo nie chcę". Tu sytuacja była jasna. Zdarzały się też osoby, dla których pomoc nie była konieczna, ale chciały skorzystać z nadarzającej się okazji. W takich przypadkach wchodziły często w grę kłamstwa i próby ukrycia rzeczywistego stanu posiadania. Musieliśmy zdawać sobie sprawę z odpowiedzialności. Darczyńcami w "Szlachetnej Paczce" są ludzie, którzy muszą włożyć wysiłek w przygotowanie pomocy. Przekazanie darów rodzinie, która tak naprawdę  nie znajduje się w złej sytuacji, byłoby nie w porządku.

 

Planujesz kolejne działania kiedy wreszcie pozbędziesz się gipsu?

Zawsze staramy się zapewnić dzieciakom w ciągu roku jakieś atrakcje. W 2011 był to między innymi wyjazd do siedziby Komisji Europejskiej. Dla niektórych z tych dzieci taki wyjazd to jak znalezienie się w zupełnie innym świecie. Widzą, że gdzieś poza tym środowiskiem, z którego się wywodzą, jest coś, do czego można dążyć. W tym roku planujemy zapobiegać wyuczonej bezradności. Wiadomo, że coś co przychodzi w życiu łatwo, nawet taka wycieczka, nie jest szczególnie docenione przez obdarowanego. Chcemy pokazać dzieciakom, że na przyjemne rzeczy trzeba zapracować. Dlatego na takie wyjazdy będą musiały zasłużyć wynikami w nauce, czy dobrą frekwencją w szkole.

 

Ograniczycie liczbę miejsc?

W ośrodku pomagamy każdemu dziecku. Nie ma ograniczeń, kiedy sami organizujemy imprezy jak np. wakacyjne zajęcia sportowe i filmowe. Niestety na wyjazdy organizowane przez instytucje z zewnątrz często jest ograniczona liczba miejsc i nie możemy zabrać wszystkich dzieci. Ale przynajmniej nauczą się, że na przyjemności trzeba zapracować.

 

Nie mogę nie wspomnieć o wyróżnieniach jakie otrzymywałeś z okazji Dnia Pracownika Socjalnego. Poczułeś się doceniony?

Na pewno to przyjemne gesty. Ale ja nie pomagam dla wyróżnień czy splendoru. Uważam, że jak ktoś może, to powinien pomóc. Pomaganie jest dla mnie największą nagrodą.

A A A
06.02.2014
godz.10:28
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość