przejdź do Sochaczew.pl
Sochaczew
240909 odwiedzin
Sochaczewscy emigranci

Nikt nie prowadzi statystyk mówiących o tym, ile osób związanych z Sochaczewem wyjechało z Polski po otwarciu przez Unię Europejską zagranicznych rynków pracy. Czemu wyjechali, jak im się żyje poza krajem i rodzinnym miastem, czy planują powrót? Sochaczewscy emigranci chętnie odpowiadają na nasze pytania. 

Do  sochaczewian na Wyspach udaje nam się dotrzeć za pośrednictwem naszej strony internetowej www.ziemia-sochaczewska.pl. Według licznika znajdującego się wśród narzędzi administracyjnych strony, na terytorium Wielkiej Brytanii została ona wyświetlona już prawie 81 tysięcy razy.

Sochaczewskich emigrantów udaje nam się znaleźć przez przyporządkowanie ich adresów IP do adresów mailowych znajdujących się w bazie danych odwiedzin naszej strony. Po krótkiej korespondencji bardzo chętnie decydują się na rozmowę przez SKYPE.

Czemu wyjeżdżają?
– W 2007 wyjechałem za chlebem, a znalazłem żonę – śmieje się Grzegorz, pracujący na słynnym lotnisku Heathrow. – Dowiedziałem się, że do pracy na lotnisku nie są potrzebne jakieś szczególne kwalifikacje, więc postanowiłem spróbować. Zacząłem z wynagrodzeniem w wysokości 7 funtów za godzinę, za przeładowywanie bagaży. Pozwoliło mi to nie tylko wynająć mieszkanie, ale też zapisać się na kursy i podnosić kompetencje. Na jednym z takich kursów spotkałem Karolinę, która przyjechała tu z Olsztyna. W zeszłym roku się pobraliśmy. W międzyczasie zmieniłem pracę dwa razy, zawsze na lepszą. Heathrow to prawdziwy worek z ofertami, zatrudnia prawie 70 tysięcy osób. Teraz zajmuję się witaniem ważnych klientów i odprowadzaniem ich samochodów na parking. Bardzo mi to odpowiada. Zarobki są dobre i mam okazję przejechać się najlepszymi samochodami na świecie. W UK w krótkim czasie osiągnąłem stabilizację zawodową, mając na starcie ledwo maturę i dwa lata studiów. Nikt mi nie wmówi, że w Polsce byłoby to możliwe.

Tomek wyjechał, bo nie widział perspektyw.

– Wydawałoby się, że Sochaczew jest świetnie zlokalizowany. W godzinę można się dostać do Warszawy, w której pracy podobno nie brakuje. Skończyłem „Osiemdziesiątkę” i miałem w ręku fach murarza. Zacząłem się rozglądać za jakąś pracą i, jak się okazało, oferty były, ale najczęściej chodziło o zatrudnienie na czarno. Raz miałem do wyboru: jeśli zostałbym zatrudniony, dostałbym na rękę około 1100 zł miesięcznie. Za „elastyczne” warunki 15 zł za godzinę, przy pracy trwającej czasem 10 godzin dziennie. W miarę godziwe zarobki oznaczały więc brak ubezpieczenia, a praca na budowie nie należy do najłatwiejszych. Odłożyłem trochę pieniędzy i rozejrzałem się w internecie. Znalazłem ofertę w objazdowym wesołym miasteczku. Kontrakt na 260 funtów tygodniowo + 30 funtów tygodniowo wypłaconych zbiorczo po zakończeniu sezonu. Zakwaterowanie zapewniał pracodawca. Pomyślałem, że wyjadę, trochę odłożę i wrócę. Na koniec kontraktu miałem odłożone blisko 3 i pół tysiąca funtów i dostałem 750 funtów obiecanej premii. Premię wysłałem rodzicom i postanowiłem nie wracać. Bez trudu znalazłem pracę na zmywaku, żeby przeczekać do kolejnego kontraktu w wesołym miasteczku. Po 6 latach mam małą, ale dobrze prosperującą firmę budowlaną i teraz to ja zatrudniam ludzi z Polski. Jestem pewien, że nie osiągnąłbym tego zostając w Sochaczewie.

Trudny powrót
Są też tacy, którzy po zdobyciu wykształcenia na Wyspach, wrócili do Polski. Przykład Pawła pokazuje jednak, że czasem kończyło się to ponowną emigracją.

– Pewnie, że tęsknię za Sochaczewem. W tym mieście się wychowałem, znam w nim każdy zakątek. Wiele miejsc wiąże się z miłymi wspomnieniami. Odwiedzam stronę waszego tygodnika, bo ciągle interesuje mnie, co w Sochaczewie się dzieje. Z tego też powodu trzy lata temu, razem z moją żoną Magdą i naszym synem Piotrkiem chcieliśmy wrócić. Magda uzyskała dyplom Cambridge. Wydawało nam się, że to nie byle co i z takimi papierami momentalnie znajdzie dobrą pracę w Warszawie. Ten powrót to był niestety jeden z naszych najgłupszych pomysłów. Już na granicy państwo polskie ograbiło nas z dużej części naszych oszczędności. Śmieliśmy się nawet, że to największa dopłata do biletu w naszym życiu, ale wzbudziło to też rodzaj złości. Zatrzymaliśmy się u moich rodziców. Planowaliśmy, że jak już znajdziemy pracę, to kupimy jakieś mieszkanie. Ja, jako że jestem kierowcą autobusu, zatrudniłem się u jednego z lokalnych przewoźników i momentalnie dorwało mnie polskie piekiełko. Praca po 12 godzin, część wynagrodzenia wypłacana pod stołem. Wszystkie patologie, od których odwykłem. Sytuacja Magdy była jeszcze „ciekawsza”. Rozsyłała swoje znakomite CV po firmach w Warszawie, ale otrzymywała podejrzanie mało odpowiedzi. W jednym z przypadków znalazła się w ostatniej trójce kandydatów i pojechała na finałowe spotkanie. Nie dostała pracy. Lekko rozeźlona podeszła do człowieka przeprowadzającego rekrutację i spytała, czemu, jako najlepiej wykwalifikowana z trójki, nie dostała tego stanowiska. Odpowiedział z rozbrajającą szczerością, że to prawda, że na papierze jest najlepszym kandydatem, ale zespół obawia się, że z takim wykształceniem będzie się wymądrzała. A poza tym i tak niczego nowego by się w tej pracy nie nauczyła, więc z punktu widzenia jej osobistego rozwoju to i lepiej, że jej nie dostała. Wróciliśmy do Anglii w ciągu miesiąca od tej rozmowy kwalifikacyjnej.

Nasi rozmówcy przyznają, że brakuje im Sochaczewa, a najlepiej by było, gdyby przenieść to miasto do Zjednoczonego Królestwa.

Wspaniałe UK
– Wszystkie moje doświadczenia wskazują, że w Wielkiej Brytanii żyje się po prostu lepiej niż w jakimkolwiek miejscu w Polsce. Podam przykład z opieki społecznej – relacjonuje Paweł. – Zdarzyła mi się taka sytuacja, że zostałem bez zatrudnienia. Żeby jakoś gładko przetrwać ten czas, który jak się okazało potrwał dwa miesiące, udałem się po zasiłek. Bardzo miła pani sprawdziła mój dotychczasowy przebieg zatrudnienia w Anglii, na jego podstawie wyliczyła, że przysługuje mi 230 funtów tygodniowo. Umówiła się ze mną na comiesięczne spotkania, na których rozmawialiśmy o tym, w jaki sposób szukam pracy i przedstawiałem zaświadczenia z rozmów kwalifikacyjnych, które odbyłem. Znalazłem pracę w dwa miesiące i nie musiałem brać kredytów, żeby jakoś przez ten czas przetrwać. W Polsce nie do pomyślenia – dodaje.

Do kraju wpadają w odwiedziny. Raz, dwa razy do roku, na święta. Pytani o powrót na stałe, mówią, że go sobie nie wyobrażają. Na bieżąco z tym, co dzieje się w naszej małej ojczyźnie są za sprawą strony internetowej  tygodnika „Ziemia Sochaczewska”. Dzięki temu kiedy odwiedzą rodzinę, nie brakuje im tematów do rozmowy.

Sebastian Stępień

A A A
06.05.2015
godz.15:04
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt