przejdź do Sochaczew.pl
167512 odwiedzin
Rozpoczęły się przesłuchania świadków

Trwa proces sądowy w głośnej sprawie Domu Pomocy Społecznej w Młodzieszynie. Sąd negatywnie rozpatrzył wniosek o dobrowolne poddanie się karze złożony przez Barbarę P., byłą kasjerkę w DPS. Zeznania złożyło też dwoje pierwszych świadków, dzięki którym nieprawidłowości w placówce ujrzały światło dzienne.

Zgodnie z przepisami, wniosek o dobrowolne poddanie się karze może zostać przyjęty jedynie wtedy, gdy strony postępowania się na to zgodzą. Była kasjerka w DPS, Barbara P. proponowała, że przyjmie wyrok w wymiarze dwóch lat bezwzględnego pozbawienia wolności, a także wypłaci pokrzywdzonym kwoty zadośćuczynienia, w tym Starostwu Powiatowemu w Sochaczewie ponad 5.000 zł oraz Domowi Pomocy Społecznej w Młodzieszynie – blisko 50.000 zł. Na to rozwiązanie nie zgodziło się jednak starostwo, argumentując, że woli, aby wszyscy winni naprawili wyrządzone szkody solidarnie. Wniosek przepadł i oskarżona P. będzie sądzona w normalnym trybie. Sąd odebrał od niej wyjaśnienia.

Oprócz długów nic nie zyskałam
Barbara P. zaznaczyła, że nie przyznaje się do popełnienia zarzucanych jej czynów w takim kształcie, w jakim postawione zostały w akcie oskarżenia. Co prawda uczestniczyła w toczącym się w DPS procederze, ale, jak pokreśliła, nie działała ze z góry podjętym zamiarem osiągnięcia korzyści majątkowej. Twierdziła też, że nie działała w porozumieniu z innymi osobami, w tym z dyrektor DPS Justyną N. Podkreślała również, że nie brała udziału w żadnych ustaleniach prowadzących do dokonania czynów objętych aktem oskarżenia. Jak stwierdziła, nigdy też nie miała zamiaru popełnienia tych czynów, a została do tego zmuszona przez dyrekcję DPS.

- Ja wielokrotnie płakałam z powodu tej sytuacji. Kilka razy zdarzyło mi się, że zasłabłam. Bałam się o pracę, bo byłam w wieku przedemerytalnym, a nie byłam jeszcze objęta ochroną. Bałam się, że pani dyrektor mnie zwolni, na co nie mogłam sobie pozwolić, bo w dalszym ciągu spłacam kredyt, który przez panią dyrektor musiałam zaciągnąć – mówiła.

Według oskarżonej, kiedy na koniec roku stan kasy się nie zgadzał, zaciągała kredyty, aby z własnych środków wyrównać braki.

Oskarżona wyjaśniała, że kiedy próbowała temat tych braków i faktu, że sama je uzupełniała, poruszyć z panią dyrektor, ta ją ignorowała. Nie zawiadomiła o nieprawidłowościach organów ścigania, bo była przekonana, że nikt by jej nie uwierzył, a pracę straciłaby z dnia na dzień, bo była jedną z osób zmuszonych do podpisania wniosku o rozwiązanie stosunku pracy z wolnym miejscem na wstawienie daty.

- Ja z tej działalności przestępczej w domu pomocy, to oprócz długów nic nie zyskałam – przekonywała P.

Co do uzyskanych korzyści stwierdziła, że może kilka razy pani dyrektor kazała jej przekazać jakieś drobne kwoty. Podkreśliła też, że nie wie, na jakie kwoty i jakie zakupy robili inni oskarżeni, bo praktycznie nie brała udziału w takim procederze. Wyliczyła trzy wyjazdy – dwa do Wólki Kosowskiej i jeden do sklepu Maksimus, na które została zabrana w charakterze, jak to ujęła, przewodnika. Podkreśliła, że o ogromie nieprawidłowości przekonała się dopiero w trakcie przesłuchań na w prokuraturze.

- Owszem, faktury przechodziły przez moje ręce, ponieważ jako kasjerka musiałam wpisać każdą fakturę w raport i rozliczyć się z pieniędzy, jednak nie wszystkie na raz, tylko stopniowo. Rzeczy, które panie kupowały nie widziałam, bo przynosiły mi tylko fakturę. Potem patrzyłam już tylko na kwotę i numer faktury, bo po prostu nawet nie chciałam już tego widzieć – wyjaśniała oskarżona.

Świadek potwierdza ustalenia prokuratury
Na rozprawie 9 października udało się przesłuchać dwóch pierwszych świadków. Annę Krukowską która pracowała w DPS jako referent w dziale księgowości oraz byłego pracownika gospodarczego ośrodka Eustachiusza Zientarę.

Jak zeznała Anna Krukowska, w DPS zajmowała się księgowaniem depozytów pensjonariuszy i jej uwagę zwróciły wysokie kwoty, które były z nich pobierane. Zdziwiło ją to do tego stopnia, że zaczęła dociekać na co mieszkańcy wydają takie pieniądze. Jednak spotkała się ze swoistą zmową milczenia pozostałych pracowników. Z czasem zorientowała się, że pieniądze z kont mieszkańców są wyprowadzane. Sprawę starała się poruszyć z Barbarą P. oraz Elżbietą G., byłą księgową w DPS, jednak jej uwagi, jak zeznała, pozostawały bez echa, a proceder trwał.

Anna Krukowska zwróciła też uwagę na podpisywanie umów o pracę z osobami, które jej nie świadczyły. Zauważyła, że pracownicy otrzymywali niższe pensje, niż wynikałoby to z ich umów. Nie umknęły jej również zakupy prywatne robione na konto DPS. Jak zeznała, o odkrytych nieprawidłowościach rozmawiała z byłym wicestarostą Januszem C., ale jedyne co uzyskała, to sugestię, żeby „się dogadała z panią dyrektor”. Rozmowy z Justyną N. nie udało się jednak podjąć.

Świadek podzieliła się z sądem swoją wiedzą na temat nieprawidłowości w DPS i wyjaśniła, w jaki sposób ją zdobyła. Objaśniła też mechanizmy kontroli w DPS, które odbywały się przed wybuchem afery i, jak wiadomo, nie stwierdzały nieprawidłowości. Pytana o udział byłej dyrektor PCPR Barbary B. w procederze wyprowadzania pieniędzy z DPS i PCPR zeznała, że z jej wiedzy wynika, iż ta godziła się na pewne nieprawidłowości w obawie przed utratą zatrudnienia.

Świadek zarzuca więcej niż prokuratura
Jak podkreślał w swoich zeznaniach Eustachiusz Zientara, zdecydował się zawiadomić organy ścigania o nieprawidłowościach w DPS przede wszystkim dlatego, że nie mógł znieść krzywdy, która działa się pensjonariuszom ośrodka. Stwierdził, że był świadkiem, jak płacząc wykłócali się na korytarzu, że są okradani z pieniędzy.

Zientara relacjonował, jak przez prawie rok starał się zainteresować sprawą Centralne Biuro Antykorupcyjne i Centralne Biuro Śledcze, jednak żadna z tych instytucji nie chciała jej podjąć z braku twardych dowodów. Z początku nie otrzymywał też wsparcia od pracowników DPS, którzy bali się zeznawać.

Świadek stwierdził, że w kwietniu 2013 roku rozmawiał z ówczesnym wicestarostą Januszem C. i poinformował   go   o   szeregu nieprawidłowości   w   DPS. Rozmowa miała odbyć się w samochodzie na parkingu. Z relacji Zientary wynika, że C. był bardzo miły i odnosił się do niego grzecznie, do czasu kiedy ten stwierdził, że należy zwolnić Justynę N. ze stanowiska dyrektora DPS. W tym momencie C. miał stwierdzić „no i co z tego, że dziewczyny sobie dorobiły parę groszy?”. Według świadka wicestarosta miał na myśli Justynę S. i byłą kierownik działu opiekuńczo-terapeutycznego w DPS Elżbietę R. Z relacji zeznającego wynika, że domagał się od C., by pensjonariuszom DPS zwrócone zostały ukradzione pieniądze. C. miał stwierdzić, że trudno byłoby obliczyć, ile poszczególnym pensjonariuszom oddać.

Jak twierdzi świadek, po tej rozmowie Justyna N. i Janusz C. zaczęli fabrykować przeciwko niemu dowody. Zientara podkreślał, jak niebezpieczne było dla niego zajmowanie się sprawą DPS:

- Ulica mówiła, że dostanę pałą w łeb, albo że będę miał podcięte hamulce – zeznał.

Mimo tego, nie zrezygnował i starał się skłonić pracowników DPS do złożenia zeznań. Pierwszy był Mirosław Szymański. Zientara wspomniał też o kasjerce Barbarze P., która wyniosła z ośrodka dokument świadczący o nieprawidłowościach przy wypłacaniu premii i nagród. Na pomoc zdecydowały się również, magazynierka Barbara R. i Anna Krukowska. I to zeznania tych osób oraz pozyskane dokumenty doprowadziły do wybuchu afery DPS.

Świadek odniósł się też do nieprzyjemności, które go później spotkały. Miał być szykanowany przez Justynę N., która między innymi złożyła przeciw niemu zawiadomienie o rzekomym prześladowaniu i gwałcie.

Do sprawy powrócimy.

Sebastian Stępień
sebastian.stepien@sochaczew.pl

A A A
12.11.2019
godz.08:42
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość