przejdź do Sochaczew.pl
152876 odwiedzin
Świateczne opowieści

Specjalnie dla redakcji "Ziemi Sochaczewskiej" kilkoro znanych mieszkańców powiatu sochaczewskiego podzieliło się wspomnieniami związanymi ze Świętami Bożego Narodzenia.

 

 

Beata Sobieraj-Skonieczna

Prokurator Rejonowy w Sochaczewie

Moi chlebodawcy

Zawsze, gdy przychodzą święta, otrzymujemy kartki z życzeniami, chociaż dziś coraz częściej zastępują je maile. Ja również takie kartki dostaję, tyle że są to życzenia szczególne. Pochodzą bowiem od… oskarżonych przeze mnie przestępców, odsiadujących swe wyroki za kradzieże, rozboje, pobicia.

Nie są to więc grzeczni chłopcy z dobrych domów, a jednak kartek z życzeniami otrzymuję wiele i mimo, że nie mają oni powodu, by życzyć mi dobrze, nie są to życzenia połamania nóg. A nawet część kartek jest własnoręcznie przez nadawców spod celi malowana. Tak się dzieje już od lat i ciągle się dziwię tej penitencjarnej fali pozytywnych emocji wobec mojej osoby, zwłaszcza że wiem, iż jest to zjawisko rzadkie.

Dla przykładu fragment listu sprzed kilku dni: „Przesyłam pani dużo zdrowia, miłości i błogosławieństwa Bożego, spokojnej codziennej pracy i radości w życiu osobistym. Dziękuję pani Beatko (bo oni zawsze piszą do mnie per „pani Beatko”) za wszystko co pani dla mnie robi (choć nie mam pojęcia co), ale muszę panią powiadomić, że mam non stop problemy z żołądkiem (o wszystkim mnie informują), cały czas mnie boli. A ten lekarz w ZK we Wronkach tylko daje mi tabletki i zwleka z kolejną gastroskopią… a choroba się rozwija!”

I gdybym mogła jeszcze przysłać mu kartę bankomatową. Albo inny chce, żebym pomogła przenieść go do innego więzienia. A na koniec zawsze formułka: „To jest prośba a nie wymuszanie, bo wymuszanie jest karalne”.

Wczoraj jeden płakał mi do słuchawki, że wolności to on już chyba nigdy nie zobaczy. Bywa też, że gdy wyjdą, to się u mnie meldują. Wpadają potem, by pochwalić się, iż któryś sobie kupił nowy rower albo dostał pracę. Czasem myślę, że przychodzą do mnie jak do księdza, tylko tutaj nie można powiedzieć: „Więcej grzechów nie pamiętam”.

Może to wszystko dlatego, że nigdy nie traktuję ich jak ludzi drugiej kategorii, a raczej jak osoby, którym się życie pokręciło. Przecież to też ludzie, a na dodatek moi chlebodawcy. 

Elżbieta Matuszewska-Woźnica

Ordynator oddziału pediatrii w sochaczewskim szpitalu

Żona Mikołaja

Wychowałam się w rodzinie wielopokoleniowej i to jest, jak sądzę, mój cenny majątek. Na dodatek było to na wsi, gdzie tradycje zawsze były silniej kultywowane. Jako dziecko wychowywałam się w rodzinnym domu moich dziadków w Jeżówce, a potem mieszkaliśmy w Sielicach pod Bielicami.

Wtedy na Boże Narodzenie leżał śnieg i było mroźno, innych zim nie pamiętam. Oczywiście w domu zawsze stała „żywa” choinka z prawdziwymi woskowymi świeczkami. Wśród ozdób wisiały cukierki w kolorowych papierkach, które w tajemnicy podjadaliśmy, zostawiając na choince puste w środku, ukształtowane odpowiednio papierowe „wydmuszki”.

Po wieczerzy wigilijnej z niecierpliwością wyglądaliśmy świętego Mikołaja, a nasz dziadziuś zawsze wychodził na dwór, aby mu wskazać drogę. I Mikołaj wtedy przychodził z workiem prezentów, na pewno skromniejszych niż dzisiaj, ale ile one dawały radości…

Każdy z nas musiał przyznać się Mikołajowi, czy był grzeczny, bo z worka wystawała też rózga. Nie użył jej jednak nigdy, my za to musieliśmy recytować wiersze lub kawałek pacierza.

Którejś jesieni zmarł nagle nasz ukochany dziadek. I zaraz przyszły święta, lecz znacznie smutniejsze niż zwykle. Ale Mikołaj przyszedł. Był jednak jakiś inny. Wzbudziło to podejrzenia mojego młodszego brata, który po wyjściu Mikołaja po chwili namysłu wykrzyknął:

- Ten Mikołaj był żonaty!

- Dlaczego tak sądzisz Grzesiu? - spytała mama.

- Bo miał obrączkę.

Mikołaj przychodzi do nas w Wigilię do dziś, ale w sposób niewidzialny.

Wesołych Świąt! 

 

Grzegorz Kropiak

Wójt gminy Rybno

Święta z ciocią

Z czasów, gdy byłem jeszcze bardzo młodym człowiekiem, najbardziej utkwiły mi w pamięci z okresu świąt piesze wędrówki do kościoła na pasterkę. Było to zawsze spore przeżycie duchowe, ale i wysiłek, bo mieszkałem i mieszkam do dziś w Erminowie, a parafię mieliśmy w Kozłowie Biskupim. Więc do kościoła były ponad cztery kilometry, a trzeba pamiętać, że wtedy zimy były śnieżne i mroźne, nie to co teraz.

Droga, choć ciężka, bo nieraz śnieg był głęboki, nie nużyła się, szliśmy bowiem całą gromadą, więc nie brakowało i żartów, i rzucania śnieżkami, a nawet paliliśmy zimne ognie. Do dziś pamiętam tę atmosferę.

Przyświecała nam jeszcze jedna myśl, może bardziej przyziemna, ale cóż, takie były czasy, że lepszej wędliny czy innych frykasów na co dzień nie było. Natomiast właśnie po pasterce czekało to na nas w domu. Muszę więc przyznać, że zwłaszcza w drodze powrotnej już o niczym innym w zasadzie się nie myślało.

Na dodatek, jeśli o mnie chodzi, głównie dlatego, iż wtedy właśnie zawsze przyjeżdżała do nas siostra mamy - ciocia z Warszawy. I ona przywoziła niedostępne na wsi pomarańcze, banany i inne rarytasy. Trochę nas rozpieszczała, bo nie miała własnych dzieci. Na co dzień bowiem było u nas bardzo skromnie. Tata zmarł, gdy byłem mały i całą naszą trójkę wychowywała tylko mama, więc nie stać jej było na wiele. Może właśnie dlatego święta kojarzą mi się również z wizytami cioci z Warszawy.

Grzegorz Radzikowski

Naczelnik Wydziału Prewencji KPP w Sochaczewie

Świąteczne niespodzianki

Była to Wigilia na początku lat 90. Moje pierwsze lata służby, do której przyszedłem w roku 1990 już jako policjant. Wtedy dyżurka na komendzie wyglądała inaczej - stawało się na zewnątrz przed małym okienkiem. I właśnie w tamtą Wigilię, po południu, gdy miałem służbę, przed tym okienkiem pojawił się znany nam wszystkim łobuziak i złodziejaszek, z którym nie raz mieliśmy do czynienia. Dyżurny otworzył okienko, a tamten: - Pan zobaczy, co znalazłem! I zaczął podrzucać w ręku… kompletny, z zawleczką, granat F1.

Zobaczyłem, jak dyżurny zbladł, zesztywniał i na moment odebrało mu mowę, bo mimo że doświadczony funkcjonariusz, to przecież znał tego rozrabiakę i nie wiedział, co on zamierza z tym granatem zrobić. A tamten stał z drugiej strony i, uśmiechnięty, podrzucał go w dłoni. Jednak szybko wyskoczyli policjanci i odebrali mu, jak się okazało, prawdziwy, uzbrojony granat, który chłopak znalazł gdzieś nad Bzurą i po prostu przyniósł na policję.

Nie wiedzieliśmy, co z nim zrobić, więc położyliśmy go na podwórku komendy na kupie piachu. Ogrodziliśmy jakąś taśmą i tak przeleżał całe święta, zanim przyjechali saperzy.

Pamiętam też, jak innego roku, również w Święta Bożego Narodzenia, obserwowałem przez okno, jak na miasto wyrusza pieszy patrol. Po pewnym czasie ze zdziwieniem zobaczyłem policjanta z patrolu prowadzącego ulicą za uzdę konia. Zatrzymali się na pasach, poczekali na zielone i ruszyli dalej na podwórko komendy. Okazało się, że, patrolując miasto, zobaczyli jeźdźca na koniu, który na ich widok zeskoczył i uciekł, zostawiając zwierzę samo. Nie mieliśmy co z nim zrobić, więc stał przez święta za komórkami.  My zaś  musieliśmy postarać się dla niego o siano, którego część zapewne trafiła też pod obrusy w domach policjantów. Po świętach znalazł się właściciel, jadący wtedy  wierzchowcem na dwóch gazach i właśnie dlatego uciekał przed policją.

(bus)

A A A
23.12.2013
godz.08:03
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość