przejdź do Sochaczew.pl
207561 odwiedzin
Sochaczewskie historie Barbary Sobkowicz

Kilka dni temu do drukarni trafiła nowa książka Barbary Sobkowicz zatytułowana „Sochohistorie”. Jest to zbiór opowiadań o autentycznych losach ludzi związanych z Sochaczewem, ich powikłanym życiu, na które w wielu wypadkach nie mieli wpływu. Niektóre z historii są tak dramatyczne, że aż nie chce się wierzyć, że przydarzyły się komuś, kogo znamy, o kim słyszeliśmy lub kogo mijamy na ulicy.

Barbara Sobkowicz mówi, że „Sochohistorie” można traktować jako ciąg dalszy wydanej dwa lata temu książki „Sochonostalgia”. Autorka dorzuciłaby jeszcze do tego krótkiego tytułu dopisek: ...losami ludzkimi pisane. I rzeczywiście w nowej książce poznamy koleje życia naznaczone przypadkiem, zbiegiem okoliczności, a przede wszystkim tragicznymi zdarzeniami wywołanymi przez dwa totalitaryzmy - nazizm i stalinizm.

Wydanie „Sochohistorii”, podobnie jak poprzedniej książki Barbary Sobkowicz, sfinansował Urząd Miejski, patronat medialny sprawuje „Ziemia Sochaczewska”, a ukaże sie ona ponownie w krakowskim wydawnictwie „Signo”. Z uwagi na trudny czas pandemii autorka nie potrafi przewidzieć, kiedy odbędzie się promocja książki i kiedy trafi ona do sprzedaży. Na pewno poinformujemy o tym na łamach naszej gazety.

Sochaczewianie kochają historię i sięganie do przeszłości. Analizując, jak wielkim zainteresowaniem cieszą się w internecie historyczne teksty publikowane na naszych łamach, druga książka Barbary Sobkowcz z pewnością sprzeda się na pniu.

Dzisiaj otrzymują państwo przedsmak tego, co znajdziemy w książce. Jest to fragment jednego z opowiadań pt. „Henia i Gieniuś”. Niech państwa nie zmyli ten sympatyczny tytuł, bo zanim zrobi się miło, czeka nas opowieść o tragicznym losie dziecka pozbawionego rodziców, przyszłości i własnej tożsamości.

Jolanta Sosnowska

Henia i Gieniuś (fragment)

22 lipca razem z mamą, babcią i dwojgiem pracujących u nich Polaków, Stefką i Ziutkiem, mała Henia, wtedy jeszcze Insien (od Ingebora) wsiedli na wóz i udali się w stronę Giżycka.

- Wieczorem zatrzymaliśmy się koło Dunajku - kontynuuje pani Henryka - 15 kilometrów za Oleckiem. Nocowaliśmy w stodole. Pamiętam, że mama tu też gotowała coś do jedzenia. Na takiej polowej kuchni rozstawionej na środku podwórza tego gospodarstwa. Ale nasza pierwsza ewakuacja nie trwała długo. Mama Gertruda postanowiła wrócić do domu. To było nasze pierwsze podejście do ewakuacji. Drugiego rozkazu o wyprowadzeniu już nie zlekceważyła. Teraz starała się dobrze nas do tej wędrówki przygotować. Kazała wyścielić słomą dwa wozy drabiniaste. Na jednym z tych wozów upchano jedzenie, kołdry, ubrania, kilka pamiątek...

Pamiętam, że był tam obraz z babci pokoju. Przedstawiał Świętą Rodzinę z napisem w gotyku „Vaterunser”.

Na drugim wozie, oprócz mamy, babci i mnie jechała Stefka z synem. Konie prowadzili Józek i Władek, ale ten drugi niedługo zniknął. Chcieliśmy dojechać do Fromborka. Tam siostra mamy prowadziła hotel. Stamtąd mieliśmy wszyscy popłynąć do Niemiec.

Mieli..., bo przed oczami pani Heni, a może lepiej powiedzieć małej Insien, roztacza się obraz potwornie zatłoczonej drogi. Wszyscy chcą jak najszybciej dostać się na zachód. I cywile, bo to oni dostali nakaz ewakuacji, i żołnierze uciekający z frontu wschodniego przed sowiecką zagładą. To oni mają pierwszeństwo. Jest zima, styczeń 1945 roku. Cała ludność niemiecka ucieka. Drogi są wąskie, żołnierze Wehrmachtu, jadąc na motocyklach z bocznymi wózkami, spychają cywilów, a polami suną czołgi. Nad głowami tego wielkiego ludzkiego eksodusu od czasu do czasu przelatują radzieckie bombowce.

Rodzina Gertrudy Laudien przemieszcza się dwoma wozami, tuż za wozem, którym jedzie rodzina z sześciorgiem dzieci, niewidomą matką i babcią. Kobiety nie dają sobie rady z końmi. Nieposłuchane czworonogi pchają się pod koła samochodów. Nie pomaga krzyk kierującego ruchem niemieckiego oficera. Wreszcie zniecierpliwiony zatrzymuje kolumnę cywilną uciekinierów i każe Gertrudzie pomóc kobietom. Ma poprowadzić ich wóz. Ale ona może tam się przesiąść, jak weźmie swoje dziecko - swoją małą córeczkę Insien. A gdy widzi, że oficer wyciąga pistolet, przesiada się. Co jakiś czas odwraca się z nadzieją, że oficer gdzieś na chwilę odejdzie, a wtedy ona skoczy i weźmie dziecko. Na razie Insien jedzie na wozie z babcią, Józkiem, jego żoną i ich czteroletnim synkiem.

Nadchodzi   wieczór. Ubrani w białe kombinezony, a więc niewidoczni sowieci atakują uciekających Niemców. Wokół strzelanina: z góry lecą bomby i wybuchają tuż obok w panice uciekających w pole cywilów, słychać krzyki, piski kobiet, płacz dzieci. Ruscy żołnierze chcą zabrać konie.

Babcia łapie jednego konia za uzdę i nie daje go sobie zabrać. Jeden z żołnierzy strzela w powietrze. Koń staje dęba. Zezłoszczony żołdak chwyta babcię i gdzieś ją ciągnie. Insien słyszy tylko jej głos „nein, nein”. Pada strzał. Insien już nic więcej nie pamięta.

- Kiedy się ocknęłam, panowała kompletna cisza - mówi Henia, a ja w myśli dodaję, że chyba taka, jak ta, która zapanowała teraz, po jej dramatycznym opowiadaniu.

- Samoloty już nie latały, nie było Ruskich - ciągnie - byliśmy tylko my: ja, Stefka, jej mąż i ich mały syn Ziutuś. Nie było babci, nie było mamy. Przechodziła jakaś rodzina, która rozmawiała po niemiecku. Stefa kazała mi do nich iść, bo to są „moi”. Jacy to oni byli „moi”, jak ich nie znałam, teraz „moi” to Stefka i jej rodzina. Dali mi spokój, już nie szukali dla mnie „moich” - Niemców. Józek zabrał jakiemuś Niemcowi konie, zaprzągł je do naszych wozów i zaczął się nasz powrót.

Na noc zatrzymaliśmy się w jakimś poniemieckim domu, gdzie leżały bochenki chleba, zabite i oskubane gęsi. Było tu też kilkoro innych Polaków. Mężczyźni rozpalili ogień z krzeseł, które przedtem połamali, a kobiety przygotowały coś do jedzenia. Trzeba było spać na słomie i jeść bardzo słodki budyń. Nie chciałam się na to zgodzić. Ale już następnego dnia nie marudziłam, tylko zjadłam, co mi dali i spałam na sianie.

To po tej, już drugiej naszej wędrówce do chałupy wpadli Sowieci i chcieli wódki. Zaczęli też rozpytywać, kto jest kim. „A to kto?” - spytał jeden, wskazując na mnie. „To germański dzieciak” - odpowiedział ktoś. Żołnierz wycelował karabin w moją stronę. Zamknęłam oczy i czekałam na strzał. I tak z zamkniętymi oczami zasnęłam.

Barbara Sobkowicz

A A A
07.05.2020
godz.17:47
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość