przejdź do Sochaczew.pl
Sochaczew
239444 odwiedzin
Zdetonowali Jarocin

 

Po okresie prosperity gierkowskiej propagandy sukcesu system stał się niewydolny. Czasy były podłe, miasta szare, zapyziałe i mocno rozpite. Wydawało się, że z tego marazmu nie ma wyjścia. Na szczęście młodzież stanęła na wysokości zadania. Najpierw pojawiła się rewolta muzyczna, a za nią obyczajowa. Rozwinęła się kontestacja. Jej kolorowe ptaki pojawiły się na ulicach. Władza czuwała, a znormalizowani ludzie nie akceptowali inności, zwłaszcza w małych miastach.

- Było ciężko – wspomina Leszek Stopczyński, jeden z pierwszych punków w regionie.  W Sochaczewie był nawet wydany na mnie wyrok. Miałem dostać „kosę”. Jak widać, żyję do dzisiaj. Nie było załogi w naszym mieście, dlatego na koncerty jeździłem z ludźmi z Warszawy. Te wyjazdy dzisiaj wspomina się bardzo sympatycznie. Sporo problemów mieliśmy ze skinami oraz kiciorami. Jak doszło do konfrontacji, nie było przebacz. Dodatkowo władza stworzyła mit, że każdy punk to złodziej i bandyta. Nie było to prawdą. My chcieliśmy przede wszystkim jeździć na koncerty, których wtedy było bardzo mało. Fakt, byłem charakterystyczny. Jako pierwszy punk w Polsce miałem białe włosy. Farbę z NRD załatwiła mi moja znajoma fryzjerka.

„Odmieńcy” mieli w latach 80. swoją mekkę. Był nią Jarocin, w którym odbywały się Festiwale Muzyki Rockowej. Pobyt w tym miejscu inspirował młodzież do podejmowania artystycznych działań. Pomysł założenia zespołu powstał w głowie Leszka.

- Zawsze chciałem grać. Po pierwszym pobycie w Jarocinie w 1981 roku byłem zafascynowany tym, co się tam działo. Sprawa wydawała się prosta. Do punk-rocka nie trzeba było mieć ukończonej szkoły muzycznej. Spotkałem Mirka, pogadaliśmy i powstał zespół. Nazwa Detonator miała oznaczać, że wysadzimy całą muzykę w powietrze, a BN? To skrót od będziemy najlepsi. Rewolucji muzycznej nie zrobiliśmy, ale byliśmy najlepsi w 1987 roku. Wygraliśmy wtedy Jarocin.

- Tak było – dodaje Mirosław Adamkiewicz. - Z Pająkiem (Leszek Stopczyński) i Jackiem Sidorem postanowiliśmy grać. Spotykaliśmy się u Jacka w domu. W jednym pokoju rodzina, a w drugim my, zmagający się z muzyczną materią. Mieliśmy gitarę, bas z trzema strunami i perkusję oraz mętne pojęcie o muzyce. Od razu graliśmy punka. Do zespołu dołączył Artur Jakubek z mityczną wtedy gitarą Kosmos. Grał z nami krótko. Poszedł swoją drogą. Był też Andrzej Kowalewski. Próby mieliśmy u niego w przemarzniętym garażu. Powoli skład się krystalizował. Wreszcie przy perkusji zasiadł Robert Lewandowski z Łowicza i można powiedzieć, że wtedy zaczęliśmy grać na poważnie. Pierwszy koncert zagraliśmy w kafejce w chodakowskim MOK. Stało się to dzięki pomocy Jerzego Dąbrowskiego, który pożyczył nam sprzęt nagłośnieniowy. Po pewnym czasie dołączyła do nas Lidia Draber grająca na oboju.

- Nie chcieliśmy grać prymitywnej muzyki – wtrąca Leszek. - Nasze utwory miały być urozmaicone i mieć melodię. Miał to być taki ambitny punk. Leszek był punkiem – potwierdza Mirek. - Ja nie bardzo się nim czułem. Detonator nigdy nie grał typowego punk-rocka. Zawsze kochałem muzykę Beatlesów i kocham ją nadal. W naszych kawałkach musiało więc być trochę melodii. W tamtych czasach słuchało się, a raczej chłonęło, różną muzykę. Nie zważało się na jej źródło i jakość.

Jak postanowili, tak zrobili. Zaczęły się próby i gra na poważnie. Koncerty oraz marzenie o tym, żeby zagrać w Jarocinie. W 1987 roku marzenie się spełniło. Detonator BN dostał rekomendację od Władysława Komendarka i zagrał na „małej” konkursowej scenie w jarocińskim amfiteatrze. Niestety, w tym wydarzeniu nie mógł wziąć udziału jeden z założycieli zespołu Leszek Stopczyński, który od kwietnia służył w Ludowym Wojsku Polskim. Zastąpił go 15-letni Marcin Kozioł. Tak więc Detonator BN zagrał w składzie: Lidia Draber (obój), Mirosław Adamkiewicz (gitara, śpiew), Marcin Kozioł (gitara basowa) oraz Robert Lewandowski – perkusja. Jednak pobyt na festiwalu to nie same przyjemności. Pojawiły się problemy.

- Tych mieliśmy sporo. Najwięcej związanych było z utworem „Armia Czerwona”. Smutnym panom nie podobał się tekst, a zwłaszcza jego ostatnia zwrotka – wspomina Mirek.

„Leci Orzeł wysoko

W dupie ma wszystkie gwiazdy

A w szczególności tę jedną

Gwiazdę sowieckiej przyjaźni.”

- Mimo braku pozwolenia, zagraliśmy ten utwór w Jarocinie dwukrotnie- opowiada. - Po koncercie finałowym zostaliśmy z tego powodu bardzo źle potraktowani, przez organizatorów, w tym takie tuzy jak Jacobson i Winder. Dyplom zostawiono na recepcji, a nagrodę (200 tys. złotych) kilka tygodni później, po szumie medialnym, przywiózł nam jakiś grubas. Przed koncertami w Jarocinie nie mieliśmy tremy. Wzięliśmy nasz występ na spoko. Było tak z tego powodu, że nikt nie bał się wpadki. Jak się dało plamę, to nic złego przecież stać się nie mogło. Teraz, w dobie komercji, jest inaczej.

Drugiego dnia pojechaliśmy do Środy Wielkopolskiej, gdyż w Jarocinie panowała prohibicja. Od razu na peronie zostaliśmy zatrzymani przez MO i wsadzeni do paki. Siedzieliśmy kilka godzin, nie wiedząc za co. Dzięki interwencji Jurka Szostaka zostaliśmy wypuszczeni. Poczułem także na własnej skórze rękę władzy. Dzień przed koncertem dostałem trochę pał za niewinność. Teraz, po latach, uważam, że obraz Jarocina był wyidealizowany, a cała impreza prowadzona była na sznurku.

Wydawało się, że jako laureatom Jarocina będzie im łatwiej. Niestety nagonka prasowa zamknęła przed nimi drzwi. Negatywnie pisały o Detonatorze między innymi „Na Przełaj”, „Magazyn Muzyczny” oraz „Non Stop”.

Pomimo problemów zespół grał sporo koncertów (m.in. z TSA, Lombardem, Kombi i Lady Pank) w kraju i za granicą (Moskwa, Charków, Kijów, Praga). Jednak ...cały czas prześladowała nas „Armia Czerwona”. Publiczność chciała, żeby ją grać, organizatorzy niekoniecznie. My graliśmy i często za ten grzech niezależności nie wypłacano nam gaży. Nie byliśmy do życia nastawieni materialistycznie, chcieliśmy przede wszystkim grać. Zresztą w sklepach były pustki, to kasa była niepotrzebna. Najcenniejsze było to, co zakazane – mówił Mirek, który w 1988 roku poszedł do wojska i krótka, ale burzliwa historia Detonatora się skończyła. Na przełomie 1990 i 1991 r. zespół się jeszcze na krótko zebrał, przygotował materiał, który został nagrany w studiu w Łowiczu. Udało się pozyskać jeszcze sporo innych nagrań, między innymi dzięki Andrzejowi Paluchowi i wreszcie został nagrany kolekcjonerski krążek. Dlaczego więc grali? Tak mówi o tym Mirek Adamkiewicz:

- Odnajdowaliśmy się w tym. Wtedy było nudne życie. W ten sposób realizowaliśmy się. Nie mieliśmy znikąd pomocy. O wszystko musieliśmy starać się sami. Do festiwalu w Jarocinie graliśmy na samoróbkach. Pierwszą gitarę zrobił mi tata. Miał gryf od jakiejś starej gitary. Deska została wycięta w tartaku, a „elektronika” została gdzieś skombinowana. W Sochaczewie gitary robili Kajzer oraz Irys. Jak widać, sprzęt był mało dostępny, a jak się już jakiś miało, to słabo stroił. Ale nam chodziło o to, żeby grać. Byliśmy samoukami. Był jednak w nas power, była ekspresja i była muzyka. Ćwicząc w pomieszczeniach do tego nie przystosowanych, zbyt dobrze nie słyszeliśmy co i jak gramy. Dopiero na koncertach wychodziły wszystkie nasze niedoróbki. Człowiekiem, który bardzo nam pomógł, był nieżyjący już dyrektor Domu Rzemiosła Stanisław Kaźmierczak. Budynek był do naszej dyspozycji. Próby mieliśmy na scenie.

- Żyliśmy w strasznej szarzyźnie- przypomina Mirek. - Kolorowo to tylko w kinie było na filmach amerykańskich i w Pewexach. Nie byliśmy walczakami ani rewolucjonistami, a nasze teksty nastawione były na opis otaczającej nas rzeczywistości. Być może dzisiaj młode pokolenie miałoby problem, żeby je zrozumieć.

-  Było podle i jak ktoś nie miał zainteresowań, to był ubogi. Teraz wyznacznikiem bogactwa jest nie duch, tylko zasobny portfel - potwierdza Leszek i dodaje - Teraz jest o wiele łatwiej grać muzykę, ale trudniej jest coś nowego wymyśleć.

Detonator BN narobił trochę zamieszania na rockowej scenie, a jak potoczyły się losy ówczesnych zbuntowanych punków i rockowców? Mirek Adamkiewicz skończył „Osiemdziesiątkę” i obecnie pracuje w stacji uzdatniania wody. Poza tym znalazł kolejną pasję – biegi. Jest członkiem Klubu Maratończyka „Aktywni”. Leszek Stopczyński pracuje w usługach, a jednym z jego hobby jest wędkarstwo muchowe. Lidia Draber została nauczycielką, a Robert Lewandowski pracuje jako archiwista w łowickim zakładzie energetycznym. Marcin Kozioł pozostał wierny ideałom punkowym. Andrzej Michejda, grający także w zespole, mieszka prawdopodobnie w Anglii, natomiast Andrzej Kowalewski - w Niemczech.

Współpracujący z Detonatorem Michał Rollinger jest muzykiem. Skończył uczelnię muzyczną. Oprócz Detonatota grał w takich zespołach jak: Gniew, Nieustraszeni Pogromcy Wampirów, Madame, Tubylcy Betonu oraz Wilki. Obecnie współpracuje z Anją Orthodox w Closterkeller oraz gra w Via Alia. Poza muzyką zawodowo zajmuje się grafiką komputerową. Niestety tragiczna śmierć przedwcześnie zabrała Artura Jakubka i Jacka Sidora.

Jadąc do Jarocina 25 lat temu nie wiedziałem, że zagrają tam ziomale z Socho. Oświeciło mnie dopiero, kiedy przeczytałem festiwalowy folder. Małymi literkami na dole strony dostrzegłem „Detonator BN, kontakt Sochaczew, ul. Reymonta ...”

Pierwszego dnia (5.08) na „małej” scenie Detonator wystąpił jako przedostatni zespół. Wydawać się mogło, że znużona publiczność nie zapamięta kwartetu. Stało się inaczej. Jakie było zaskoczenie, kiedy okazało się, że Detonator zebrał 1180 głosów i został laureatem Jarocina. W koncercie finałowym Detonator BN zagrał jako ósmy zespół. Został wbity pomiędzy Wańkę Wstańkę, a Róże Europy i Kobranockę. Nasza ekipa doskonale dała sobie radę i przy owacjach opuszczała „dużą” scenę na stadionie. Byłem wtedy dumny, że punkowcy z Sochaczewa okazali się najlepsi w Polsce. Już nie tylko Władysław Komendarek z Exodusem muzycznie rozsławiał naszą małą ojczyznę. Od tego momentu minęło właśnie ćwierć wieku.

Tomasz Ertman

 

A A A
22.08.2012
godz.15:27
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt