przejdź do Sochaczew.pl
206068 odwiedzin
Flaga Sochaczewa na Mont Blanc

W pierwszej połowie września odbyła się wyprawa na „Dach Europy” przygotowana przez dwóch żołnierzy służących w podsochaczewskich Bielicach. Miała ona na celu uczczenie pamięci mjr Feliksa Kozubowskiego, bohaterskiego obrońcy naszego miasta. 

Pomysł, by iść na Mont Blanc pojawił się rok temu. Wpadł na niego plutonowy Mateusz Czubala z 38. dywizjonu zabezpieczenia Obrony Powietrznej. Dołączył do niego sierżant Piotr Płucienniczak wraz ze swoją dziewczyną Pauliną Heródzińską - członkiem Warszawskiego Klubu Wysokogórskiego. Szczyt zdobywała też żona plutonowego Czubali, Renata. Wszytko odbywało się bez przewodnika, noclegów w schroniskach i wsparcia zawodowców.

Uczestników gonił czas. W Sochaczewie musieli stawić się 17 września, podczas obchodów 77 rocznicy Bitwy nad Bzurą. W ich trakcie jednostce wojskowej nadano sztandar, a uczestnicy wyprawy odebrali oficjalne gratulacje. Poniżej publikujemy wspomnienia kierownika wyprawy, plut. Mateusza Czubali.

Agnieszka Poryszewska

Przygoda z wyprawą zaczęła się dla naszej czwórki 10 września o godzinie 4 rano. Samochód załadowany po brzegi wyposażeniem  oraz zmęczenie realizowanymi do samego wyjazdu obowiązkami służbowymi sprawiły, iż pokonanie odległości dzielącej Sochaczew i Chamonix nie było przyjemnością. Polskie drogi ekspresowe, rozbudowana sieć niemieckich i szwajcarskich autostrad, zjazdów, ślimaków, robót drogowych, wysokich prędkości wymagały pełnego skupienia. To wszystko sprawiło, iż na camping w Le Chouches (miejscowość, z której rozpoczyna się większość wypraw na Mount Blanc) dotarliśmy przed północą.

Następnego dnia o 8:30 wyruszamy w kierunku kolejki. Kupujemy bilety na gondolkę i tramwaj du Mount Blanc, aby dojechać do ostatniej stacji tramwaju w Nid d’agile na wysokości 2300 m n.p.m. Jest to linia startu naszej wspinaczki. Około godziny 11:00, po dopięciu pasków w plecakach, ruszamy w kierunku pierwszego obozu w chacie Foresterów. Marsz trwa około 2 godzin, a wysokość i skaliste podłoże weryfikują kondycję i przygotowanie. Nasz współtowarzysz, sierż. Piotr Płucienniczak, odczuwa lekkie kłopoty z żołądkiem - jest to jeden z objawów choroby wysokościowej.
Wczesnym popołudniem, pod bacznym okiem obserwujących nas kozic, docieramy do chaty. Popołudnie i wieczór upływa nam na wypoczynku, przygotowaniu posiłków, topieniu śniegu  i gotowaniu wody dla uzupełnienia płynów, przepakowaniu plecaków i pozostawieniu w chacie zbędnego wyposażenia. Do chaty dociera też inna polska wyprawa - pięciu biznesmenów z Krakowa, którzy też postanowili zaaklimatyzować się na tej wysokości. Oni będą zdobywać szczyt bardziej turystycznie, z noclegami w schroniskach i posiłkami przygotowanymi przez ich obsługę. My z kolei działamy bardziej „oblężniczo”, z namiotem i własną żywnością.

12 września,  po szybkim śniadaniu, rozpoczynamy mozolny marsz przez skaliste podłoże i dalej w górę, w kierunku lodowca Tete Rose. W marszu towarzyszą nam mnisi z lokalnego zakonu, udający się do położonego nieopodal schroniska oraz maratończycy, którzy, z braku pokrywy śnieżnej, na tej wysokości szlifują kondycję przed kolejnymi startami. Koło południa, po męczącym marszu, docieramy do schroniska Tete Rose (3200 m n.p.m.). Po krótkiej przerwie przystępujemy do rozbicia namiotu na skalistej polanie sąsiadującej z lodowcem. Spływający z niego strumień dostarcza świeżej wody. Po południu pogoda załamuje się. Od 16:00 do późnych godzin wieczornych nad górami szaleje burza. Uderzający w ściany namiotu deszcz i wiatr sprawiają, iż zasypiamy dopiero koło północy, pełni obaw o pogodę następnego dnia.

Poranek okazał się dla nas bardzo nieprzyjemny. Na ścianie Gutera doszło do wypadku. Jeden ze wspinaczy, który wyruszył jeszcze przed świtem, doznał wielomiejscowego złamania, a jego krzyki wywołane bólem wyraźnie słychać było wśród namiotów. Po około 40 minutach niefortunnego turystę podjął śmigłowiec ratowniczy. W niezbyt radosnych humorach pakowaliśmy sprzęt. Aby dostać się na szczyt, należało na początku pokonać ośnieżony fragment lodowca, następnie wąską ścieżką dotrzeć do „kuluaru śmierci”, gdzie na nieostrożnych czeka spotkanie ze spadającymi źlebem kamieniami. Wielkość niektórych z nich dorównuje rozmiarom naszych domowych pralek, a prędkość jaką osiągają - luksusowym autom na francuskich autostradach. Jest to miejsce najczęstszych wypadków. Pokonanie tej wymagającej ściany zajęło nam 4 godziny, w trakcie których wielokrotnie zanosiliśmy modlitwy do Boga. Około godziny 12:00 szczęśliwie cała nasza czwórka dotarła do schroniska Guter (3800 m n.p.m.). Początkowo zakładaliśmy nocleg w blaszanym schronie Valot, ale nieprzespana noc, wysiłek fizyczny i psychiczny wydatkowany na pokonanie oblodzonej ściany Gutera, oraz dolegliwości żołądkowe sprawiają, że pozostajemy na nocleg w schronisku.

Środa 14 września to dzień, na który wszyscy czekaliśmy. Budzimy się już o 2:30.  Wychodzimy „odchudzeni na maxa” - wszystko co zbędne zostaje w plecakach wyprawowych. Na szczyt zabieramy tylko niezbędne rzeczy i jedzenie oraz to, co dla nas najważniejsze - dwie flagi z symbolami 38 sochaczewskiego dywizjonu zabezpieczenia Obrony Powietrznej im. mjr Feliksa Kozubowskiego oraz Sochaczewa. Pogoda jest dobra, temperatura lekko poniżej zera, bezwietrznie, z nieba spadają drobne płatki śniegu, ale nie utrudniają widoczności. A jest na co spojrzeć, przed nami, jak karawana na pustyni, ciągnie się widoczny ślad latarek wspinaczy i przewodników, którzy ruszyli przed nami. Za naszymi plecami widok jak z okien samolotu, Chamonix i okoliczne miejscowości pogrążone w głębokim śnie, tylko oświetlone latarniami uliczki z tej wysokości wyglądają jak świecące pajęczyny, rozciągnięte w dolinach.

Ruszamy przez śnieg z oczami wpatrzonymi przed siebie, szukając oznak najmniejszego zagrożenia. Po pokonaniu trzech szczelin lodowych, kilku stromych podejść i różnicy wysokości 500 m, docieramy do blaszanego schronu Valot. Jak się później okaże, będzie to miejsce, z którego Paulina i Piotr zawrócą w kierunku schroniska z uwagi na silne objawy choroby wysokościowej. Nie można z nią igrać i ze względów zdrowotnych jedyną słuszną decyzją było zejście niżej.

Dla naszej dwójki walka się nie kończy. Po półtorej godzinie docieramy do dużej szczeliny lodowcowej. Trudność w jej pokonaniu stanowi pionowa lodowa skała po jej drugiej stronie. Aby ją pokonać, trzeba stanąć na jej krawędzi, wychylić się, wbić mocno czekan w lodową ścianę i zrobić krok nad przepaścią, jednocześnie chwytając się drugą ręką liny poręczowej. Po tym wyczynie pozostaje już tylko wspiąć się 4 metry po lodowej studni i ruszyć dalej w kierunku szczytu. Po pokonaniu szczeliny, gdy emocje jeszcze dobrze nie opadły, naszym oczom ukazuje się wierzchołek góry. Jeszcze ostatnie 150 m wąskiej grani i jesteśmy na „dachu Europy” - wymarzony szczyt Mount Blanc o wysokości 4810 m n.p.m. Na szczycie jesteśmy sami, panuje tu bardzo niska temperatura (około - 10 st. C), ale wiejący silnie wiatr sprawia, że odczuwalna spada do - 20. Z plecaków wyjmujemy powierzone nam flagi miasta i jednostki. Robimy kilka zdjęć i trzeba uciekać w dół. Przygotowanej małej buteleczki szampana nikt nie ma siły wyciągnąć z plecaka, świętować będziemy na dole.

Rozpoczynamy mozolne zejście w dół, pogoda jest piękna, w promieniach porannego wrześniowego słońca mijamy schron Valot i kilkaset metrów za nim spotykamy naszych współtowarzyszy. Czują się już lepiej, okazuje się, iż w międzyczasie Piotr oświadczył się Paulinie i oświadczyny zostały przyjęte. Serdecznie gratulujemy! Koło południa docieramy do Gutera, łyk ciepłej herbaty i zaczynamy wymagające zejście w dół po skalistej ścianie do namiotu pozostawionego pod Tete Rose. Pogoda się psuje i nie chcemy utknąć w wysokich górach na kilka dni. Jednak nadmierny pośpiech stopuje kolejna akcja ratunkowa śmigłowca  u podnóża ściany.

15 września poranek jest nieprzyjemny, mroźny, wszystko jest zasypane dziesięciocentymetrową warstwą śniegu. Ubieramy się, składamy namiot i ruszamy powoli w dół. Na szlaku jest dużo błota i śniegowej brei, pogoda jest pochmurna i mglista. Musimy schodzić, aby na czas wrócić do Polski, chcemy zdążyć na uroczyste obchody 77. rocznicy Bitwy nad Bzurą. Docieramy do górnej stacji tramwaju. I tu pech - z powodu złej pogody dwa najbliższe kursy zostały odwołane. Pierwszy tramwaj będzie dopiero za półtorej godziny. Zapada decyzja, że do gondoli zejdziemy pieszo wzdłuż torów. Schodząc jesteśmy pod wrażeniem wytrzymałości trybów i silnika, który pokonuje strome zbocze. Docieramy do kolejki gondolowej podobnej do tej naszej na Kasprowy Wierch i w 15 minut jesteśmy na dole w Le Chouches. Jeszcze ostatnie kilkaset metrów do campingu i samochodu. Tak kończy się nasza wyprawa. Szybki prysznic, kawa, wymiana doświadczeń i uwag z kolegami na campingu i ruszamy do Polski.

Mateusz Czubala

A A A
16.10.2016
godz.13:03
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość