przejdź do Sochaczew.pl
Sochaczew
281595 odwiedzin
Granie koncertów dodaje mi energii

W środowisku muzycznym istnieje przekonanie, że wszędzie tam na świecie, gdzie da się ustawić i nastroić fortepian, zagrał już Artur Dutkiewicz. 22 sierpnia artysta wystąpił w kwartecie w ramach Sochaczewskiego Festiwalu Jazzowego z bardzo osobistym koncertem „Tribute to Tomasz Szukalski”. O wrażenia z naszego miasta, genezę koncertu oraz międzynarodowe wojaże Artura Dutkiewicza pyta Sebastian Stępień.

Trudno wskazać takie miejsce na świecie, gdzie nie zagrał pan koncertu. Jak na tym tle wypada sochaczewski amfiteatr?
Lubię grać w takich warunkach, pod gołym niebem. Z publicznością sochaczewską znamy się dość dobrze, bo grałem tu już kilkakrotnie. Czuję, że w ostatnich latach sochaczewianie rozsmakowali się w muzyce jazzowej. Z roku na rok na waszym festiwalu jest coraz więcej słuchaczy, którzy bardzo entuzjastycznie reagują na wydarzenia na scenie. A sam amfiteatr jest wspaniały. Grałem tu po raz pierwszy i grało mi się wyśmienicie.

Dzisiejszy koncert był bardzo liryczny, romantyczny. Piękny hołd dla Tomasza Szukalskiego.
Przywołaliśmy jego energię. Zaprezentowaliśmy utwory, które lubił grać. Ten czas, który spędziliśmy z Tomaszem, naprawdę czuje się w naszym graniu, w moim graniu. Ogromnie dużo od Tomasza się nauczyłem. Był człowiekiem bardzo romantycznym, słowiańskim. Miał taki charakterystyczny słowiański zaśpiew na saksofonie, taki „Kmicic saksofonu”. Do tego ogromną ekspresję, piękny ton, ciepło, liryzm. To było połączenie jazzu z naszą polską naturą. Grał niezwykle oryginalnie i jego ton rozpoznaję zawsze, gdziekolwiek go usłyszę. Ta muzyka to powiew serca, szczerości, wewnętrznego entuzjazmu i siły.

Graliście razem dość długo, od 1986 roku.
Grałem najpierw z Tomaszem w duecie, potem w kwartecie. Przez ostatnie dziesięć lat życia Tomasza graliśmy w składzie z Krzysztofem Dziedzicem i Adamem Kowalewskim.

Można powiedzieć, że byliście przyjaciółmi.
Muzyków takiej wielkości i takiej charyzmy, jaką miał Tomasz, już po prostu nie ma. Skala jego talentu jest niezwykła. Był to najlepszy muzyk z jakim kiedykolwiek grałem. Jego odejście to ogromna strata. Tym bardziej, że Tomek odszedł w wieku 64 lat, więc zdecydowanie za wcześnie. Ale żył bardzo mocno, jak ogień, dynamit. Każda jego nuta była na wagę złota. Zresztą sam mówił, że najważniejszy jest dźwięk na saksofonie, gdzie ta jedna nuta mówi o człowieku. Nie tysiąc, a właśnie ta jedna, która brzmi aż do ciszy. Brakuje mi Tomasza zarówno jako muzyka, jak i przyjaciela. Często rozmawialiśmy przez telefon. Kiedy usłyszał muzykę, choćby w telewizji, od razu musiał do mnie zadzwonić i podzielić się wrażeniami. Był niezwykle spontaniczny. Jak coś mu się podobało, to do końca, jak nie podobało, to również wyrażał to całym sobą. Dla Tomka było białe albo czarne. Mówił prosto w oczy to, co myśli. Nie miał daru dyplomacji (śmiech). Czasami powiedział za dużo. Ale Tomasz był na tak wysokiej półce, jeżeli chodzi o świadomość, inteligencję muzyczną i taką wewnętrzną intuicję i mądrość, że widział wszystko dookoła jak rentgen. Potrafił ocenić człowieka od wewnątrz po pierwszym spojrzeniu.

Jako ambasador polskiej muzyki jazzowej, bardziej niesie pan ją w różne miejsca na świecie. Czy te miejsca mają większy wpływ na pana muzykę?
Myślę, że głównie zanoszę tę naszą muzykę ze swoim charakterem, z polską naturą, a przy okazji interesuję się kulturą miejsc, w których bywam, kulturą muzyki etnicznej, muzyki ludowej. To mnie inspiruje. Lubię znajdować elementy wspólne i stosować je w swojej muzyce. Jednak zawsze efektem będzie muzyka polska. W końcu wychowałem się tu i wszystko filtruję przez swoją osobowość. Kiedy byłem w Etiopii poznałem kilka skal etiopskich i zastosowałem je do swoich utworów, które dzięki temu brzmią inaczej. Ale też nie brzmią tak,  jak muzyka etiopska. Dźwięk, który wydobywam z fortepianu, jest zdecydowanie bardziej klasyczny.

Ma pan zresztą klasyczne przygotowanie. Bardzo wcześnie zaczynał pan naukę gry na tym instrumencie.
W wieku lat 11 brałem już regularne lekcje. Natomiast muzyka była w moim domu rodzinnym od zawsze. Ojciec był nauczycielem muzyki. Ja, we wczesnym dzieciństwie, próbowałem grać na wszystkim co było w moim zasięgu - na garnkach, akordeonie, skrzypcach i na wiolonczeli. Systematycznie na fortepianie uczyłem się grać u pani Lipińskiej w pałacu w Pińczowie. Wśród kolegów mówiliśmy na profesor Lipińską „hrabina”, bo pochodziła z przedwojennej szlachty. Robiła ogromne wrażenie swoim dystyngowaniem. Wraz z mężem mieszkała i uczyła w Pałacu Wielopolskich w Pińczowie. Już jako młody chłopiec, w niezwykle podniosłej atmosferze tego miejsca, roznosiłem ciastka na popisach uczniowskich (śmiech). Państwo mówili po francusku, więc trudno mi było sobie wyobrazić bardziej dostojne środowisko.

W początkach kariery grywał pan często we Francji. Czy to w jakiś sposób ukształtowało pana jako muzyka?
Nie powiedziałbym, żeby muzyka francuska wywarła na mnie jakiś wpływ, chyba że impresjonistyczna, którą poznałem w szkole. Raczej pokazywaliśmy tam muzykę polską. Grałem nasz jazz i swoje mazurki. Chopin mieszkając we Francji zrobił z mazurków artystyczną jakość. Stały się one, za jego sprawą, muzyką salonową, modną na całym świecie. Grając z francuskimi muzykami prezentowałem polską muzykę, którą Francuzi bardzo doceniali.

Z tych wszystkich miejsc na świecie w których pan grał, gdzie jest teraz najlepszy odbiór jazzu?
Trudno powiedzieć. Sam odbiór jazzu zależy w główniej mierze od tego, czy koncert jest dobry. Zależy od oprawy, miejsca, prezentacji. Zależy też od temperamentu publiczności. Wiadomo, że im bardziej na północ, tym publiczność jest chłodniejsza, bardziej powściągliwa. Trudniej ją rozognić, trzeba włożyć więcej energii. Chociaż w Radio Denmark w Kopenhadze był wyjątek. Przestrzegano mnie przed dystansem tamtejszej publiczności a było zupełnie odwrotnie, gorąco i entuzjastycznie. Pamiętam znakomite przyjęcie naszej muzyki w Australii i Nowej Zelandii. Również na Starym Kontynencie. Pamiętam, kiedy we Francji, czy w Niemczech grałem koncert Hendrix Piano, to naszych płyt zabrakło już w przerwie. Wydaje mi się, że im dojrzalsza kultura, tym ludzie bardziej wiedzą czego słuchają i są bardziej umuzykalnieni. Z kolei w Afryce ludzie słuchają muzyki bardzo spontanicznie. Jeśli muzyka ich porwie, to tańczą, jak miało to miejsce w Kenii. Jeśli muzyka jest zbyt intelektualna i chłodna, po prostu wychodzą (śmiech).

Między 2010 a 2012 rokiem w krótkim czasie opracował pan muzykę Hendrixa, Niemena, a potem mazurki. Skąd taka rozległość zainteresowań?
Czerpię ze wszystkiego, co mnie otacza. I z muzyki współczesnej, i klasycznej, czy z popu. Słucham wszystkiego, co do mnie trafia. Mazurki grałem od dziecka, podczas nauki gry na fortepianie. Pod koniec studiów na wydziale jazzu w Katowicach przeżywałem fascynację Hendrixem. Interesuje mnie każda muzyka, która jest autentyczna, a prawdziwym fascynacjom daję wyraz w tym co tworzę. Można powiedzieć, że dzięki rozległym muzycznym zainteresowaniom unikam stagnacji.

Skąd bierze pan energię na tak wiele koncertów w tylu zakątkach świata?
Zawsze miałem dużo energii. Sam fakt, że mam zagrać koncert jeszcze mi tej energii dodaje. Żeby nie zabrakło mi sił, dbam o kondycję fizyczną i psychiczną. Nie zapominam o równowadze i staram się w muzyce nadmiernie nie zatracić. Czasem potrzebne jest oderwanie, reset hard dysku (śmiech). Wtedy staram się oczyścić czymś zupełnie przeciwstawnym. Ćwiczę jogę, medytacje połączone z ćwiczeniami oddechowymi. Lubię też naturę. Po koncertach zostajemy czasem z żoną na trochę w pięknych miejscach, gdzie po prostu odpoczywamy. Tak było np. tuż przed pandemią na Filipinach, gdzie dałem recital na fortepianie umieszczonym na wodzie, w nastrojowej scenerii miejscowości Las Casas de Acuzar.

A czy doświadczenie covidu, spowolnienie tej gonitwy koncertów, było dla pana trudne, czy raczej był to czas na regenerację?
Pandemia spowodowała, że miałem więcej czasu na ukierunkowanie się na swoje wnętrze, tam gdzie jest nasza pamięć, wspomnienia w postaci przywoływanych emocji i stanów ducha, które najłatwiej wyrazić mi za pomocą języka muzyki. Miałem więc czas na skupienie, spotkania i próby z zespołem, tworzenie nowych kompozycji. Zaowocowało to wydaniem płyty. Mamy też już materiał do kolejnych albumów. Uważam, że czas lockdownu dobrze wykorzystaliśmy. Na szczęście żaden z nas poważnie nie zachorował. A dodatkowo, po latach podróżowania, była okazja, żeby trochę odpocząć.

Dziękuję za rozmowę i jeszcze raz gratuluję świetnego koncertu.

A A A
08.09.2021
godz.14:52
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt