przejdź do Sochaczew.pl
140515 odwiedzin
Szpital pozostanie publiczny

(...) W myśl zaleceń NFZ powinniśmy  zamknąć na klucz niektóre oddziały i poradnie, a ludziom powiedzieć „idźcie się leczyć gdzie indziej”. Z prawnego punktu widzenia jesteśmy do tego upoważnieni...

 

O zagrożeniach i szansach szpitala oraz zmianach kadrowych w tej placówce z jej dyrektorem Piotrem Szenkiem rozmawia Sławomir Burzyński.

 

Zacznijmy od tego, o czym była mowa podczas posiedzenia Rady Społecznej  ZOZ, czyli opłacalności nadwykonań i ich wpływu na losy szpitala.

Trzeba najpierw przypomnieć prawdę oczywistą, że właściwie jedynym naszym płatnikiem jest Narodowy Fundusz Zdrowia, który daje pieniądze na utrzymanie szpitala. Robi to w dwóch wymiarach - w wartości i w limicie. Określa, ile będzie płacił za daną procedurę i ile tych procedur możemy wykonać. I to są tzw. kontrakty.

 

Ale mówmy o nadwykonaniach.

No właśnie, bo przecież to, co my przekroczymy ponad wyznaczone kontrakty, to są te nadwykonania, których według NFZ robić nie powinniśmy, a jeśli nawet, to nie powinniśmy liczyć, że będą zapłacone. Szpital wtedy traci, bo wykonując jakieś kosztowne badania lub zabiegi musi zapłacić z własnej kieszeni.

 

Ostatecznie jednak NFZ na ogół za nadwykonania płacił.

Tak było do tej pory. Teraz sytuacja Funduszu znacznie się pogorszyła i mówi on nam zdecydowanie, że nie zapłaci, wręcz wzywa nas i ostrzega, byśmy tych nadwykonań nie robili. A u nas w szpitalu limit na rehabilitację, ortopedię, badania specjalistyczne czy część poradni jest tak mały, że w tym roku dawno już został  wyczerpany. Zatem w myśl zaleceń NFZ powinniśmy  zamknąć na klucz niektóre oddziały i poradnie, a ludziom powiedzieć „idźcie się leczyć gdzie indziej”. Z prawnego punktu widzenia jesteśmy do tego upoważnieni.

 

Jednak podczas czerwcowego posiedzenia rady społecznej ZOZ podjęta została uchwała, aby nadwykonania robić.

To prawda, jednak od czerwca wiele się zmieniło na gorsze. Odwołano dotychczasowego dyrektora oddziału mazowieckiego NFZ i coraz wyraźniej widać, że pieniędzy na nadwykonania nie będzie. A ja w tej sytuacji muszę podjąć bardzo trudną decyzję. Czy robić to co mamy w statucie, czyli leczyć ludzi, czy ratować finanse szpitala? Głównie chodzi o ortopedię, bo tu procedury są najdroższe, i w razie niezapłacenia przynoszą największe straty. Kolejki do innych specjalistów w przypadku rezygnacji z nadwykonań, też znacznie by się wydłużyły.

 

Dlatego też, gdy podczas ostatniej Rady Społecznej zadał pan jej członkom, głównie samorządowcom z miasta i powiatu, dramatyczne pytanie, czy zadłużać dalej szpital narażając go na straty, czy obciąć lub znacznie ograniczyć nadwykonania, nastąpiła duża konsternacja. Przedstawiciele samorządów jednoznacznie się nie wypowiedzieli. Co nawet nie dziwi, bo każda z tych dwóch decyzji byłaby społecznie bardzo niepopularna.

Ostatecznie większość przychyliła się do wariantu pośredniego, który mówi, aby nadwykonania robić, ale w ograniczonym zakresie. Mówię tu o tzw. współczynniku 0,5, określającym różnicę pomiędzy tym, co posiadamy, a tym, na ile jesteśmy zadłużeni. Jeżeli dług nasz sięga połowy wartości majątku szpitala, to jeszcze nie jest najgorzej. Jeśli przekroczy tę granicę, w myśl obowiązujących przepisów trzeba będzie się przekształcać.

 

A przekracza?

Na razie nam jeszcze do tego daleko. Ale ja nie chciałbym się do niego nawet zbliżać, bo to może być niebezpieczne. Mimo to część nadwykonań będziemy robić, ale tylko dla mieszkańców powiatu. Bo przecież człowiekowi z chorym biodrem czy  kolanem po roku posypie się kręgosłup. Trzeba mieć również takie rzeczy na uwadze. Pacjent kosztuje bardzo dużo w niektórych poradniach i oddziałach, bo trzeba wykonać liczne badania, a zapotrzebowanie na te usługi też jest ogromne i one również zadłużają szpital. Dlatego zwracam się z apelem do samorządów naszego powiatu o pomoc finansową dla szpitala oraz z prośbą o wsparcie w walce o nadwykonania z NFZ.

 

Z tego co wiem, odbyło się spotkanie ze związkowcami i innymi pracownikami szpitala.

To prawda, przedstawiłem tam sytuację naszej placówki oraz moją politykę personalną, którą generalnie można sprowadzić do stwierdzenia, że jak ktoś pracuje i robi to dobrze, nie powinien się niczego obawiać. Nie mam nikogo na oku tylko dlatego, że go nie lubię.

 

Jednak, jak słyszę w szpitalu, ludzie obawiają się, bo było trochę zwolnień i wielu nie jest pewnych swojej tutaj przyszłości.

A ja zapewniam, że mimo tych obaw nie wszyscy dobrze i efektywnie pracują. Decyzje o zwolnieniach, które podjąłem, biorą się wyłącznie z logistyki. Po prostu w wielu miejscach nie potrzebuję aż tylu ludzi do pracy. I jakaś selekcja będzie jeszcze robiona. Na przykład nie mam do końca skompletowanego kierownictwa. Brakuje szefa działu logistyki. Na razie zajmuje się tym pan Chipczyński i robi to świetnie, ale on przyjął to zajęcie czasowo. A przecież to największy dział w szpitalu, który ma pod sobą pralnię, kuchnię warsztaty, czy też informatyków.

 

Czy tam będą jeszcze jakieś inne ruchy personalne?

Na pewno będą, tak jak w całym szpitalu. Jest tu na pewno przerost zatrudnienia i trzeba tę strukturę dostosować do potrzeb. Przyjmując stanowisko dyrektora zamierzałem  jedynie wszystko uporządkować, zoptymalizować załogę do lepszego jej wykorzystania.

 

Czy w trakcie prowadzonej przez pana restrukturyzacji zmniejszyło się zatrudnienie w szpitalu?

Owszem, o 16 etatów w pierwszym etapie.

 

To istotnie niewiele, biorąc pod uwagę liczebność załogi

Przecież powiedziałem już, że zwolnienia same w sobie nie są drogą do restrukturyzacji. Mamy tu ponad 600 pracowników, w tym ponad 200 samych pielęgniarek i położnych.

Pełen tekst w najnowszej "Ziemi".

A A A
03.10.2012
godz.09:38
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość