przejdź do Sochaczew.pl
166344 odwiedzin
Po prostu lubię ludzi

Niedawno obchodziła 40-lecie pracy zawodowej. Przez cały ten czas zajmowała się komunikacją. O tym, jak praca w samorządzie może stać się sposobem na życie z zastępcą dyrektora Wydziału Komunikacji i Transportu Starostwa Powiatowego w Sochaczewie Krystyną Dybiec rozmawia Agnieszka Poryszewska.

 

Nigdy nie pojawiała się myśl, żeby zrezygnować z pracy w urzędzie?

Ja po prostu lubię ludzi i kontakt z nimi. Lubię też widzieć konkretne efekty mojej pracy - załatwione sprawy, rozwiązane problemy. To wszystko daje mi praca urzędnika.

Zagadnienia związane z komunikacją wydają się raczej męską domeną. Tymczasem zajmuje się pani tymi sprawami już kilkadziesiąt lat…

Kiedy zaczynałam, faktycznie kobiety były w zdecydowanej mniejszości. W zasadzie panie stanowiły wyjątki. Z biegiem lat ich udział rósł i teraz śmiało mogę powiedzieć, że liczba kobiet i mężczyzn w naszej branży zrównoważyła się.

Jak wyglądały początki pani pracy?

To było dokładnie 1 lipca 1973 r. Dostałam etat w Urzędzie Miejskim. Zaczynałam od podstaw, na stanowisku referenta. Wtedy ratusz mieścił się jeszcze w budynku dzisiejszego Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą. Wcześniej skończyłam liceum ekonomiczne o kierunku administracja terenowa. Moim pierwszym przełożonym był naczelnik Janusz Kobla. Pracy uczyłam się też od wspaniałego samorządowca Gabrieli Kowalik. To ona wpoiła mi zasady, których przestrzegam do dziś.

Na czym one polegały?

Pani Gabriela Kowalik była wzorowym urzędnikiem, a przede wszystkim wspaniałym człowiekiem. Dzięki niej zrozumiałam to, że sensem naszej pracy jest służenie człowiekowi. Teraz to samo wpajam młodszym współpracownikom. Od lat 70-tych wiele się zmieniło,  ale pewne standardy są niezmienne.

Jak rozumiem, mówi pani o skoku technologicznym?

Między innymi. Zaczynałam w epoce maszyn do pisania, liczydeł i prostych rejestrów. Pojazdów było niewiele. W  zasadzie często widząc rejestrację, wiedziałam, czyj jest to pojazd. W pierwszym wydziale komunikacji pracowały trzy osoby. Teraz samochodów i spraw jest tyle, że mamy 20 pracowników. Ludzie nieustannie kupują i sprzedają auta. Przeszliśmy też kilka poważnych reorganizacji i przeprowadzek.

Między innymi  tę słynną z ul. Ziemowita do budynku starostwa przy ul. Piłsudskiego?

To była niewyobrażalna, trwająca trzy miesiące,  praca. Wszystko udało się przeprowadzić tak, że tylko jednego dnia wydział był nieczynny. Poza tym pracowaliśmy normalnie. Mieszkańcy tego nie widzieli, ale często wracaliśmy do domu po 22. Musieliśmy zapanować wtedy nad  niewyobrażalną ilością dokumentów. Nie zgadnie pani, ile wtedy zamówiłam metrów półek.

Nie mam zielonego pojęcia, kilkaset?

Dokładnie 1,3 kilometra. Pracujemy w ogólnopolskim systemie informatycznym. Musiałam zgłosić fakt, że będzie on wyłączony ze względu na zmianę siedziby wydziału. Po ponownym uruchomieniu systemu poczułam prawdziwą ulgę. Przede wszystkim przez wzgląd na to, że wszystko odbyło się według założeń i harmonogramu, jaki zaplanowałam. Zresztą to nie jedyna nasza spektakularna przeprowadzka. W poprzedniej towarzyszyło nam wojsko.

?

Wtedy przenosiliśmy się z budynku UM na Ziemowita. Oczywiście do przeniesienia było wiele dokumentów. Część z nich trzymaliśmy w pancernych, metalowych szafach. Proszę sobie wyobrazić, jaki to był ciężar.  Jedynym sposobem, by je przewieźć, okazało się zatrudnienie do tego wojska. Żołnierze przyjechali ze specjalnym wysięgnikiem i dzięki niemu, przez okno, udało nam się je wynieść w nienaruszonym stanie. Jeżeli mogę sobie pozwolić, to właśnie w tym miejscu chciałam podziękować wszystkim pracownikom wydziału za zaangażowanie, dyspozycyjność, a przede wszystkim doskonałą współpracę, dzięki której możliwa była sprawna zmiana siedziby wydziału.

Czyli praca w komunikacji na pozór może wydawać się monotonna?

Ze względu na liczne zmiany, jakie wprowadza Ministerstwo Transportu, nie można mówić o monotonności. Przepisy wciąż ulegają modyfikacji, zatem każda zmiana wymaga od nas ponownego zapoznania się z ich  treścią.  Bez wiedzy merytorycznej nie moglibyśmy rzetelnie wykonywać swoich zadań. Przez te 40 lat naprawdę wiele się działo. Niektóre moje obowiązki były bardzo specyficzne. Prócz pracy przy tzw. „biurku” w latach 80-tych konieczna była wymiana tablic rejestracyjnych z wyróżnikiem województwa skierniewickiego. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom instytucji posiadających dużą bazę transportową, wymiany tej dokonywano bezpośrednio w siedzibach tych firm. Przez cały czas niezbędna jest również ścisła współpraca z organami ścigania.

W jaki sposób?

O Internecie i komputerowych bazach danych nikt wtedy nawet nie marzył. W każdym wydziale komunikacji musiała być osoba odpowiedzialna za pomoc w ustaleniu właściciela pojazdu. Było to konieczne, gdy dochodziło  do poważnego wypadku drogowego, najczęściej śmiertelnego. U nas właśnie ja pełniłam tę funkcję.

Gdzie tkwił haczyk?

Ustalenie właściciela faktycznie jest problemem. Chodziło bardziej o formę, w jakiej to przebiegało. Musiałam być w pełni dyspozycyjna. Ponieważ nie było telefonów komórkowych, a nie każdy miał aparat stacjonarny, musiałam każdorazowo zgłaszać zmianę adresu, pod którym można mnie zastać. Policjanci przyjeżdżali po mnie np. podczas Wigilii, którą spędzałam u brata w Łowiczu. Rekord padł, kiedy budzili mnie trzy razy jednej nocy.

 

Pełen tekst rozmowy w najnowszym wydaniu "Ziemi"

A A A
20.08.2013
godz.08:09
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość