przejdź do Sochaczew.pl
Sochaczew
240219 odwiedzin
Fotografia to całe nasze życie

Zakład fotograficzny FOTO STUDIO Teresy Łasicy, który przez wiele lat prowadziła jej mama Janina Bakurewicz, to najdłużej funkcjonujący taki zakład w mieście.

Rodzice pani Teresy, Janina i Borys Bakurewiczowie, na stałe z Koszalina do Sochaczewa sprowadzili się w 1966 roku. Były tu co prawda zakłady istniejące wcześniej, ale żaden z nich nie przetrwał do dzisiaj. Między innym zakład pani Kuśmider przy ul. Staszica. Jej uczniem był Czesław Grzywacz, który swój zakład założył później niż Bakurewiczowie.

Najpierw były ślubne monidła

Jak mówi Teresa Łasica, do Sochaczewa trafili z powodu ludzkiej nieuczciwości. Rodzice powierzyli pewnym osobom pieczątkę zakładu, by tu zbierali zamówienia na portrety. Oni zaś zdjęcia i zaliczki wzięli i zniknęli. Kiedy na koszaliński adres zaczęły napływać reklamacje, Janina Bakurewicz przyjechała do Sochaczewa, by sprawę wyjaśnić. To się udało, ale też okazało się, że miejscowi potrzebują takich zdjęć i nie zamierzają z zamówień rezygnować. Od tego czasu pani Bakurewicz regularnie bywała w Sochaczewie, zbierając kolejne partie zamówień. Przy okazji, jak wspomina jej córka, ponieważ miała dobry sprzęt - Leicę - stała się pierwszym chyba w naszym mieście domokrążnym fotoreporterem. Zaczęła bowiem portretować ludzi poza studiem, po prostu na ulicy, przy pracy i w innych codziennych sytuacjach, co było wtedy w naszym mieście nowością.

 - Wtedy fotografia nie była tak dostępna jak dziś - mówi Teresa Łasica. - Rzadkością były profesjonalne zakłady. Ludzie nie mieli więc często nawet ślubnych zdjęć. Najczęściej posiadali tylko fotografie do legitymacji. I do nich dorabiane było tło, garnitur, suknia ślubna, robiony retusz, czasem je podkolorywano  i tak powstawał portret ślubny, zwany monidłem.

Te przyjazdy pani Bakurewicz z Koszalina do Sochaczewa trwały kilka lat. W międzyczasie nawiązała tu wiele znajomości i przyjaźni. Osoby te zaczęły w końcu namawiać ją do osiedlenia się tu na dobre, co ostatecznie nastąpiło w 1966 roku.

Zawód fotografa bywa niebezpieczny

Przygoda z fotografią w tej rodzinie rozpoczęła się, jak opowiada pani Teresa, od jej ojca Borysa Bakurewicza, który był synem zakochanego w Polce carskiego oficera. - Ojciec zaczął praktykować fotografię już jako kilkunastoletni chłopak w zakładzie w Przasnyszu. Później został jego współwłaścicielem. Jeszcze przed wojną otworzył mały zakładzik w Warszawie. Było to w miejscu dawnego Smyka, u zbiegu Al. Jerozolimskich i Kruczej - kontynuuje Teresa Łasica. - Jednak w trakcie działań wojennych Warszawa została zniszczona, więc rodzice z dwoma moimi starszymi siostrami rozpoczęli tułaczkę, której cały czas towarzyszyła fotografia. Zakończyła się ona na wiele lat w 1946 roku w Koszalinie.

Jak czasami niebezpieczny może być zawód fotografa pokazuje historia ojca pani Teresy z okresu okupacji. Rodzice jej mieszkali wtedy w podwarszawskim Aninie i tam ojciec prowadził mały zakład fotograficzny. Pewnego dnia w restauracji w pobliskim Wawrze nastąpił zamach na niemieckich oficerów. W odwecie Niemcy urządzili pierwszą na dużą skalę masakrę ludności cywilnej. Między innymi na szyldzie owej restauracji powieszono jej właściciela. Zdjęcie wisielca, wraz z innymi, przyniósł do wywołania do zakładu Bakurewicza niemiecki oficer. Pech chciał, że kilka miesięcy później to samo zdjęcie ukazało się w prasie francuskiej. Wściekli Niemcy przeprowadzili śledztwo i trafili do fotograficznego zakładu Bakurewicza, który niestety jedną odbitkę zachował na pamiątkę. Gdy ją znaleźli, ojciec pani Teresy znalazł się na Pawiaku. Cudem, dzięki przekupieniu kogoś, uniknął śmierci, ale trafił do obozu pracy. Stamtąd też udało mu się wrócić. Natomiast zdjęcie to znalazło się w zachodniej prasie, ponieważ ów Niemiec, który je przyniósł do wywołania, poległ na froncie francuskim i przy nim je znaleziono.

Więcej w kolejnym numerze "Ziemi".

Małgorzata Pałuba

A A A
17.08.2012
godz.21:41
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt