przejdź do Sochaczew.pl
Sochaczew
338479 odwiedzin
Trudna droga na uchodźstwo

O swojej ucieczce z ogarniętej wojną ojczyzny opowiedziały nam dwie obywatelki Ukrainy. Do Polski dotarły z dziećmi, tobołkami najpotrzebniejszych rzeczy i gotówką w hrywnach, które szybko okazały się niewiele warte. Schronienie znalazły w sochaczewskim Hotelu Chopin, dzięki ogromnej dobroci prowadzącej go Maryli Pliszki. Teraz są już bezpieczne, ale wciąż drżą o bliskich, którzy zostali bronić swojego kraju.

Historia Kristiny 

Mieszkałam w Kijowie i, co może wydać się straszne, od dłuższego czasu byliśmy już przyzwyczajeni do myśli, że Rosja może rozpocząć wojnę. Osłuchaliśmy się z tymi historiami i myśleliśmy, że jesteśmy z tym pogodzeni. 24 lutego o 5:00 obudziłam się do pracy i usłyszałam wystrzały i wybuchy. Nie od razu zrozumiałam co się dzieje, ale po chwili na mój telefon spływało dziesiątki smsów, że zaczęła się wojna. Niby spodziewaliśmy się, że to może nastąpić, a jednak w pierwszym momencie byłam przerażona, w szoku. 


Jak już doszłam do siebie, zaczęło się zbieranie grupy, żeby uciekać. Razem z moimi dwiema przyjaciółkami i piątką naszych dzieci wyprosiłyśmy samochód od kolegi. Nasi mężowie zostali w Kijowie, żeby bronić kraju. Szybko zaczęli szkolenie wojskowe. My wzięłyśmy co było pod ręką, tylko małe tobołki z najpotrzebniejszymi rzeczami i wyjechałyśmy z dziećmi. Zatrzymaliśmy się u znajomych za Kijowem, żeby złapać trzy godziny snu. Kiedy potem jechałyśmy w stronę granicy, nad nami latały samoloty, które nad ranem zmieniły nasze miasto w piekło. Po dotarciu do granicy okazało się, że kolejka do przejścia ma już 23 km. W ciągu 10 godzin udało nam się przejechać może 10 metrów. Tu nasi rodacy wykazali się ogromną solidarnością. Osoby w kolejce dostawały kawę, gotowane ziemniaki a dzieci picie. Bardzo im dziękuje, że przyszli z pomocą w tej ciężkiej chwili. 

W końcu udało nam się przekroczyć granicę i byliśmy w szoku, jak wiele osób po polskiej stronie przyszło z pomocą. Zadzwoniłyśmy do rodzin, które zostały na Ukrainie, żeby je trochę uspokoić. Nawet nie potrafiłyśmy przekazać słowami, jak wspaniałe było przyjęcie po polskiej stronie. Ja chcę z całego serca podziękować Polakom, za to co dla nas robią. Wiem, że mój naród nigdy nie zapomni o tej wielkiej dobroci.

Na granicy z początku panował pewien chaos. Ludzie byli przerażeni, chcieli jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Ale z czasem udało nam się jakoś zorganizować. Wyznaczyć sprawnie posuwające się kolejki. Powstała nawet grupa w internecie, której zadaniem było pilnowanie, by nie dochodziło do incydentów w kolejkach. Minęło już tyle dni, a tam nadal pojawiają się wiadomości. Utrzymujemy ten kontakt. 

Obecnie dominującym tematem jest to, jak wspaniali są Polacy. Jak cudowną organizują dla nas pomoc. Jak wiele znaczy to poczucie bezpieczeństwa, które znaleźliśmy w Polsce. Kiedy przekroczyłyśmy granicę, stanęłyśmy pod gołym niebem i zaczęłyśmy się zastanawiać co dalej. Nie znamy języka polskiego, ale usłyszałyśmy, że ktoś w tłumie mówi po rosyjsku. Podeszłyśmy spytać, co mamy robić. Okazało się, że ten mężczyzna jest Rosjaninem mieszkającym w Warszawie. Przyjechał na granicę pomagać, bo było mu wstyd, co jego kraj robi. Okazało się, że ma dwóch przyjaciół z Sochaczewa, którzy zaofiarowali się, że mogą zorganizować przyjazd do tego bezpiecznego miasteczka. Podjechali do nas. Dali nam paliwo do naszego samochodu i pojechałyśmy za nimi. 

Doprowadzili nas w to piękne miejsce pełne życzliwych ludzi,  gdzie pani Maryla (Pliszka - przyp. red.) jest dla nas jak matka. Tu przypomniałyśmy sobie, że Bóg nas kocha. Z początku myślałyśmy, że po tygodniu wojna się skończy i będziemy mogły wrócić do Kijowa. Teraz widzimy, że nic na to nie wskazuje. Kijowa już praktycznie nie ma, zostały ruiny. Mamy przyjaciół w Niemczech, pogodziłyśmy się, że nie mamy do czego wracać. Jeśli znajdziemy pracę w waszym pięknym mieście, spróbujemy osiedlić się tutaj. Jeśli nie, wyjedziemy do Niemiec.

Chcemy pracować, obojętnie gdzie. Nasz naród jest bardzo pracowity. Nie boimy się żadnych trudności, zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Nadal mamy kontakt, dzięki Bogu, z naszymi mężami. Chociaż mój ostatnio strasznie mnie oszukuje. Ciągle mi pisze nieprawdę, że jest wszystko dobrze, że wygrywają. Ale ja potem widzę w telewizji i w internecie, że wcale tak nie jest. Ale nie gniewam się, bo wiem, że on tylko chce, żebym była spokojna. 

 

Historia Swietłany

W środku nocy, 24 lutego zadzwonił do mnie syn i zaczął mówić, że Rosjanie na nas napadli, że strzelają już w Kijowie, w Charkowie. Nie chciało mi się wierzyć. Pobiegłam szybko do telewizora i okazało się, że rzeczywiście. W Kijowie mieszkaliśmy w dziewięciopiętrowym bloku, który nie miał podpiwniczenia. Moja pierwsza myśl była, że nie mamy się gdzie schronić przed bombardowaniami. Zadzwoniłam do teścia, który ma dom jednorodzinny pod Kijowem, podpiwniczony. Oczywiście kazał nam czym prędzej przyjeżdżać. 

Na miejscu znieśliśmy śpiwory, świece, jakąś żywność. Staraliśmy się urządzić to miejsce tak, żeby było możliwie bezpieczne i komfortowe. Kiedy rozpoczęły się walki, nawet z tej piwnicy nie wychodziliśmy. Spędziliśmy tam pierwszy dzień wojny i pierwszą noc. Bardzo się baliśmy. Wystrzały było słychać coraz bliżej. W okolicach znajduje się fabryka "Azot". Spodziewaliśmy się, że Rosjanie będą właśnie ją najbardziej ostrzeliwać. Okazało się, że więcej strzelają do małych okolicznych miejscowości, niż w tę fabrykę. Jestem pielęgniarką, więc trzeciego dnia zostałam wezwana do pracy. Było coraz więcej rannych i potrzebujących. Kiedy wróciłam po pierwszym dniu pracy, zastałam moje dzieci zapłakane i przerażone. W nocy wyłączaliśmy wszystkie światła. Zaklejaliśmy nawet jakiekolwiek diody, które mogłyby się zaświecić przy sprzęcie elektronicznym. Szybko się okazało, że rosyjscy dywersanci oznaczają domy, w których ktoś mieszka. Bałam się, że po to, by rosyjskie wojska wiedziały w co strzelać. Wytrzymaliśmy tak jeszcze dzień i noc i zapadła decyzja, że trzeba uciekać. 

Moja przyjaciółka z pracy poprosiła mnie, żebym zabrała jej młodszego syna, żebym mu pomogła dostać się do babci do Niemiec. Jej starszy syn był już zaciągnięty do obrony terytorialnej i patrolował Kijów. Wieczorem zadzwoniłam do znajomego, który organizował przerzuty ludzi z Kijowa na granicę z Polską. Dowiedziałam się, że nie ma sensu jechać tam na noc, bo w nocy kolejki właściwie się nie posuwają, a i tak możliwe, że będzie musiała czekać dwie doby. Byłam przerażona wizją kolejnej nocy w tym prowizorycznym schronie. Nie mogłam spać. Nocami jakieś samochody jeździły i oświetlały domy. Chyba żeby szukać ludzi. Zdecydowałam, że nie będziemy czekać, że jedziemy od razu.

 Wszędzie wydawało mi się bezpieczniej niż tam. Ale niestety znajomy przewoźnik się nie zgodził, przyjechał dopiero o 8:00 rano. Zabrał mnie, mojego syna, młodszego syna koleżanki i jeszcze rodzinę innej koleżanki. Podwiózł nas wszystkich do samej granicy. Przekraczaliśmy ją na pieszo. W kolejce spędziłyśmy jeszcze godzinę, po czym znaleźliśmy się po polskiej stronie. Tam ludzie byli cudowni. Dostaliśmy jeść, pytali, czy mamy się gdzie zatrzymać, czy mamy ubrania na zmianę. Pomogli nam dojechać do znajomych w Warszawie, gdzie została mama i siostra koleżanki, a nam szukali miejsca, w którym będziemy bezpieczni. 

W internecie trafiłam na informację, że uchodźców przyjmuje hotel "Chopin" w Sochaczewie. Z początku byłam przerażona, bo nie wiedziałam gdzie leży to miasto. Okazało się, że to piękna gościnna miejscowość, pełna wspaniałych ludzi i wspaniałych widoków. Właścicielka, pani Maryla (przyp. red. - Pliszka), jest aniołem. Jestem zaskoczona tym ogromnym wsparciem od Polaków. Tylko przekroczyłyśmy granicę i od razu -  jedzenie, picie, nawet ciasteczka dla dzieci, pytania: czy pomóc, czy podwieźć. Ciepłe ubrania, bo jak uciekałam, nie pomyślałam nawet, żeby takie wziąć na zmianę.

A Sochaczew jest cudowny. W porównaniu z wielkim Kijowem, to wspaniałe, spokojne miasteczko. A mi tego spokoju teraz brakuje, więc jestem zachwycona. Chcę znaleźć pracę i się tu osiedlić. Szczególnie, że poza Ukrainą nie mam znajomych, ani krewnych. Staram się tu ściągnąć moją siostrę i dwoje jej dzieci, jedno 10 lat i drugie osiem miesięcy. Mam wykształcenie medyczne. Mam nadzieję, że niedługo uda się nostryfikować mój dyplom. W oczekiwaniu na to, być może, dzięki dyrektor Załuskiej będę mogła podjąć pracę w sochaczewskim szpitalu jako pielęgniarka. Chcę jak najszybciej nauczyć się polskiego. Jestem dziś szczęśliwa, że synek mojej koleżanki znalazł transport do babci w Niemczech. Sama mam jeszcze kontakt z rodziną w Ukrainie. Nie wiem jednak, jak długo to potrwa. Staram się o tym nie myśleć, bo boję się, że stracę zmysły.

A A A
07.03.2022
godz.15:51
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt