przejdź do Sochaczew.pl
Sochaczew
307494 odwiedzin
Lubię swoją pracę. I nie narzekam

Od 25 lat zarządza finansami miasta. Mimo odpowiedzialności, jaka się z tym wiąże, nie marzy o innym zajęciu. Jak twierdzi, taka praca przynosi satysfakcję i może być wielkim wyzwaniem. Z Jolantą Brzóską, skarbnikiem miasta, rozmawia Jolanta Śmielak-Sosnowska.

Niemal całe zawodowe życie związała Pani z Urzędem Miejskim w Sochaczewie. Czy dla ekonomisty to dobre miejsce?
Bardzo lubię swoją pracę, zwłaszcza że wiąże się ona z moim kierunkiem studiów.

To znaczy?
Skończyłam finanse na ówczesnej SGPiS (obecnie SGH).

A później?
Dostałam pracę w zakładach „Boryszew – Erg”, skąd po trzech latach trafiłam do urzędu.

Który to był rok?
Końcówka 1990. Od 1 stycznia 1991 r. pełnię funkcję skarbnika miasta.

Rozpoczynała Pani pracę w UM niemal równocześnie z tworzeniem się odnowionego samorządu. Jak wtedy wyglądało zarządzanie miejskimi finansami?
Pierwsze półrocze 1990 r. było bardzo trudne. Nie starczało pieniędzy na podstawowe wydatki. Do tego stopnia, że ratusz musiał zaciągać kredyty, żeby wypłacić pensje pracownikom. W sprawozdaniu finansowym z tamtego roku znalazłam informację, że pierwszą pożyczkę miasto wzięło w kwietniu, a w następnych miesiącach kolejne. I tak aż do sierpnia. Dopiero listopad i grudzień były lepsze. Wpłynęły spore pieniądze z Urzędu Skarbowego, co pozwoliło zamknąć rok 90.

Te pieniądze ze skarbówki pochodziły z podatków, czy z dotacji?
Urząd Skarbowy przelał nam fundusze z podatków, ale były także subwencje. W sprawozdaniu, o którym mówię, jest wzmianka, że sytuacja finansowa zdecydowanie poprawiła się w grudniu, bo wynagrodzenia nauczycieli pokryło Kuratorium Oświaty w Skierniewicach.

Chyba największą wiedzę z tego początkowego okresu posiada pierwszy przewodniczący Rady Miejskiej, Paweł Gralak. W wywiadzie dla naszej gazety sprzed ponad roku, opowiadał, że po ukazaniu się ustawy o samorządzie gminnym, przez kilka miesięcy nie było odpowiednich rozporządzeń. Samorządy działały na chybił – trafił.
Rzeczywiście tak było, pierwsza ustawa budżetowa weszła w życie w 1991 r., a więc do tego czasu nie było przepisów regulujących finanse gmin. Cała ustawa zawierała zaledwie 80 artykułów, dotyczących finansów państwa, samorządu itp.

Ile osób pracowało w tym czasie w Pani wydziale?
W księgowości chyba sześć a drugie tyle w podatkach i w kasie.

A jaki był budżet miasta?
W 1990 r. wyniósł 3,9 mln zł. Na 2016 jest to 116 mln. Co prawda dzisiaj ponad 40 proc. stanowią wydatki na oświatę, ale i tak są to nieporównywalne pieniądze.

A obecnie, ilu pracowników liczy Pani wydział?
W skład wydziału skarbnika miasta wchodzi referat podatków, kasa i jej obsługa, księgowość z płacami oraz kontrola finansowa. Razem jest to 18 osób.

Przez te 25 lat zmieniły się zadania samorządu, ale i narzędzia pracy. Dzisiaj już chyba żadna księgowa nie wyobraża sobie ręcznego liczenia, sporządzania sprawozdań finansowych na maszynie do pisania, czy szukania przysłowiowej złotówki.
To prawda. Kiedyś podstawowym urządzeniem była maszyna do pisania i kalkulator. Wielokrotnie przeliczało się dane finansowe, które później trafiały do sprawozdania. Problem polegał na tym, że każda pomyłka oznaczała powtórne przepisywanie lub ręczne poprawianie danych na maszynopisie. Dzisiaj są komputery i wiele programów ułatwiających pracę, a wręcz wskazujących sposób realizacji danego zadania.

A kiedy w urzędzie pojawiły się pierwsze komputery?
Na początku lat 90. i służyły głównie do sporządzania przelewów. Taki przelew trzeba było wydrukować, podpisać i zanieść do banku. Teraz oczywiście już się tego nie robi. Przelewy są wysyłane pocztą elektroniczną.

Ale wtedy nie było internetu. To znaczy był, ale nie mieliśmy do niego dostępu.
Aż trudno sobie wyobrazić, jak przez dwie i pół dekady rozwinęły się technologie służące ludziom. My już właściwie zapomnieliśmy, jak 25 lat temu wyglądała nasza praca, jakie były problemy z komunikacją. Dobrodziejstwem był fax, który przyspieszał porozumiewanie się między instytucjami. Teraz, żeby uzyskać informację, wystarczy wysłać mejla, albo zadzwonić do kogoś na komórkę. Kiedyś czekało się na pismo przesyłane pocztą.

Czy Pani było trudno przestawić się na pracę z komputerem?
Nie miałam z tym żadnych problemów. Moje pierwsze próby z komputerem sięgają czasów, kiedy pracowałam w Boryszewie.

Zostawmy przeszłość. Jak dzisiaj określiłaby Pani sytuację finansową miasta? Jest trudna, dobra, daje nam możliwości rozwoju, czy raczej musimy wyhamować?
Uważam, że sytuacja finansowa miasta jest dobra. Należy pamiętać, że bezpośrednio lub pośrednio ratusz finansuje ponad 1000 osób – pracowników oświaty, pomocy społecznej, sportu, kultury, administracji. Wszyscy pracownicy co miesiąc otrzymują pensje, terminowo odprowadzane są składki do ZUS. Wywiązujemy się z płatności za umowy, zakupy, realizujemy inwestycje i to wcale niemałe. Mamy zabezpieczone środki własne na zadania, co do których składamy wnioski o fundusze zewnętrzne. Zresztą gołym okiem widać, że miasto się rozwija, powstają nowe obiekty, drogi. Sochaczew zmienia swoje oblicze.

Ale ostatnio pojawiają się informacje, że w najbliższych latach ratusz nie planuje zaciągania kredytów. Dla niektórych mieszkańców oznacza to tyle, że jesteśmy mocno zadłużeni i straciliśmy zdolność kredytową.
Nic podobnego. Polityka miasta w tym zakresie została zapisana w Wieloletniej Prognozie Finansowej. Założyliśmy w niej, że najbliższe lata przeznaczamy na spłatę zaciągniętych wcześniej zobowiązań. Nie oznacza to jednak, że nie moglibyśmy korzystać z kredytów. Osobiście nie wykluczam takiej możliwości w sytuacji, gdyby miastu udało się pozyskać fundusze zewnętrzne, do których potrzebny byłby duży wkład własny.

A czy są jakieś wskaźniki, które określają poziom zadłużenia dla danego miasta?
Do niedawna był to jeden wskaźnik dla wszystkich samorządów i określał maksymalne zadłużenie na poziomie 60 proc. budżetu na koniec roku, a rata spłaty pożyczek nie mogła przekroczyć 15 procent. Od trzech lat dla każdej gminy ten wskaźnik wyliczany jest indywidualnie, zależnie od dochodów i wysokości spłat zadłużenia. Jest to wzór określony w ustawie o finansach publicznych.

Rozumiem, że Sochaczew jest na bezpiecznym poziomie zadłużenia.
Oczywiście, gdyby było inaczej nasz budżet zostałby obłożony sankcjami wynikającymi z przepisów.

Ale jakiś czas temu wiele kontrowersji wzbudziły obligacje zaciągnięte przez ratusz. Jak to wygląda z perspektywy skarbnika miasta?
Zaciągnięcie obligacji nie wiąże się z dodatkowym zadłużaniem. Myśmy po prostu zamienili kilka kredytów w różnych bankach na obligacje. Co więcej, spłata obligacji jest tańsza niż poszczególnych kredytów. To jest zastąpienie jednego tytułu dłużnego innym, a nie zaciąganie kolejnego kredytu.

Pojawiały się podejrzenia, że miasto wykonuje jakieś karkołomne działania, żeby ratować nadwyrężone finanse.
Zupełnie się z tym nie zgadzam. Nie chcę się tu wdawać w szczegółową analizę, ale prawda jest taka, że zaciągnęliśmy obligacje po to, aby być w zgodzie z nową ustawą o finansach publicznych i zapewnić miastu bezpieczeństwo finansowe. Podobne decyzje podjęło wiele innych samorządów.

Przez te 25 lat zmieniało się także Pani życie prywatne. Ma Pani trzy córki, które pewnie są już dorosłe.
Najstarsza jest już mężatką. Dwie pozostałe nadal mieszkają z nami, a najmłodsza jeszcze studiuje. Przyznam się, że nie miałabym nic przeciwko wnukom (śmiech).

A jeśli chodzi o charakter pracy, nigdy nie kusiło Pani, aby ją zmienić? Czy ślęczenie w cyferkach codziennie przez 25 lat może dać satysfakcję?
Dla ekonomisty, przy ciągle zmieniających się przepisach, taka praca to wielkie wyzwanie.

Próby dopinania budżetu miasta, żeby się nie rozszedł na boki, również?
To przede wszystkim. Lubię np. przyjść do urzędu o siódmej, kiedy jest jeszcze cicho i skupić się na pracy.

Bo później pod gabinetem ustawiają się kolejki osób i każda z nich ma ważne, niecierpiące zwłoki tematy. Naszą rozmowę też kilkakrotnie przekładałyśmy, a i tak w jej trakcie załatwiała Pani różne sprawy.
(Śmiech) Bo tych spraw jest dużo, zarówno w urzędzie, jak i podległych mu jednostkach, ale ja nie narzekam. Taka jest rola osoby czuwającej nad finansami miasta. Chociaż zdarzają się także zabawne sytuacje. Dzwoni do mnie pan z pytaniem: gdzie może wynająć kabinę toy-toy. To ja go ze zdziwieniem pytam, czy wie, gdzie się dodzwonił. A on na to: wiem, że do skarbnika miasta i dlatego dzwonię, bo wy macie wszystkie faktury i możecie sprawdzić, kto wynajmuje takie kabiny.

(Śmiech) To rzeczywiście rozbrajająca sytuacja, a czy zdarzają się takie, z którymi nie potrafi Pani sobie poradzić?
Zawsze jest jakieś wyjście. Najgorzej z góry założyć, że nic się nie da zrobić. Ja należę do ludzi, którzy rozwiązują problemy, jeśli nie samodzielnie, to z pomocą innych. A poza tym zawsze miałam szczęście do ludzi. I współpracowników i przełożonych. Może dlatego te 25 lat traktuję z satysfakcją, a nie ciągłym oczekiwaniem na emeryturę (śmiech).

A A A
05.02.2016
godz.12:21
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt