przejdź do Sochaczew.pl
167674 odwiedzin
Najmłodsza łączniczka

 

Kiedy wybuchła wojna miała 9 lat. Pomimo młodego wieku, razem z całą rodziną, działała w Armii Krajowej. Córka legendarnego „Bitka” wspomina lata wojny, okupacji, a także trudne czasy terroru Urzędu Bezpieczeństwa.

 

- Wszystko zaczęło się na początku września. Niemcy zaczęli bombardować Sochaczew, kiedy akurat wracaliśmy z kościoła. Pamiętam trupy leżące na ul. Załamanej - mówi Czesława Maria Bugaj. - Mieszkaliśmy wtedy na ul. Chopina, dzisiejszej Licealnej. Niemcy bardzo często prowadzili naloty w tym rejonie. Nieopodal znajdował się przecież strategiczny punkt - dworzec PKP. Później, kiedy tylko zaczynały spadać bomby, mój młodszy brat od razu zasypiał. Ja niestety nie mogłam.

Wojciech Piorun od razu zaczął działać w obronie cywilnej miasta. Niektórzy mieszkańcy współpracowali z późniejszym okupantem. Za pomocą sygnałów świetlnych przekazywali informacje, gdzie należy zrzucać ładunki wybuchowe. „Bitek” zajmował się m. in. określaniem skąd pochodzą.  

 

Fiolka z trucizną

Wojna obronna nie trwała długo. Po jej zakończeniu rodzina Piorunów starała się zorganizować sobie życie w nowej rzeczywistości. Wojciech Piorun niemal od razu zaczął działać w pierwowzorze AK, czyli Związku Walki Zbrojnej. Oprócz tego dostał, prestiżową w tamtych czasach, posadę  kierownika rzeźni.

- Czasy były wyjątkowo trudne, ale dzięki rodzicom, ja i piątka mojego rodzeństwa, żyliśmy godnie. Poza tym ojciec pomagał rodzinom w trudnej sytuacji finansowej oraz zakonnikom z Szymanowa - mówi Czesława Maria Bugaj. - Co jakiś czas oznaczał partię mięsa jako niezdatną do spożycia i przekazywał ją potrzebującym. Wiele osób pytało go wprost, po co się tak naraża. Ma przecież dobrą pracę i rodzinę na utrzymaniu. Ojciec był jednak patriotą,  o dużym  poczuciu sprawiedliwości, które nie pozwalało mu przejść obojętnie wobec tego, co go otaczało.

Na Wojciecha Pioruna wpłynęło kilka donosów. Sprawy udało się załatwić polubownie, m. in.  dzięki „wtyczkom” AK w gestapo i starostwie. Niestety,  w 1943 r. „Bitek” został zatrzymany i dotkliwie pobity. Był przetrzymywany na Pawiaku i na ul. Szucha. Łącznie katowano go siedem razy. Rozważał zażycie trucizny.

 

- AK-owcy nosili wszyte w ubranie fiolki z trucizną. Akurat w dniu aresztowania ojciec nie miał jej przy sobie. Prosił później matkę, by przyniosła mu ją na widzenie. Na szczęście kategorycznie mu odmówiła - wspomina nasza rozmówczyni.

 

 

Akcja w Bronisławach

Wojciech Piorun trafił na blok śmierci w Oświęcimiu. By ratować życie, jako ochotnik, zgłosił się do przeniesienia  obozu w Mathausen. Stamtąd trafił jeszcze do Lintzu. Tymczasem Julia Piorun i jej szóstka dzieci, nie dość, że postanowili przetrwać, to aktywnie włączyli się w działalność opozycyjną. Kamienica przy ul. Licealnej została miejscem spotkań członków AK.

- W naszym domu mieściła się radiostacja i sztab. Dzięki temu byliśmy na bieżąco z wszystkim, co dzieje się w kraju - mówi Czesława Maria Bugaj. - W ogóle mama była bardzo zaradna. Nigdy nie  chciała od nikogo żadnej pomocy. Nie sadzę, by ktoś inny poradził sobie w jej sytuacji tak dobrze. Ja także bardzo szybko zostałam zaangażowana w działalność konspiracyjną. Zanosiłam np. informacje do sekretarki komendanta AK. Szłam do niej z trzema pakunkami, wracałam z dwoma. Nigdy nie zaglądałam do środka, ale sądzę, że zawierały one meldunki.

Później współpraca z AK stała się jeszcze poważniejsza.  Pewnego dnia do domu Piorunów przyszła działająca w konspiracji dziewczyna.

- Zapytała, czy może zostawić u nas granaty. Powiedziałam, że tak. Wysypałam z kosza trochę ziemniaków i tam je ukryłyśmy. - opowiada  Czesława Bugaj. - Jakiś czas potem przyszedł do nas zastępca komendanta AK „Lech”, czyli Tadeusz Tuczyński. Pokazałam mu granaty, a on zrobił się blady. Powiedział, że absolutnie nie powinnam ich brać. Mogło dojść przecież do tragedii.  Chyba jednak uznał wtedy, że nadaję się do konspiracji, bo zaproponował, żebym została łączniczką w siedzibie AK w Bronisławach. Nic z tego nie wyszło, bo niedługo potem, została ona zlikwidowana przez Niemców.

O tej akcji krążą różne hipotezy. Mówi się że AK-owców wydał tamtejszy gospodarz. Wielu wydaje się to jednak mało prawdopodobne.

 - Dziwnym trafem przeżył tylko komendant „Mścisław”. Potem udało mu się ujść z życiem jeszcze dwa razy. Dla każdego, kto choć trochę zna realia tamtych czasów, to zastanawiające - mówi  Czesława Bugaj.

 

 

„Żółtek” się ulotnił

Tymczasem, wspólnie z mamą, dostarczały uzbrojenie do siedziby Armii Krajowej w dworku w Gawłowie. Przenosiły je w torbach, przechodząc  wpław przez rzekę.

- Były bardzo ciężkie, ja z kolei była drobną dziewczynką. Często musiałam iść na palcach, by nie zachłysnąć się wodą.  Zresztą te wyprawy nie skończyły się dla mnie dobrze. W końcu strasznie się przeziębiłam - opowiada.

Z dworkiem związanych jest kilka interesujących opowieści. Niemcy wybudowali nieopodal niego okopy. Kobiety niosąc broń musiały je pokonać. Nie było to łatwe. Pewnego razu pomoc zaoferował im niemiecki policjant, tzw. „żółtek”. Od razu zorientował się, że ich torby są podejrzane. Nagle z wnętrza budynku wysunęła się lufa. Policjant zauważył ją. Przerażony po prostu... ulotnił się.

Innym razem, tuż przed wybuchem powstania warszawskiego Julia Piorun poprosiła córkę, by poczekała na nią w kuchni. Dziewczynka ledwo zmieściła się w pomieszczeniu wypełnionym młodymi mężczyznami. Czekali na udział w walkach w stolicy.

- Później uświadomiłam sobie, że prawie wszyscy z nich zginęli, choć wcale nie musiało tak być - mówi Czesława Bugaj. - Części powstańców udało się opuścić Warszawę. Chcieli iść dalej, ale otrzymali rozkaz, by czekać na zgrupowanie. Potem było już za późno. Zostali zabici przez hitlerowców.

W czasie wojny zdarzyło się też, że uratowała życie dwóch osób. Do kamiennicy przy ul. Licealnej przyszli żandarmi aresztować niejakiego Sikorskiego. Obstawili cały budynek. Dziewczynce udało się wymknąć, ponieważ matka poprosiła Niemców by ją wypuścili, bo musi iść na lekcje. Kiedy się zgodzili, początkowo udawała, że kieruje się do  szkoły. Gdy  żandarmi stracili ją z oczu, pędem pobiegła na ul. Staszica, gdzie w warsztacie pracował poszukiwany. Zastała go razem z działającym w AK znajomym. Mężczyźni uciekli w ostatniej chwili.

- Zaraz potem nadjechali hitlerowcy. W tym całym zamieszaniu chyba mnie nie skojarzyli. Bardzo się wtedy bałam. Pomimo że było jeszcze dużo czasu do rozpoczęcia zajęć, poszłam do szkoły i schowałam się pod ławką. Bałam się że Niemcy po mnie przyjdą  - mówi.

 Więcej w najnowszym numerze.

Agnieszka Poryszewska

 

A A A
27.08.2012
godz.22:02
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość