przejdź do Sochaczew.pl
Sochaczew
297507 odwiedzin
Szefowa prokuratury odchodzi z Sochaczewa

Była związana z sochaczewską prokuraturą przez 24 lata. Dziewięć lat temu objęła stanowisko prokuratora rejonowego. Kiedy kierowała sochaczewską jednostką, usprawniła jej działanie, a sama zamykała średnio ponad jedną sprawę dziennie. W piątek 6 marca, w związku z nominacją do Ministerstwa Sprawiedliwości, zdała swoje obowiązki. Z prokurator Beatą Sobieraj-Skonieczną rozmawia Sebastian Stępień.

Obrała pani kierunek na ministerstwo.
Od pierwszego kwietnia. Czekam jeszcze tylko na oficjalną nominację. Szczerze mówiąc obawiałam się, że będę musiała objąć nową funkcję z dnia na dzień. Te trzy tygodnie przerwy są mi bardzo na rękę, bo będę mogła pozałatwiać prywatne sprawy.

I czym będzie się pani w Ministerstwie Sprawiedliwości zajmować?
Zakres obowiązków przyjdzie dopiero z oficjalną nominacją. Będę pracowała w wydziale Organizacji Ustroju Sądów i Prokuratur. Zadania zbliżone do tego, co do tej pory robiłam, czyli zarządzania jednostką. Proponowano mi również Wydział Prawa Karnego, ale zdecydowałam się na organizację ustrojów, bo tam bardziej wykorzystają moje umiejętności.

Czyli teraz będzie miała pani wpływ na każdą prokuraturę w kraju.
(śmiech) Rzeczywiście. Będzie to w pewien sposób forma nadzoru. Podobno czekają już na mnie pierwsze sprawy i na miejscu byli niepocieszeni, że pojawię się dopiero z początkiem kwietnia. Mnie to odpowiada, jeśli od razu będę miała co robić, to nie poczuję się niepotrzebna.

Obejmowała pani stanowisko prokuratora rejonowego w Sochaczewie nominowana spośród grona kolegów. To było trudne?
Tak. Choćby to, że objęcie stanowiska wiązało się z uzyskaniem zwierzchnictwa nad moją szefową. Musiałam jakoś te stosunki ułożyć, a nie było łatwo, ale musiałyśmy się jakoś dogadać. Spodziewałam się takich sytuacji i dlatego bardzo nie chciałam tego stanowiska. Nie mam parcia na stołki. Za robienie kariery wzięłam się przecież dopiero teraz, po odchowaniu dzieci. W każdym razie prawie co drugi dzień byłam wzywana do prokuratury okręgowej, gdzie przekonywali mnie do objęcia stanowiska prokuratora rejonowego. W końcu padła propozycja, że przyjmę stanowisko na próbę, na rok. Jak mi się nie spodoba, poszukają kogoś innego. Jakoś jednak udało się wszystko poukładać i zostałam znacznie dłużej niż rok.

Spędziła pani na tym stanowisku prawie dziewięć lat. Pięć lat przed wprowadzeniem kadencyjności i potem jedną czteroletnią kadencję. Czym różniła się prokuratura, w której obejmowała pani to stanowisko od prokuratury, w której je pani zdaje.
Absolutnie wszystkim. Zupełnie inaczej się pracowało. Wszystkie dokumenty znajdowały się w obiegu papierowym. Pisaliśmy na maszynie, a pojawienie się maszyny do pisania z wbudowaną pamięcią było sporą sensacją. Dopiero później dostaliśmy komputery. Na początek dwa, z których pierwszy trafił na moje biurko. Nikt nie zadbał jednak o przeprowadzenie jakichkolwiek szkoleń z pracy na takim sprzęcie. Wtedy nawet nie podchodziłam do komputera, więc stał tak kilka dni. W końcu mój mąż powiedział: Słuchaj, komputer nie ma zębów. Ugryźć cię nie ugryzie. Popsuć nie popsujesz, najwyżej coś skasujesz, ale to jest do naprawienia. Nikt cię tego nie nauczy. Musisz to zrobić sama. Uwierzyłam mu na słowo i sama nauczyłam się całej obsługi. Tak przebiegła informatyzacja Prokuratury Rejonowej w Sochaczewie. Metodą prób i błędów (śmiech).

Pewnie na początku nie było łatwo.
Oj nie. Przypomina mi się taka wielka sprawa, wielowątkowa, wieloosobowa. Apelacja miała prawie 50 stron. Poprawiana przeze mnie wielokrotnie, bo pisana przez aplikanta. I w dniu, w którym mijał termin składania apelacji, o godzinie 14.00 nadawawałam treści ostatnie szlify. Ostatnia kropka. Naciskam zapisz i… wszystko zniknęło. Na ekranie pojawiły się jakieś figury geometryczne zamiast tekstu. Wołamy informatyka. Ten mówi, że tekstu nie da się odzyskać, bo padła dyskietka. Nie muszę chyba mówić, że kopia na dyskietce była jedyną przeze mnie posiadaną. Zrobiło mi się gorąco. Dzwonię do tego aplikanta, czy ma jakąś kopię w domu. Okazało się, że ma. Tylko że jedną z początkowych, beznadziejnych wersji. No ale nie ma wyjścia, trzeba wysłać to, co się ma. Wstydziłam się składając podpis pod tym dokumentem.

Informatyzacja nie jest na pewno jedyną zmianą, jaka zaszła podczas pełnienia przez panią stanowiska.
Tak jak mówiłam, zmieniło się wszystko. Struktura przestępczości, teraz jest mniej rozbojów i pobić, więcej oszustw i wyłudzeń. Zmienili się też ludzie, z którymi pracuję. Z początkowego składu została już tylko prokurator Dobrowolska. Kiedy odejdę, zostanie sama na placu boju (śmiech).

Z nowym szefem, prokuratorem rejonowym Markiem Sybickim z prokuratury w Płońsku.
Nowy szef powinien sobie poradzić. Skoro podjął się tego wyzwania, tak jak ja podjęłam się tego w ministerstwie, to znaczy, iż uważa, że podoła. Nie miałam co prawda okazji go bliżej poznać, ale moja bliska koleżanka, jego szefowa – prokurator Ewa Ambroziak, ma o nim bardzo dobre zdanie.

Zresztą Marek Sybicki obejmie prokuraturę działającą sprawnie i dobrze poukładaną.
Miło mi to słyszeć.

Jakich spraw najbardziej pani nie lubiła?
Z punktu widzenia prawnego, to spraw gospodarczych. Wloką się, nie ma dobrych biegłych, są problematyczne. Istnieje ryzyko gospodarcze. Przepisy są ciągle zmieniane. Prowadziłam kiedyś taką dużą sprawę z kodeksu spółek, o działanie na szkodę spółki. Chodziło o budowę basenu w Ożarowie. Działanie na szkodę spółki było tam ewidentne. Doszły jeszcze pomniejsze wątki oszustw. Napracowałam się przy tej sprawie strasznie. 25 tomów akt. Miałam wszystko świetnie udokumentowane i w tym samym czasie, kiedy wysłałam akt oskarżenia, przepisy o działaniu na szkodę spółki, na które się akt oskarżenia powoływał, zostały wykreślone. Cały trzon dokumentu diabli wzięli. Byłam wściekła.

Wspominała pani o braku dobrych biegłych. Są oni bardzo ważni w pracy prokuratury.
Nikt nie jest specjalistą od wszystkiego, dlatego konsultujemy się z, w założeniu, specjalistami w swoich dziedzinach. Tylko że z tymi biegłymi bywa różnie. Są biegli znakomici, ale są też tacy, którzy nigdy nie powinni się nazywać biegłymi. Miałam taką sprawę z prawa gospodarczego. Chodziło o przywłaszczenie mienia przez przewoźników poprzez fałszowanie kart przewozowych, żeby wynikała z nich trasa inna niż ta, którą rzeczywiście przebiegał transport. Zwierzchnicy wskazali mi biegłego, który przygotuje opinię, jak to się mówi, po taniości. I on rzeczywiście siedział, przeliczał te trasy, te stawki. Tylko od początku uważałam, że ta jego opinia jest do kitu. No ale nic, wysłałam akt oskarżenia. Dostali to i w głowę się popukali (śmiech). Przewoźnik nie musi przecież jechać najkrótszą drogą. Może się zdarzyć, że na przykład most jest nieczynny. Może zdarzyć się objazd z powodu robót budowlanych. Biegły nie sprawdził jednak takich okoliczności. Dostałam zgodę na powołanie specjalistycznej firmy, która przygotowała opinię, ale trzeba było za nią słono zapłacić. Inny przykład: sprawa o wypadek ze skutkiem śmiertelnym. Biegły w sądzie przedstawił opinię. Słucham go i w ogóle nie mogę zrozumieć tego wypadku. Czytam opinię i za nic mi się to wszystko nie składa. W końcu poprosiłam o przerwę. Podeszłam do sędziny i mówię: pani sędzio, w ogóle nie mogę zrozumieć tego wypadku. Jak ten pojazd jechał? Tyłem tego człowieka potrącił? Na co pani sędzia: ja też nic z tego nie rozumiem (śmiech). Zaczęłyśmy dopytywać biegłego. Ja już wniosłam o powołanie innego. Okazało się, że biegły pomylił kierunki. Samochód nadjeżdżał z zupełnie innej strony. Kiedy wzięliśmy to pod uwagę, sprawa dopiero nabrała sensu.

Ciąg dalszy na stronie: ziemia-sochaczewska.pl

A A A
12.03.2015
godz.08:09
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt