przejdź do Sochaczew.pl
167674 odwiedzin
Emocji na scenie nie da się opisać

(...) Ja po prostu uwielbiam koncertować. Lubię kontakt z publicznością i to w każdej formie. Gramy też chętnie w klubach. Jest to jednak zupełnie inny klimat. Na takie biletowane koncerty przychodzą ludzie, którzy lubią i najczęściej regularnie słuchają reggae...

 

Z Kamilem Bednarkiem,  idolem nie tylko fanów muzyki reggae i gwiazdą Dni Sochaczewa rozmawia Agnieszka Poryszewska.


Dużo podróżujesz z zespołem po Polsce. Jednego dnia potraficie koncertować na prestiżowych imprezach, jak Top Trendy, a następnego jedziecie na Dni Sochaczewa. To przemyślana strategia czy przypadek?

Ani to, ani to. Ja po prostu uwielbiam koncertować. Lubię kontakt z publicznością i to w każdej formie. Gramy też chętnie w klubach. Jest to jednak zupełnie inny klimat. Na takie biletowane koncerty przychodzą ludzie, którzy lubią i najczęściej regularnie słuchają reggae.

A imprezy plenerowe?

To wyzwanie. Jak już mówiłem, w klubach występujemy dla ludzi o określonych muzycznych gustach. Plenery są okazją, żeby przekonać ludzi do naszej muzyki, pokazać im coś innego.

To działa?

Pewnie. Obserwuję publiczność. Czasem widzę kogoś kto stoi z niezadowoloną miną gdzieś z boku. Mija jeden, drugi, trzeci utwór, patrzę, a tu temu samemu człowiekowi już „nóżka chodzi”, zaczyna się rozkręcać. W ogóle uważam, że jeżeli chodzi o muzykę, trzeba być otwartym. Nie można z góry zakładać, że ten lub inny koncert mi się na pewno nie spodoba. Zresztą gdybym w to nie wierzył, nie jeździłbym z koncertami do mniejszych miejscowości.

Jak jesteś w nich odbierany?

Bardzo dobrze. Często jest tak, że publiczność z mniejszych miast fajniej bawi się na koncertach, niż ta wielkomiejska. Zresztą widzisz, dostałem do losu wielką szansę i staram się ją jak najlepiej wykorzystać. W sumie w wieku 22 lat udało mi się spełnić swoje marzenia. Mam możliwość grania i robienia muzyki dla szerokiej i różnorodnej publiczności. Chciałbym zachęcić ludzi, żeby pochopnie nie rezygnowali ze swoich pasji.

Występujecie niemal codziennie, wczoraj wróciliście np. z Sopotu. Zmęczenie daje się we znaki?

Rzeczywiście ostatnio zrobiliśmy trochę kilometrów. Za to niedługo będziemy mieli kilka dni przerwy. Z drugiej strony jest takie powiedzenia, że jeżeli się robi to, co się lubi, nie przepracowuje się ani jednego dnia.

Czujesz, że udało ci się już zerwać z wizerunkiem artysty z talent show?

Myślę, że tak. Coraz mniej osób postrzega mnie przez ten pryzmat. Nie ukrywam, że bez tego ciężko byłoby mi się przebić. Byłem przecież osobą zupełnie spoza muzycznego środowiska. Nie miałem też pieniędzy żeby „zaistnieć”. Od tego czasu wydałem dwie płyty, sporo występuję…

Druga z płyt była nagrywana na Jamajce. Jak udało wam się zorganizować wyjazd?

To było moje wielkie  marzenie. Mieliśmy możliwość pracowania z muzykami Boba Marleya czy Shaggy’ego. W organizacji pomógł nam Mirosław Dzięciołowski czyli Maken. Od końca lat 80-tych zajmuje się promowaniem muzyki reggae. Kiedyś też nagrywał na Jamajce i wyobraź sobie, że pomimo upływu tylu lat tamci muzycy go pamiętali. Wtedy poczułem się strasznie dumny, że jestem z Polski. To były świetne dwa tygodnie.  Przede wszystkim nauczyłem się tego, żeby nie wstydzić się swoich emocji i nie kryć ich na scenie.

Wymaga to na pewno przełamania jakiejś wewnętrznej bariery?

Warto to zrobić. Ludzie wyczuwają autentyczne zachowania i potem ta dobra energia do ciebie wraca. W ogóle uczucia, które przeżywa się na scenie są nie do opisania. Kiedy widzę ludzi, którzy dobrze się bawią, są zadowoleni, nie potrafię sobie wyobrazić nic fajniejszego.

Czyli nie ma takiej opcji, że masz awaryjny plan na życie?

Nie ma. Ja po  prostu żyję muzyką.

A A A
20.06.2013
godz.13:34
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość