przejdź do Sochaczew.pl
220330 odwiedzin
Gorzko-słodka opowieść o życiu, wojnie i szkole

Jestem córką sybiraczki. Moja mama, mając 12 lat, wróciła z Syberii i od tamtej pory ciągle chorowała. Zmarła na gruźlicę, kiedy miałam 1,5 roku. -Tak rozpoczyna się opowieść pani Jadwigi Boneckiej, 88-letniej emerytowanej nauczycielki. Opowieść o traumatycznym wojennym dzieciństwie i trudnej pracy w powojennej szkole, o czasach, kiedy dobrodziejstwem był odgruzowany kąt do spania i tablica w klasie. I wreszcie o tym, jak zbudować rodzinę i zachować pogodę ducha, nosząc w sercu tyle gorzkich wspomnień.

Nasza rozmówczyni niewiele wie o okolicznościach wywózki i życiu na Syberii jej rodziny, bo były to  czasy, kiedy nie wolno było o tym rozmawiać, a już zwłaszcza dzieci nie były wtajemniczane w takie historie z przeszłości. Dopiero jak dorosła, o pewnych faktach opowiedziała jej młodsza siostra mamy. Ona z kolei w chwili powrotu do Polski miała 7 lat, więc też wielu rzeczy nie rozumiała.

Dzieciństwo naznaczone wojną

Małą Jadzię wychowywała babcia – matka taty. Mieszkali w domu należącym do dziadków w miejscowości  Łazy na trasie Warszawa-Białystok, 80 km od Białegostoku, 120 od  stolicy. To była kolejarska rodzina – dziadek, ojciec, wuj pracowali na kolei.

W 1939 r. Jadzia miała 6 lat. Pamięta, że przez całe lato mówiło się o wojnie. Wtedy, jako dziecko, jeszcze tego nie rozumiała, aż do zdarzenia, które pamięta do dziś.

- Pewnego dnia usłyszałam potężny huk. Na początku nie wiedziałam skąd pochodzi. Okazało się, że to warkot nadlatujących samolotów, które wtedy były przecież rzadkością. Tata, który wyszedł przed dom, mówi: „O, nasi lecą!”. Ale za chwilę zwrócił uwagę, że samoloty lecą bardzo nisko nad torami. I wtedy zaczęły spadać bomby. Mimo upływu lat, nie mogę tego zapomnieć – opowiada Jadwiga Bonecka. – Potem z samolotów rozległy się strzały karabinowe. Babcia zaciągnęła mnie i inne dzieci do rowu odprowadzającego wodę, w którym znajdowały się wielkie betonowe kręgi.  W nich się chowaliśmy. Tak wyglądał mój początek wojny, która w Polsce już trwała, ale do nas dopiero docierała.

- Następnego dnia od strony lasu nadjechały niemieckie czołgi. Po drugiej stronie wsi stacjonował malutki oddział naszej kawalerii. To były chyba niedobitki, bo widziałam zaledwie kilku ludzi na koniach i jedno małe działo. Kiedy ci polscy żołnierze dowiedzieli się, że za torami są Niemcy, zaczęli do nich strzelać, a nad wioską leciały kule z tej armatki. Niemcy, niewiele myśląc, odpowiedzieli ogniem z czołgów. Jako pierwszy „dostał” nasz dom, bo znajdował się najbliżej, przy samych torach. Momentalnie stanął w płomieniach. W ciągu trzech godzin z powierzchni ziemi zniknęła prawie cała wieś, licząca 70 domów. Ocalało kilka chałup stojących w środku wsi w pobliżu dużego stawu osłoniętego wysokimi topolami. I w tych chałupach schronienie znalazła cała wieś - wspomina.

Jej sześcioosobowa rodzina zamieszkała w jednym ciasnym pomieszczeniu, w którym kiedyś był sklepik. Znajdowała się w nim cementowa podłoga, jedno małe okienko, piecyk typu „koza” i dwa łóżka. Na jednym spali mężczyźni: dziadek, tata i wujek, na drugim mała Jadzia z babcią i ciocią. Nie mieli nic własnego, bo wszystko spłonęło. Nasza rozmówczyni wyszła z domu na boso, w letniej sukience. Na szczęście wrzesień 1939 r. był upalny.

Drugi okupant

- Względny spokój panował do 17 września. Pamiętam, jak przybiegł do nas tata i mówi, że główną drogą ciągną czołgi, ale nie niemieckie tylko radzieckie. Do Polski wkroczyli Sowieci. Doszli do Bugu i zatrzymali się w Małkini, gdzie przebiegała umowna granica, wytyczona między dwoma okupantami. Kiedy nadeszły wojska radzieckie, Niemcy wycofali się w głąb kraju – opowiada pani Jadwiga i przywołuje z pamięci kolejne obrazy. - Zrobiło się bardziej niebezpiecznie niż za Niemców. Wszyscy bogatsi gospodarze z całymi rodzinami trafiali na zsyłkę, a ich dobytek był rozkradany lub niszczony.

Do dziś prześladuje ją zdarzenie z tamtych czasów. Jako niespełna siedmiolatka uczęszczała na katechezę do miejscowego kościoła. Jedną z takich lekcji przerwał przeraźliwy krzyk kobiety, która wbiegła do świątyni, upadła na kolana i strasznie krzyczała. Zanosiła głośne modły do Boga, żeby ją uratował przed wywózką na Syberię. Po kilku minutach z hukiem wpadło dwóch czy trzech rosyjskich żołnierzy i z karabinami wycelowanymi w kobietę, wywlekli ją na dziedziniec i zapakowali do przyczepy ciężarówki wypełnionej innymi ludźmi. Pani Jadwiga mówi, że strasznie się bała, wszystkie dzieci skurczyły się w ławkach, żeby przypadkiem żołnierze nie zwrócili na nie uwagi.

Na drogach i torach trwała ciągła wędrówka ludzi. Żydzi z Warszawy próbowali się przedostać do Związku Radzieckiego. Mieszkańcy okolic Białegostoku podążali do Warszawy, jedni pociągami, inni pieszo. Kwitła kontrabanda, dzięki której mieszkańcy wsi dostawali pieniądze za jajka, kawałek mięsa, trochę mąki. Z kolei „miastowi”, przy ogólnej biedzie, mieli co do garnka włożyć. Zwłaszcza że przyszła strasznie ciężka zima, do - 45 st. C.  W mieszkaniu woda w wiadrze zamarzała. Ci co mieli konie, jeździli do sąsiednich miejscowości, żeby zdobyć jakieś ubrania, buty lub sprzęty, które później dzielili między potrzebujących.

Pani Jadwiga bardzo przeżywa swoją opowieść, robimy przerwy, żeby mogła zaczerpnąć tchu, ale chce ją dokończyć.

- Zabrzmi to niewiarygodnie, ale moja rodzina uniknęła wywózki w głąb ZSRR dzięki Niemcom, a właściwie wojnie niemiecko-radzieckiej. Sowieci wyznaczyli już dla nas termin wyjazdu, o czym dowiedzieliśmy się później. Dzień wcześniej, 22 czerwca 1941 roku, Niemcy zaatakowały ZSRR.

Śmierć za współczucie

I znowu zaczęły się ruchy wojsk, walki w najbliższej okolicy, ucieczka Sowietów, którzy ze spuszczonymi głowami, w niekompletnych mundurach i bez broni snuli się po drogach.

- Mniej więcej w tym czasie trasą kolejową, przy której mieszkaliśmy, odbywały się transporty Żydów do Treblinki. Byliśmy świadkami tragicznych sytuacji, do których wielokrotnie dochodziło tuż pod naszym domem. Ludzi wożono w wagonach towarowych i często wycinali oni dziury w tych wagonach i próbowali wyskakiwać. Pamiętam takie zdarzenie, kiedy przez otwór w wagonie wyskoczyła młoda Żydówka z dzieckiem na rękach. Tuż za nią mężczyzna, który wpadł w rów dosłownie pod naszym domem.  Na całej trasie stali w pewnych odległościach Niemcy, którzy mieli rozkaz strzelać do uciekinierów. Z babcią i tatą byłam przed domem. Obok nas stał żołnierz z odbezpieczoną bronią, który natychmiast strzelił do gramolącego się z rowu uciekiniera. Drugi żołnierz najpierw zastrzelił kobietę, później jej małe dziecko. Moja babcia krzyknęła z rozpaczą: "O mój Jezu" i zaraz broń stojącego obok nas Niemca skierowała się w jej stronę. Wtedy ja zaczęłam krzyczeć i złapałam go za ręce, żeby nie zabijał babci. Spojrzał na mnie i odszedł. Wtedy okazało się, że mężczyzna w rowie jeszcze żyje. Tata powiedział do niego: "Uciekaj w las, szybko!" i on tak zrobił. Ojciec wieczorem poszedł sprawdzić, co się stało z tym człowiekiem. Po śladach krwi dotarł w krzaki 300 metrów od naszego domu. Mężczyzna już nie żył.

To tylko jeden z przykładów, pokazujących wojenną rzeczywistość, w której nawet współczucie groziło śmiercią. Na tę śmierć przez pięć długich lat patrzyły dzieci, takie jak nasza rozmówczyni. Po tej opowieści głos więźnie jej w gardle. Nie może dalej mówić. Robimy przerwę.  

Jadwiga Bonecka pod koniec wojny była też świadkiem użycia przez Rosjan wyrzutni rakietowych, tzw. katiuszy. Było późne lato 1944 r. Armia Czerwona, wraz z naszym wojskiem, "wyzwalała" Polskę z okupacji hitlerowskiej. Z odległych o 20 km Łap zmasowany ogień słychać i widać było doskonale. Tym natarciem Sowieci przełamali niemiecki front na Narwi i w szybkim tempie posuwali się w głąb kraju. Wycofujący się naziści niszczyli, co mogli. Przede wszystkim kolej i środki łączności telefonicznej.

Jak wspomina pani Jadwiga, niemieccy żandarmi podkładali pod tory ładunki wybuchowe tak silne, że szyny kolejowe fruwały w powietrzu. Jedna z nich uderzyła w dom, na szczęście nie zburzyła go, jedynie z okien wypadły szyby. Niemcy zniszczyli wtedy całe połączenie kolejowe od Łap do Małkinii. W podobny sposób "ścinali" słupy i znajdujące się na nich kable. Nie oszczędzili też pięknego gotyckiego kościoła w Dąbrowie, w którym mała Jadzia wcześniej pobierała nauki religii.  (cdn)

Jolanta Śmielak-Sosnowska

A A A
29.07.2020
godz.13:35
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość