przejdź do Sochaczew.pl
214530 odwiedzin
Krawiec wciąż kraje

Sprowadził się do Sochaczewa blisko 60 lat temu. Już wtedy był dobrym krawcem. Jesionki, garnitury szyli u niego lekarze, adwokaci, rzemieślnicy. Ich żony zamawiały płaszcze i garsonki. Choć w tej chwili wykonuje tylko drobne poprawki krawieckie, niektórzy klienci odwiedzają go do dziś. 85-letni Edward Kacprzak pochodzi z okolic Płocka. Jego rodzice byli rolnikami. Mieli 14-hektarowe gospodarstwo, w którym pan Edward, jako młody chłopak, musiał ciężko pracować. Skończył pięć klas szkoły podstawowej, kiedy wybuchła wojna.

Pracy uczył się od dziecka

- Starszego brata Niemcy zabrali do Prus Wschodnich na roboty - opowiada. - Miałem jeszcze dwójkę młodszego rodzeństwa. Na mnie i na ojca spadły więc najcięższe prace w gospodarstwie. Byłem tym tak umęczony, że podjąłem postanowienie: kiedy tylko brat wróci do domu, ja pójdę się uczyć zawodu.  

Tak też się stało. W maju 1945 r. brat wrócił, a pan Edward jeszcze w tym samym miesiącu wyruszył do Bodzanowa terminować u znajomego krawca. Po trzyletniej nauce dostał pracę w zakładzie krawieckim w Płońsku. Tam zrobił papiery czeladnicze. Kiedy wszystko zaczęło się układać po myśli pana Edwarda, powołano go do wojska. Jak twierdzi, władza ludowa nie odpuszczała synom kułaków. Skierowali go do pracy w katowickiej kopalni. Nasz rozmówca jest przekonany, że to z powodu słynnego powojennego plebiscytu (3xTAK), w którym ojciec głosował nie tak, jak by sobie życzyła władza. Wrócił po trzech latach, a wtedy do wojska zabrali brata.

W 1953 roku, w wieku 26 lat zdecydował, że czas się ożenić. Jeszcze w tym samym roku przyjechał wraz z żoną do Sochaczewa, gdzie dostał pracę kierownika punktu krawieckiego. Nie zagrzał tam jednak długo miejsca. Za namową znajomych postanowił otworzyć własny zakład.

Ciasne, ale własne

- W ten oto sposób w 1957 r. kupiłem budkę, w której siedzę do dziś – mówi ze śmiechem Edward Kacprzak. – Miałem taki plan, żeby to zburzyć i postawić ładny pawilon, ale jak do władzy doszedł Gomułka, skończyły się czasy prywatnej własności. Wtedy wszystko było państwowe. Nikt nie miał nic do gadania. Przez kilka lat starałem się o pozwolenie na budowę. Nie dostałem. Słyszałem, że w tym miejscu miał powstać hotel czy restauracja. Oczywiście nic z tego nie wyszło, ale z mojej budowy też wyszły nici. A kiedy Wałęsa zwalczył komunę, wtedy się postarzałem i nie miałem siły budować – dodaje.

Rzeczywiście, zakład pana Edwarda nie wygląda zbyt okazale. Pierwszy raz trudno tam trafić. Mały budyneczek stoi przy ul. Reymonta, tuż obok wjazdu z ul. Warszawskiej. Przez pół wieku zainteresowani nie mieli jednak kłopotu, aby trafić do znanego w mieście krawca.

Kiedyś rzemiosło kwitło

- W latach 60., 70., nie było nawet godziny na odpoczynek. Pracowało się od 8 rano do późnego wieczora, czasem po 16 godzin. Zatrudniałem pracowników, bo sam nie dałbym rady. Szyliśmy palta, garnitury, damskie żakiety, garsonki, spodnie – wszystko, co się komu zamarzyło. Często korzystał z moich usług adwokat Tyc, pan Miklin, do dziś odwiedza mnie doktor Pasiak, pani doktor Grzybowska. Ale nie tylko takie osobistości obszywałem. Kiedyś przyjeżdżało do mnie pół pegeeru w Bielicach i kupa sochaczewskich rzemieślników z rodzinami – wspomina Edward Kacprzak i zaraz dodaje: - Wtedy w Sochaczewie było mnóstwo rzemieślników. Właściwie wszystkie branże: stolarze, szewcy, kowale, szklarze, krawcy, fryzjerzy. Dlatego powstał Cech Rzemiosł Różnych. Wybudowano go ze składek członkowskich, a i rzemieślnicy pracowali przy budowie. W tym miejscu, gdzie teraz jest cech, stał drewniak, a za nim rozciągało się zboże. W ogóle wtedy w Sochaczewie była ul. Warszawska, Staszica i to wszystko. Może jeszcze kawałek drogi do cmentarza parafialnego. Tam się kończyło miasto - opowiada.

Ciekawa historia wiąże się z mieszkaniem pana Edwarda tuż po przeprowadzce do Sochaczewa. Nie było lokali do wynajęcia, więc kupił mieszkanie na ul. Warszawskiej, naprzeciwko ówczesnego posterunku policji. Nie cieszył się jednak długo nowym gniazdkiem, bo, jak twierdzi, wyrzuciła go stamtąd służba bezpieczeństwa. W zamian dali mu przechodni pokój w tej samej kamienicy, a później jeszcze kilkakrotnie przenosili. Ale nie narzeka, twierdzi, że i tak nieźle mu się powodziło.

(...)

Edward Kacprzak to jeden z nielicznych już przedstawicieli starego sochaczewskiego rzemiosła. Jego zapewne nie oburza obowiązek pracy do 67 roku życia. Już dawno mógłby korzystać z dobrodziejstwa emerytury, ale takiego określenia brakuje w jego słowniku.

 

Więcej w najnowszym numerze.

Jolanta Śmielak-Sosnowska

A A A
18.06.2012
godz.12:54
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość