przejdź do Sochaczew.pl
Sochaczew
245120 odwiedzin
Wspomnienia... ulica Staszica zaraz po wojnie

Po pamiętnej wizycie filmowców (o której można było przeczytać w poprzednim wydaniu „ZS” - przyp. red.) życie w Sochaczewie wróciło do swojego zwykłego biegu. Może i powróciłby do miasteczka pełen spokój, gdyby nie działalność sochaczewskiego UB.

Otóż pewnego ranka przed kilka sochaczewskich domów zajechały pojazdy Urzędu Bezpieczeństwa: łaziki, samochody terenowe produkcji ZSRR. Ludzie, którzy z nich wysiedli wywlekli z łóżek śpiącą w nich pomaturalną młodzież. Przez szereg dni bito ją i głodzono w budynku bezpieki mieszczącym się przy ul. Staszica, vis-a-vis dawnego szpitala. Wśród zatrzymanych był osiemnastoletni syn bibliotekarki z liceum im. Chopina. Po kilku dniach grupę aresztowanej młodzieży prowadzono w kajdanach przez miasto, po czym załadowano na wojskową ciężarówkę i wywieziono w nieznanym kierunku. Jak się później okazało, była to grupa młodzieży odbywająca samoszkolenia  z prawdziwej, a nie zafałszowanej historii Polski. Nie znam niestety ich dalszych losów. Wydarzenia te zbiegły się z wyrzuceniem z naszej szkoły zasłużonego dyrektora - pana Nowakowskiego, usunięciem krzyży wiszących na ścianach oraz „zainstalowaniem” nowego dyrektora - pani Kowerczukowej. Jej mąż był ważną postacią ówczesnych władz Sochaczewa.

My jednak po tym historycznie ważnym przypomnieniu wracamy na ul. Staszica. Stał tam drewniak pomalowany na kolor khaki. Przed wejściem wystawiano świeżo malowane lakierem wieko trumny. Był to dom i warsztat mistrza stolarskiego o niepolsko brzmiącym nazwisku Rotchmiel (co po niemiecku znaczy „czerwone niebo”). Rodzina Rotchmielów była bardzo zacna. Pan Rotchmiel trudnił się, jak można się domyślić, wyrobem trumien. Zmarł nagle, w czasie drzemki, osierocając, jak pamiętam, troje dzieci - syna Jurka, dwie jego siostry i żonę. Tuż za domem Rotchmielów znajdował się kamienny krzyż i tablica upamiętniająca klasztor, w którym zmarł Bolesław Krzywousty. Za krzyżem zaś rozciągały się „pola niczyje”, którymi zimą chodziliśmy na skarpę, gdzie na nartach zjeżdżaliśmy po śniegu ku rzece.

Od roku 1949 matka, wraz moim młodszym bratem Andrzejem, mieszkała na terenie „szpitalika”, w willi pani Ossowskiej przy ul. Hanki Sawickiej (obecnie ul. Ryszarda Kaczorowskiego - przyp. red.). W roku 1950 zwolniło się mieszkanie w domu pana Szepietowskiego przy ul. Staszica (na skrzyżowaniu z obecną ul. Pokoju).  W budynku tym, na pierwszym piętrze, mieszkali państwo Stankiewiczowe - dyrektor szpitala z rodziną. My zamieszkaliśmy na drugim piętrze. Z synem dyrektora Stankiewicza - Andrzejem do dziś utrzymujemy bliskie kontakty.

Pan Szepietowski był to znany nie tylko w Sochaczewie, ale, rzec można, i poza granicami kraju, ogrodnik z wyższym wykształceniem rolniczym oraz niemieckim dyplomem uzyskanym przed wojną na berlińskiej uczelni. Pan Szepietowski zamieszkiwał na parterze domu z żoną, trzema córkami i kuzynem Stasiem. Rodzina prowadziła nowoczesne gospodarstwo owocowo-warzywne, w którym wyhodowano własną odmianę cebuli zwaną „sochaczewską” lub „szepietowską”. Kilka wagonów tego warzywa eksportowano co roku do NRD, a Niemcy w roku 1953 sprezentowali panu Szepietowskiemu pierwszy w mieście i okolicach telewizor. W tym samym czasie w Warszawie ruszył eksperymentalny, dwugodzinny program telewizyjny nadawany z budynku hotelowego. Miałem okazję kiedyś obejrzeć go w saloniku państwa Szepietowskich.

W tamtych czasach moja mama, oprócz szpitala (głównemiejsce zatrudnienia), pracowała równolegle w całym szeregu miejsc, m. in. w prewentorium przeciwgruźliczym w Młodzieszynie, w pogotowiu ratunkowym, jako lekarz w przychodni w „Kasztankach”. Do tego przyjmowała pacjentów w mieszkaniu, które musieliśmy w tym celu przebudować, umieszczając jej gabinet w kuchni. Usunęliśmy z niej piec, kuchnię przenieśliśmy do sanitariatu, co wymusiło rezygnację z łazienki.

Jako chłopcu pozostały mi wspomnienia podróży dorożką, a w okresie zimowym saniami, kiedy towarzyszyłem matce udającej się na wizyty poza miasto. Szczególnie nocą mama obawiała się podróżować sama. Utkwiła mi podróż do granic Gawłowa, do ubogiej wiejskiej chaty, gdzie zastaliśmy kwilące w kołysce małe dziecko. Zabraliśmy tego noworodka wówczas do szpitala, ale na niewiele to się zdało - dziecko zmarło w ciągu kolejnej doby. Takie właśnie było życie pediatry w Sochaczewie w latach 50. XX w.

Wtedy moja rodzina, jak i wiele innych była zupełnie zniszczona wojną. Najpierw w 1939 roku bomba zawaliła nasz dom w śródmieściu Warszawy, a potem w roku 1944 pożar strawił nasze mieszkanie na Mokotowie. W efekcie nie mieliśmy żadnych mebli. Sochaczewski szpital wypożyczył nam mały stolik, cztery wojskowe prycze z demobilu oraz kilka poduszek i koców. Tak rozpoczynał się w roku 1950 nasz sochaczewski okres życia. Z braku krzeseł przez pół roku odrabiałem lekcje stojąc przy parapecie okna. Ubóstwo tamtego okresu było przerażające. Ojciec, przedwojenny urzędnik, przez kilka lat pozostawał w ogóle bez pracy, więc cały ciężar utrzymania nas wszystkich spoczywał na matce. W roku 1951 udało się kupić stół i krzesła. Choć nadal spaliśmy na pryczach, było to duże wydarzenie i odmiana losu.

Maciej Bieguński

A A A
22.08.2017
godz.10:06
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt