przejdź do Sochaczew.pl
205331 odwiedzin
Wielki świat w małym mieście

Zwłaszcza młodszym czytelnikom, trudno sobie wyobrazić, że kiedyś zakupy potrafiły być wielkim i wyczekiwanym wydarzeniem. Zwłaszcza w gorączce przedświątecznych przygotowań warto na chwilę przystanąć, spojrzeć wstecz i wybrać się z nami do jednego z najbardziej charakterystycznych sochaczewskich sklepów, a mianowicie kultowej, dewizowej  „Baltony”. Swoimi wspomnieniami sprzed trzech dekad podzieliła się z nami Bożenna Jędrzejewska, pracująca kiedyś w niej jako kierownik.

Najpierw „Baltona” mieściła się w wynajmowanej siedzibie przy ul. Warszawskiej - w trzecim budynku za halami, patrząc od strony skrzyżowania z ul. 1 Maja. Później sklep przeniósł się w al. 600-lecia. Główna dyrekcja „Baltony” miała natomiast swoją siedzibę w Warszawie i stamtąd do Sochaczewa trafiał cały towar.

- Od strony organizacyjnej nowej placówki wyglądało to tak, że Baltona zawarła umowę z naszym PSS „Społem”, w którym wtedy pracowałam. Stamtąd przeszłam do powstającego sklepu, pozostając formalnie pracownikiem PSS. Z kolei kasjerki i ekspedientki zatrudniała bezpośrednio centrala. Sam sklep otworzono u nas dość późno, bo pod koniec lat 80. Dużo wcześniej zaczął działać „Pewex”, który mieścił się w budynku na rogu obecnych ulic Kaczorowskiego i 1 Maja - opowiada Bożenna Jędrzejewska.

„Baltona” miała charakter wielobranżowy. W ofercie znajdował się sprzęt RTV i AGD, zabawki, słodycze, alkohole i kosmetyki. Prawdziwym hitem była szeroko pojęta „elektronika”. W sklepie tym  można było kupić sprzęt topowych wtedy marek, takich jak Otake, Hitachi, Sony i innych, niedostępnych w zwykłych sklepach.

- Mieliśmy też kasety magnetowidowe i magnetofonowe, zabawki, w tym Barbie i Lego, które „szły” głównie przed Bożym Narodzeniem, różnorodne trunki, kawy, herbaty, słodycze w zachwycających papierkach. Batoniki, gumy, czekolady w ogóle nie przypominały tych, które znaliśmy z półek sklepowych. Podobnie kosmetyki - perfumy, pudry, mascary, toniki i inne produkty wprowadzały powiew innego, eleganckiego świata. - mówi Bożenna Jędrzejewska. - Pierwszy raz  mieliśmy wtedy testery, a co za tym idzie styczność z wieloma zapachami, np. Chanel nr 5 czy męskie Opium. Perfumy były oczywiście bardzo drogie, flakonik kosztował średnio 50 dolarów, za to ich jakość była bardzo wysoka. Wystarczała niewielka ilość, by zapach utrzymywał się bardzo długo.  Co do alkoholi to wiele osób kupowało wódkę żytnią w cenie 1,10 dolara. Rzadko, ale zdarzali się amatorzy luksusowych trunków, takich jak prawdziwy koniak. Rarytas ten kosztował bowiem aż 100 dolarów.

Na początku w „Baltonie” zakupy robili nieliczni, głównie ci, którzy pracowali za granicą. Z czasem na rynku pojawiły się kantory, ale i tak trzeba było mieć spory zapas gotówki, żeby kupić w nich odpowiednią ilość zagranicznej waluty. Przelicznik cen w „Baltonie” może wydawać się dla współczesnego klienta szokujący.

- Na przykład telewizor kosztował około 50 dolarów, a przeciętna pensja wynosiła dziesięć, może kilkanaście dolarów - mówi Bożenna Jędrzejewska. - Nic więc dziwnego, że zakupy w Baltonie były dla wielu wielkim wydarzeniem. Wiele osób przychodziło do sklepu po prostu popatrzeć na asortyment lub zrobić symboliczne zakupy. Około 25 centów kosztowały batoniki, których mieliśmy multum. Tak naprawdę nawet te drobne słodycze wcale nie były tanie i nie każdego było stać na takie małe przyjemności regularnie. Wielu klientów zatrzymywało się u nas przejazdem. Ja osobiście tego nie widziałam, bo jako kierownik spędzałam wiele czasu na zapleczu, ale moje pracownice mówiły, że pojawiały się znane twarze, np. aktor Wiesław Gołas.

Nasza rozmówczyni pamięta, że ze względu na wartość towaru w sklepie, praca w Baltonie stanowiła duże obciążenie psychiczne. Konieczne były ciągłe remanenty i liczenie towaru.

- Z tyłu mieliśmy magazyn, do którego wchodziło się i wychodziło z użyciem szyfru. Zgromadzony tam towar wart był majątek. Kiedy poznawałyśmy ceny niektórych rzeczy, wręcz czułyśmy, jakby rósł nam garb. Bardzo bałyśmy się tego, że ktoś coś ukradnie i będziemy musiały zwracać pieniądze. Na szczęście nigdy do tego nie doszło. Mieliśmy jedynie nieudaną próbę włamania. Stres był więc olbrzymi, jednak z drugiej strony warunki pracy były bardzo dobre, mogłyśmy poznać inne zasady zarządzania i promocji  marki. W „Baltonie” wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. Nawet nasze jednakowe, służbowe mundurki - opowiada nasza rozmówczyni. - Czego nauczyła mnie ta praca? Przywiązuję dużą wagę do jakości, nie inwestuję w byle jakie produkty. Co ciekawe, nigdy nie kuszą mnie opakowania na sklepowych półkach. Żeby były nie wiadomo jak ładne, ja wiem, że to tylko kolorowy papierek.

Tekst pochodzi z portalu starysochaczew.pl

Agnieszka Poryszewska
agnieszka.poryszewska@sochaczew.pl

A A A
25.12.2019
godz.12:18
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość