przejdź do Sochaczew.pl
Sochaczew
338475 odwiedzin
Sochaczew pomaga

Jednym z pierwszych sochaczewian, którzy ruszyli nieść pomoc uciekinierom z Ukrainy, jest Dariusz Stachlewski. Opowiedział nam o ogromnym sercu, jakie okazali mieszkańcy naszego miasta oraz jak wyglądała sytuacja na ukraińskiej granicy w pierwszych dniach konfliktu.

Dariusz Stachlewski prowadzi szkołę nauki jazdy. Na plac manewrowy, do zorganizowanej przez siebie za pośrednictwem internetu zbiórki, przyjechał prosto z pracy.

- Wróciłem ze Skierniewic, odstawiłem kursanta i od razu na 12.00 pojechałem na nasz plac manewrowy dla osobówek. Wziąłem samochód z przyczepką, myśląc, że na nią zapakuję dary, drugi kierowca pojedzie busem, żeby zabrać ludzi i wrócimy - opowiada. - Przyjechałem, odsłoniłem przyczepkę, żeby podjeżdżający ludzie mogli od razu pakować na nią dary. Przyjechały pierwsze osoby i po chwili okazało się, że na przyczepce nie ma już miejsca. Zadzwoniłem więc do kolegi, spytać czy może podjechać z drugą przyczepką. Był za pół godziny. O 13.00 zadzwonił kolejny kolega, ofiarując się z pomocą. Mówię, że spokojnie, jakoś sobie radzę, nie ma wielkiego tłoku. Zdążyłem się rozłączyć, a tu ludzie zaczynają przychodzić. Oddzwaniam, mówię, że jak ma czas, to niech podjedzie, bo już nie dajemy rady. 

Odzew mieszkańców Sochaczewa przerósł najśmielsze oczekiwania. 

- Na tym etapie już wiedziałem, że trzeba wystawić MAN-a, bo dwie przyczepki to za mało. Pod koniec zbiórki, około godziny 18.00, czyli po zaledwie sześciu godzinach, dary wypełniały prawie całą naczepę. W międzyczasie pojawiła się masa ludzi, Polaków, ale też Ukraińców, którzy nam pomagali w przyjmowaniu i sortowaniu rzeczy. Spodziewałem się, że sortowanie na miejscu może przysporzyć problemów, więc zadbaliśmy, żeby ładunek był gotowy do szybkiego przekazania. 

Niedługo po osiemnastej konwój z Sochaczewa – MAN, bus i trzy samochody osobowe, a w nich Katarzyna Albinowska, Paweł Jarosz, Mariusz Gala i Sławomir Janiak, ruszył w trasę na południe. Akcja prowadzona była przy tym bardzo przytomnie. 

- Wiedzieliśmy, że czeka nas długa droga, więc logistykę zostawiliśmy na czas przejazdu.  Zajęła się nią  żona mojego kolegi. Dzwoniła do miejsc przy granicy, które przyjmowały dary dla uchodźców i dowiadywała się, gdzie jakie towary są potrzebne – opowiada Dariusz Stachlewski. - Po czterech i pół godziny jazdy, na tzw. „pauzie”, kiedy mieliśmy jeszcze 150 km do granicy, sam jeszcze raz obdzwoniłem te miejsca i upewniłem się, gdzie czego potrzebują. Dowiedziałem się, że wszystko przyjmą bardzo chętnie, tylko żebyśmy nie przyjeżdżali z tym na samą granicę, gdzie był już straszny kocioł. Dostałem namiar na magazyn w Hrubieszowie. Czekali tam na nas wspaniali ludzie, wolontariusze. Zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci, a sam rozładunek przebiegł bardzo sprawnie, w piętnaście minut cała naczepa była zagospodarowana. Bardzo pomógł w tym fakt, że dary mieliśmy posegregowane i dobrze opisane. MAN-a z kierowcą zostawiliśmy przy magazynach, żeby nie pchać się dużym samochodem pod samą granicę. Od tego miejsca do granicy nasz konwój składał się z busa i trzech samochodów osobowych. Dojechaliśmy do Hrubieszowskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji, gdzie mieścił się sztab odpowiedzialny za przyjmowanie uchodźców. 

Jak się okazało ośrodek w Hrubieszowie był w trakcie wypracowywania odpowiednich do przyjmowania uchodźców procedur. Tymczasem ekipa z Sochaczewa dysponowała już potwierdzonymi kwaterami dla osób, które chciała zabrać. 

- Sytuacja tam była mocno paranoiczna. Mniej więcej od godziny 18.00 szukaliśmy ludzi, którzy chcieliby jechać z nami w głąb kraju i otrzymać zakwaterowanie – opowiada Darek Stachlewski. - Na miejscu panował chaos i dezinformacja. Widać było, że obsługa jest pogubiona. Jedni drugim przeszkadzali. Kiedy pytaliśmy, dostawaliśmy sprzeczne informacje. Z tego powodu znalezienie uchodźców, którzy chcieliby skorzystać z sochaczewskiej gościnność zajęło bardzo dużo czasu.

- Na początku dostaliśmy informację, że musimy się zarejestrować, jakimi przyjechaliśmy samochodami. Do jakiego miejsca jedziemy i ile jesteśmy w stanie zabrać osób – opowiada nasz rozmówca. - Stanęliśmy w kolejkę kierowców, po jakimś czasie zostaliśmy zarejestrowani, podaliśmy numer telefonu i dostaliśmy informację, że mamy czekać na sygnał, że została przygotowana dla nas grupa. Dwie godziny marznęliśmy przed obiektem. W końcu postanowiliśmy znów udać się do informacji, spytać jaka jest sytuacja. Znaleźliśmy wolontariuszkę i tłumaczymy jej, że mamy zaklepane miejsca dla tylu i tulu osób. Że czeka zakwaterowanie u rodzin, nie zbiorcze na sali gimnastycznej. Zresztą w tym momencie mieliśmy już taki odzew z Sochaczewa, że nawet gdybyśmy przyjechali dwoma autokarami, spokojnie rozdysponowalibyśmy wszystkie przywiezione do naszego miasta osoby. Sochaczew jest cudownym miastem. Kiedy przypominam sobie tę ogromną chęć niesienia pomocy, z którą miałem wtedy do czynienia, to aż się łzy w oczach kręcą. W każdym razie dowiedzieliśmy się, że czekamy tak długo, bo są nowe wytyczne i teraz będzie nas spisywać policja i sprawdzać, czy nie jesteśmy karani, ani poszukiwani, zanim będziemy mogli odebrać potrzebujących.Wszyscy kierowcy zostali w tym momencie wysłani przed bramę terenu HOSiR i dostali informację, że mają czekać na policję, która zdecyduje, kto może wjechać. 

- Oczywiście zanim zjawił się policjant minęło kilkadziesiąt kolejnych minut. No ale rozumiem, z pewnością policja ma znacznie ważniejsze obowiązki – mówi  Dariusz Stachlewski. - Kiedy już funkcjonariusz wykonał wszystkie czynności i upewnił się, że jesteśmy godni zaufania, mieliśmy czekać w samochodach na sygnał z HOSiR. Minęło kolejne półtorej godziny i nic. Postanowiliśmy znów sprawdzić, co się dzieję. Dojeżdżamy do bramy obiektu, której w tym momencie pilnował już policjant. Tym razem udało nam się  wjechać na parking. Na miejscu okazało się, że nie tylko my postanowiliśmy rozpatrzeć się w sytuacji. Inni kierowcy, którzy przyjechali z całego kraju z pomocą już tam byli. Oczywiście żaden z nich też nie otrzymał w tym czasie informacji, więc zaczęli na własną rękę szukać uchodźców, którzy chcieliby przyjąć pomoc. 

Grupa z Sochaczewa postąpiła podobnie. Tym sposobem znaleźli 15 osób, matek z dziećmi, które zdecydowały się przyjechać do naszego miasta. 

- Nie było to łatwe – mówi Dariusz Stachlewski. - Te osoby, głównie kobiety i dzieci, widać było jak bardzo są wymęczone psychicznie i fizycznie. Kiedy zobaczyły przygotowane na tej HOSiRowskiej hali ciepłe, czyste posłania, to dla większości z nich w tamtym momencie był szczyt marzeń. Ci ludzie chcieli tam zostać i przede wszystkim trochę odpocząć. Wiele z tych osób było też przekonanych, że może odczekają kilka dni blisko granicy, wojna się skończy i wrócą do domów. Te kilka kobiet z dziećmi, które zdecydowało się z nami zabrać, miało odmienne podejście - chciały jak najszybciej i jak najdalej odjechać od strefy wojny. Jednocześnie nie miały tutaj w Polsce nikogo, żeby się zatrzymać. Żadnej rodziny ani znajomych. Zabraliśmy też dwie rodziny, które potrzebowały transferu. Jedna do znajomych do Niemiec, druga do dziadków do Estonii. 

Cała podróż na granicę i z powrotem zajęła prawie dwie doby. Sochaczewski konwój wrócił przed 7.00 w poniedziałek. Na miejscu rozlokował jeszcze rodziny u chętnych, którzy zgłosili chęć udzielenia pomocy uchodźcom. Tego samego dnia udało się znaleźć kierowcę, który zabierze jedną z rodzin do Niemiec, a następnego dnia drugą rodzinę bezpiecznie odesłano do Estonii. 

W Sochaczewie zostały dwie wielopokoleniowe rodziny. Dwie mamy, dwoje dzieci i ich babcia znalazły schronienie w Mokasie.  Druga rodzina:  mama, córka i babcia trafiła w gościnę do Kozłowa Biskupiego. Dziewczynką zajęło się już jedno z sochaczewskich przedszkoli prywatnych. 

- Odzew jest niesamowity – mówi Dariusz Stachlewski. - Nadal dysponujemy bazą tak dużą, że spokojnie moglibyśmy jechać jeszcze raz. W tygodniu mam co prawda za dużo pracy, ale wszystko wskazuje na to, że pojedziemy na weekend. W najgorszym wypadku znów zawalę poniedziałek, ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Szczególnie, że nie wzięliśmy wcale tak dużo osób za pierwszym razem. Piętnaście, w tym siedmioro dzieci. A miejsca czekają na kolejne, bo sochaczewianie to wspaniali ludzie.

Sebastian Stępień

A A A
04.03.2022
godz.17:41
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt