przejdź do Sochaczew.pl
205892 odwiedzin
Wigilijne opowieści

Zapachy dzieciństwa

Jolanta Kawczyńska

kierownik MOK Boryszew

Myśląc o świętach Bożego Narodzenia najchętniej wracam wspomnieniami do mojego dzieciństwa. Mimo że było skromnie, to wspaniale. Najważniejsze było to oczekiwanie na coś, co unosiło się w powietrzu. W wigilię chodziliśmy głodni, bo nic się tego dnia nie jadło. Burczało w brzuchu w oczekiwaniu na kolację, pośród wszystkich kuchennych zapachów i przygotowań. Mama, gdy piekła, nie lubiła, żeby jej się ktoś kręcił, ale my z braćmi podkradaliśmy się, żeby choć spróbować smakołyków czy surowego ciasta, które rosło w garnku na węglowej kuchni. Pamiętam też gorący kaflowy piec, gdy na dworze był mróz.

I wreszcie wigilijna kolacja. Wtedy cieszyliśmy się tym, co mamy. Potrawy były proste: śledzie, pierożki, karp i kartofle w oleju, no i ciasto. Królewskie jedzenie! A mieszkaliśmy też przy Królewskiej, dziś Rozlazłowskiej. Ponadto królował świąteczny zapach cytryn i pomarańczy, a po kolacji mama kładła pod choinką garść laskowych orzechów, twierdząc, że to gwiazdka od św. Mikołaja. A myśmy czekali na prezenty. Cieszyło nas wszystko ,co dostaliśmy, bo mieliśmy wpajane, że możemy mieć tylko to, na co nas stać. Misia, lalkę lub coś do haftowania, ale najbardziej lubiłam bawić się klockami i samochodami chłopaków. Na święta zawsze miałam uszyte przez krawcową nowe paltko i nowe buty. Nigdy jednak nie pisaliśmy listów do świętego Mikołaja, ani się za niego nie przebieraliśmy.

Dopiero gdy zaczęłam pracować w MOK-u, zakładać zaczęłam jego strój w świątecznych przedstawieniach, czasem byłam też asystentką Mikołaja - Śnieżynką. Któregoś roku właśnie jako Śnieżynka pomagałam Mikołajowi, a właściwie przeszkadzałam, żeby było zabawniej. Nawet nie zauważyłam, gdy Mikołaj ze sceny zniknął i zostałam sama z wielkim fortepianem na środku, na którym ktoś wcześniej grał. Uświadomiłam sobie też, że za chwilę wbiegną tu dzieci z Abstraktu i mogą się o niego porozbijać.

Co robić, pomyślałam, trzeba go usunąć, więc mówię ze sceny, że zostałam sama z wielkim fortepianem, który muszę stąd zepchnąć. Wszyscy gruchnęli śmiechem, bo myśleli, że mam taki tekst. Zwracam się do Mirka Hymona: -Tak się siedzi i co? A on się śmieje, bo myślał to co inni. Namawiałam, żeby mi ktoś pomógł, ale to tylko coraz bardziej wszystkich bawiło. Mówię więc jeszcze raz do Hymona, że to jego wina i zapieram się przy fortepianie. Ludzie się śmieją, Mirek też, a ten ani drgnie. To rzeczywiście mogło być zabawne dla widowni, ale ja pchałam ze wszystkich sił, aż wreszcie instrument ruszył. To była katorga. Myślałam, że z wysiłku ducha wyzionę, ale go zepchnęłam. Potem przez dwa tygodnie nie mogłam się wyprostować i czułam się tak, jakby mi coś w środku pękło. Za to ludzie mieli ubaw.

Kraby zamiast pierogów z grzybami

Adam Orliński

radny Sejmiku Województwa Mazowieckiego

U nas, w Polsce, zwłaszcza święta Bożego Narodzenia otoczone są niezwykle podniosłą atmosferą religijnych emocji i ich wspólnego rodzinnego przeżywania. Miałem jednak okazję poznać, jak wyglądają te święta gdzie indziej, a mianowicie we Francji. Tak się złożyło, że będąc jeszcze uczniem sochaczewskiego „Chopina” otrzymałem 8-miesięczne stypendium właśnie we Francji. Tan czas w większości spędziłem w małej miejscowości pod Bordeaux. Nie chcąc przerywać pobytu z powodu świąt, postanowiłem spędzić je tam, razem z rodziną u której mieszkałem.

Wigilia rozpoczęła się od wyczekiwania, bo okazało się, że do świątecznego stołu zasiedliśmy dopiero około 20.00. Kolejne moje zaskoczenie to menu. Ponieważ wychowany zostałem na rybach w różnej postaci, barszczu z uszkami, pierogach z kapustą i grzybami i wielu innych rodzimych wigilijnych smakołykach, trudno mi było poczuć wigilijny nastrój, gdy na stole królowały owoce morza. Małże, ostrygi, mięso z krabów i oczywiście wino, zamiast rodzinnej nalewki, choć to najmniej mnie zajmowało.

Na komodzie stała mała choineczka, a podczas rodzinnego składania życzeń nawet od stołu nie wstaliśmy, bo nie było się czym łamać. Opłatka bowiem nie było, o sianku pod obrusem nie wspominając. Były natomiast prezenty, chociaż o Świętym Mikołaju nikt nie wspominał. Zobaczyć go można tylko czasami w sklepowych witrynach. Mimo to prezent bardzo mnie ucieszył, bo dostałem odtwarzacz do płyt CD, w tamtych czasach nowość. Siedzieliśmy, jedliśmy i rozmawialiśmy do drugiej w nocy, bo nie ma tam tradycji Pasterki, więc i iść nie było dokąd. Poza tym całkiem miło, ale nastroju naszych świąt zupełnie nie poczułem. Nawet próbowaliśmy zaśpiewać jakąś kolędę, ale nie wyszło.

Za to te długie rozmowy przyniosły inny praktyczny skutek. Gdy wróciłem wreszcie do Sochaczewa i wyszli mnie odebrać z autokaru rodzice, po pierwszych powitaniach zapytali, jak tam było. Więc ja, rozemocjonowany, opowiadam im szybko o swoich przeżyciach, ale widzę, że oczy robią im się coraz większe. Aż wreszcie tata mówi: „Adam, ty do nas po polsku mów, nie po francusku”.

Co może spotkać św. Mikołaja?

Jacek Woźnica

prezes Sądu Rejonowego w Sochaczewie

Było to w  połowie lat 80. Pracowałem wtedy jeszcze jako prokurator. Tamtego roku umówiliśmy się w rodzinie, że ja będę św. Mikołajem i rozniosę prezenty dzieciom z kilku domów. Aby się dobrze przygotować, pojechałem pożyczonym od kuzyna białym peugeotem do Niepokalanowa, bo wtedy dostać strój św. Mikołaja nie było tak łatwo jak dziś. A słyszałem, że bracia franciszkanie taki mają.

Byłem niezwykle zaskoczony, bo oni zupełnie bezinteresownie, nawet nie pytając kim jestem, ten strój mi pożyczyli. Nie żądali żadnego zastawu, niczego. To było niezwykłe, że tak wierzyli ludziom. Zwłaszcza że strój ów był bardzo piękny i zupełnie kompletny. Wówczas naprawdę nieosiągalny. Miał wysoką biskupią czapkę, maskę z brodą, długą laskę metalową skręcaną z kilku części ze „ślimakiem” na końcu, która miała  ponad dwa metry długości. No i oczywiście całe ubranie, a nawet worek na prezenty.

Prezenty od rodziców dzieci miałem w samochodzie, więc wyruszyłem w drogę. Ponieważ jednak niewygodnie byłoby mi w tym stroju kierować pojazdem, miałem zamiar przebierać się na dworze, dopiero gdy przyjadę do pierwszego domu, a właściwie bloku obok przedszkola przy ul. Poprzecznej. Gdy już założyłem na siebie cały ten drogocenny, piękny strój i byłem gotowy do wejścia… w tym momencie zaatakowała mnie cała wataha psów! 8-10 ujadających i szczerzących kły głodnych brytanów zaczęło mnie otaczać ze wszystkich stron. Sytuacja zrobiła się groźna nie tylko dla mnie, ale zwłaszcza dla tego wspaniałego stroju. I tak sobie wtedy pomyślałem, że co ja powiem tym uczynnym zakonnikom, jeśli te psy mi go poszarpią, a oni przecież tak mi zaufali. I taka mnie wściekłość wzięła, że złapałem tę lachę, którą na całe  szczęście już skręciłem, i zacząłem nią wywijać, rozganiając psią bandę. Sprawę miałem utrudnioną, bo kostium mnie opinał, a przez dziury w masce niewiele widziałem. Musiał to  być niezwykły widok - św. Mikołaj broniący się zaciekle przed atakującymi ze wszystkich stron psami. No i moje zacietrzewienie przyniosło w końcu efekt, bo psy dały za wygraną, a ja już bez przeszkód rozniosłem paczki po domach.

I jeszcze współczesna puenta. Aby dziś przypomnieć sobie, kiedy to było, zadzwoniłem do kuzyna od samochodu i pytam, kiedy on miał tego peugeota. A trzeba dodać, że w tamtych czasach była to rzecz rzadka i niezwykła. On zaś początkowo zesztywniał, bo pomyślał: „Po co sąd interesuje się jego zachodnim wozem sprzed dwudziestu lat?”

Święta z królikiem

Katarzyna Mańko

lekarz weterynarii

Jak wiadomo, lekarze weterynarii na co dzień  obcują ze zwierzętami. W moim przypadku są to głównie psy i koty, ale nie tylko, bo również króliki, świnki morskie i inne podobne zwierzątka. Mam też kilka własnych. Opowiadanie więc o domowych wizytach podczas świąt, bo psa lub kota przekarmiono i trzeba go ratować wydaje się banalne. Podobnie, jak o dzieleniu się ze swymi zwierzętami opłatkiem, bo tak, z tego co wiem, czyni wiele osób.

Jednak weterynarz, który nie umie uśmiercić karpia - rozciąć i przyrządzić - to już pewnie rzadkość. Pamiętam święta Bożego Narodzenia, gdy ktoś podarował mi żywego karpia. Wpuściłam go do wody w wannie i... były kłopoty z kąpielą, bo ryba królowała w mojej łazience do stycznia, by wreszcie wylądować w stawie, gdzie, o dziwo, przetrwała i długo jeszcze w nim żyła.

Mój psychologiczny kłopot pojawił się jeszcze intensywniej w inne grudniowe święta, gdy znajomy przyniósł mi żywego królika. Właściwie był to wielki król hodowany na pieczyste. On też wylądował w wannie, tyle, że bez wody. Gdy wchodził tam ktoś obcy, doznawał szoku, bo najpierw widział sterczące z wanny uszy. Wyglądało to jak w bajce, w której człowiek zamienia się w wannie w królika. I znów nikt nie miał serca, żeby go przerobić na świąteczną potrawę. Królik więc poświętował z nami, by potem trafić do babci na dożywocie.

Bo weterynarz owszem, kroi zwierzęta, ale te chore, a karp i królik były okazami zdrowia, więc nie było powodu. Nadal jednak nie wiem, co o mnie sądzą zwierzęta, bo ze swoimi wielokrotnie próbowałam w wigilię nawiązać rozmowę, ale jak na razie bezskutecznie.

 

 

A A A
20.12.2012
godz.09:26
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość