przejdź do Sochaczew.pl
216099 odwiedzin
Koronawirus i francuskie c’est la vie

Uczyła się i dorastała w Sochaczewie, mieszkała w kilku państwach: Izraelu, Rosji, Niemczech; blisko trzy lata spędziła we Francji. Od 2016 roku zawodowo zajmuje się fotografią, głównie modową i artystyczną. Jej zdjęcia można znaleźć w międzynarodowych magazynach, głównie z modą męską. O tym, jak wygląda pandemia koronawirusa w Paryżu, rozmawiamy z Awą Fijołek.

 

Jakie wspomnienia wywiozła pani z Sochaczewa?

Z wielkim sentymentem zawsze będę wspominać szkołę muzyczną. Nauka w niej miała ogromny wpływ na to co robię teraz, także na tym trudnym rynku, jakim jest profesjonalna fotografia. Chodzi mi tutaj zarówno o poziom wychowania artystycznego, jak i wpojenie samodyscypliny i systematyczności pracy. Do dziś utrzymuję dobry kontakt z moją nauczycielką gry na skrzypcach, panią profesor Maritą Uhlig, którą staram się odwiedzać, gdy tylko jestem w Sochaczewie. Choć dużo podróżuję i nie mogę przez to zaangażować się w grę w jakiejś orkiestrze czy większej grupie, to indywidualnie gram do dziś. Instrument towarzyszył mi we wszystkich krajach, w których mieszkałam.

 

Często przyjeżdża pani w odwiedziny do rodziny czy starych znajomych?

Do Polski staram się przyjeżdżać najczęściej jak mogę. Byłam akurat w odwiedzinach u rodziny, gdy 11 marca zapadła decyzja o zamknięciu szkół. Kilka dni później postanowiono zamknąć granice. Miałam ogromne szczęście. Intuicja mnie nie zawiodła. Wiedziałam, że jeśli nie wyjadę teraz, to będą miała przez długi czas problem z powrotem do Francji. Wsiadłam na pokład przedostatniego samolotu z Warszawy do Paryża przed zawieszeniem połączeń lotniczych. 

 

Czyli cały okres pandemii spędziła pani w Paryżu?

Ograniczenia we Francji wprowadzono 17 marca. Nie wywołało to jakieś społecznej paniki. Mam wrażenie, że ludzie byli przygotowani na to, co ma nastąpić. Z drugiej strony na początku wyglądało to dość apokaliptycznie. Ulice opustoszały, życie w Paryżu zamarło. Władze nakazały mieszkańcom, by pozostali w domach. 

 

Czy ta sytuacja wpłynęła na pani obowiązki zawodowe?

Wpłynęła, lecz na szczęście nie aż tak bardzo. Praktycznie 90 procent swojej pracy wykonuję zdalnie, w domu przy komputerze. Siłą rzeczy, ze względu na wprowadzony zakaz przemieszczania się, musiałam zrezygnować z kilku sesji zdjęciowych. Przed wybuchem pandemii w zasadzie wyglądało to tak, że dwa tygodnie byłam gdzieś na wyjeździe, po czym na kolejne kilkanaście dni wracałam do Paryża. 

 

Najbardziej restrykcyjnym ograniczeniem we Francji między 17 marca i 11 maja był chyba właśnie zakaz przemieszczania się?

Na początku można było się przemieszczać jedynie między domem, miejscem pracy, sklepami. Można było też iść na wizytę u lekarza. Wprowadzono obowiązek posiadania dokumentu poświadczającego, w jakim celu i gdzie się udajemy. Po jakimś czasie wprowadzono także możliwość uprawiania aktywności fizycznej na powietrzu, ale też w bardzo ograniczonym zakresie: albo przed 10.00 rano, albo po 19.00 i to maksymalnie w odległości kilometra - dwóch od domu. W dzielnicy, gdzie mieszkam, ludzie raczej przestrzegali zasad kwarantanny. Nie zauważyłam, żeby policjanci jakoś skrzętnie wszystkich kontrolowali. Jednak jak pokazują dane, wystawiono wiele mandatów w wysokości 135 euro za przemieszczanie się bez wyraźnej konieczności. 

 

Tak dużo ludzi łamało te narzucone zasady?

Francuzi są mało zdyscyplinowanym narodem; to u nich kwestia kulturowa. W społeczeństwie panuje przeświadczenie „c’est la vie”. Jak wiemy, to ludzie, którzy potrafią walczyć o swoje, strajkować, bardzo ostentacyjnie reagują na wszelkie próby narzucania im przez władze ograniczeń swobody i wolności osobistej. Gdy tylko rozpoczęło się luzowanie obostrzeń, Francuzi bardzo szybko zaczęli to wykorzystywać. Przykładowo, część parków i terenów zielonych została ogrodzona barierkami, lecz po pewnym czasie ludzie zaczęli to zwyczajnie ignorować i organizować sobie pikniki. Zapewne jest to jedna z przyczyn tak dużej liczby zachorowań w liczącej 67 mln mieszkańców Francji (blisko 150 tys. zakażeń i 30 tys. zgonów – przyp. red.). 

 

Od 11 maja zniesiono część obostrzeń. Czy życie wraca do normalności?

Dało się to zauważyć. Przykładowo moi sąsiedzi już 11 maja zorganizowali u siebie w mieszkaniu całkiem sporą imprezę, na którą zaprosili znajomych.

 

Proces „odmrażania” we Francji przebiega trochę inaczej niż w Polsce. Otwarte zostały szkoły i przedszkola. Zamknięte natomiast nadal pozostają lokale usługowe takie jak: kawiarnie, restauracje, salony kosmetyczne. 

Jak podają tutejsze media, do szkół wróciło zaledwie kilkanaście procent uczniów. Moi znajomi, którzy mają dzieci, postanowili, że ich pociechy zostaną dla bezpieczeństwa do września w domach. Na pełne odmrożenie gospodarcze Francuzi muszą jeszcze poczekać, choć faktycznie proces ten już się rozpoczął. Zauważyłam, że stosunkowo szybko wznowiły działalność kwiaciarnie. Widziałam też otwarte niektóre zakłady fryzjerskie, lecz niewykluczone, że działają wbrew narzuconym restrykcjom. Restauracje oferują swoje usługi wyłącznie na wynos. Wciąż zamknięte pozostają wielkopowierzchniowe sklepy powyżej 40 tys. mkw.

 

Jednym z wiodących tematów w Polsce w ostatnich tygodniach były wybory prezydenckie. Dwa dni przed „zamrożeniem” Francji (15 marca) odbyła się tam pierwsza tura wyborów samorządowych. Wstępny termin drugiej tury do 28 czerwca. Jakie emocje panują wokół tego tematu?

28 czerwca to dopiero wstępny termin. Raczej nikt szczególnie nie przywiązuje się do tej daty. Temat wyborów w społeczeństwie jest raczej drugorzędny. Francja w ostatnich tygodniach skupia się głównie na walce z koronawirusem. To jest zdecydowanym priorytetem. Nie widzę na ulicach jakiegoś wysypu materiałów wyborczych, typu plakaty, banery, walka polityczna została odstawiona na drugi plan. 

 

Dziękuje za rozmowę.

Maciej Frankowski

A A A
23.06.2020
godz.10:06
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość