przejdź do Sochaczew.pl
167675 odwiedzin
Najlepszy matematyk

Czasu zbyt mało, by napisać rzeczowy wspomnieniowy tekst  dotyczący człowieka dla mnie istotnego, zwłaszcza w perspektywie zawodowej. W tym roku szkolnym, po dobrej zmianie w edukacji, dużo dzieje się w szkole, ale przychodzi moment, żeby się zatrzymać i wspomnieć profesora Tadeusza Tomaszewskiego, matematyka z liceum Chopina. Wspomnienia będą miały kształt migawek z tamtej rzeczywistości, z mojego licealnego życia.

Z sochaczewskiego LO Chopina, po trzech latach studiów polonistycznych, trafiłam do warszawskiego LO Witkacego – do słynnej wówczas w Polsce autorskiej szkoły stworzonej przez Jolantę Lipszyc, zajmującej w rankingach miejsca na podium. Szkoła to do dziś miejsce, bez którego nie potrafię długo funkcjonować. Skąd to się wzięło? Nie mam pojęcia, nie było to z pewnością kontynuacją rodzinnej tradycji. W dzieciństwie od zawsze bawiłam się w szkołę, a potem…. Potem trafiałam na ludzi, których tak wiele teraz we mnie, w moich kontaktach z uczniami, sposobie prowadzenia lekcji. Jednym z nich był właśnie profesor Tomaszewski, pan Tadzik. Gdyby nie on, nie byłabym pewnie dziś entuzjastką edukacji i nauczycielką. Profesor Gołkowska była wychowawczynią mojej licealnej klasy o profilu matematyczno-fizycznym – dość dziwnej grupy ludzi, z przeważającą liczbą chłopców. Już wtedy czuliśmy, że był to rodzaj jakiegoś życiowego farta. Po kilka godzin w tygodniu spędzaliśmy z tymi nauczycielami, Gołkowska uczyła nas języka polskiego, Tomaszewski matematyki. To był znakomity tandem. Pani Maria i pan Tadzik często byli razem obok nas. O nim mówiło się w Sochaczewie, że to najlepszy i najbardziej charyzmatyczny matematyk – nic dziwnego więc, że uczył w klasie matematyczno-fizycznej.

Chodziłam do mat-fizu, a trafiłam na filologię polską. I tu pierwsze wspomnienie – profesor uparł się, bym zmieniła zdanie. Chodził za mną i mówił, po co takiej dziewczynie polonistyka, co ty polskiego będziesz uczyć, weź się zastanów, idź na SGH albo chociaż na prawo. Byłam uparta, on też. Tuż przed maturą powiedział mi, że coś wymyśli, by zmienić moje plany życiowe na bliższe matematyce. I tak zrobił. Maturę i ustną, i pisemną zdawałam oczywiście z matematyki. Z pisemnej dał mi dostateczny – tak się tej oceny nie spodziewałam, że przepłakałam kilka nocy. Ale i z tego wyciągnęłam jakąś lekcję – teraz oceniając uczniów na ważnych sprawdzianach czy maturze, zawsze myślę o tym, jakie emocje dana ocena może w nich wzbudzić, to wszak tylko ocena. Tej trójki na maturze z matematyki długo nie mogłam zrozumieć. Dlatego doskonale pamiętam dzień, w którym wracałam w czasie studiów do domu pociągiem i na stacji spotkałam pana profesora Tomaszewskiego. Rozmawialiśmy, a on nagle wyciągnął wielką czekoladę i powiedział, że to dla mnie za tę maturę, co mi nie poszła, i że co ja najgłupszego zrobiłam, idąc po mat-fizie na polonistykę. Zapytał, czy studiuję ciekawe rzeczy i czy mi z tym dobrze. Kiedy usłyszał, że tak – pochwalił za upór i determinację, i dodał, żebym pamiętała, że matematyka uczy szacunku dla prawdy.  Dość często opowiadam teraz o tym uczniom. Mówię im o profesorze Tadziku, który zarówno dał mi życiowego kopniaka, jak i wyznaczył kierunek relacji belfer-uczeń.

Profesor Tomaszewski do każdego z nas mówił raczej po nazwisku, nikomu za bardzo to nie przeszkadzało, bo po pierwsze pamiętał te nazwiska, a po drugie był w tym żartobliwy i wiedział, kogo na ile stać! Jeśli nie czuł w kimś matematycznego geniusza, nie męczył bardzo. Kolega z klasy, wspominając profesora Tomaszewskiego, napisał: wiedział, że matematyka nie jest moją mocną stroną i pozwalał, abym się nie zmuszał i szukał swojego. Taki właśnie był profesor, w tym była jego moc. Z matematyki też nie byłam orłem. Wielokrotnie wystawałam w mękach pod tablicą i wysłuchiwałam, jak profesor tłumacząc zadanie, wygłaszał swoje złote myśli, typu: skąd to się wzięło – dziewczyno, no z kółek rolniczych. Stojąc pod tablicą, zawsze byłam zaciekawiona tym, jak mocno był pobrudzony kredą i tym, co pod nosem mówił niby do mnie, niby do siebie.

Z perspektywy lat widzę, jakie było to ważne, by móc obcować z takim człowiekiem. Profesor Tomaszewski nie tylko prowadził dobrze swoje lekcje, ale potrafił, ucząc matematyki, toczyć z nami ciekawe rozmowy. Byliśmy szaloną klasą, dość zgraną, wymyślaliśmy wiele wyjść i wyjazdów. Nasze pomysły trochę przerastały profesor Gołkowską. Dlatego też, kiedy już coś sobie zorganizowaliśmy, to często zwracaliśmy się do profesora   Tomaszewskiego z prośbą, by wziął nas pod opiekę. Zwykle się zgadzał. Był z nami na wycieczce rowerowej do Granicy, na której po drodze strofował wszystkich, że sportowcy to z nas żadni, że nawet na rowerze nie potrafimy jeździć. Dlatego teraz, gdy myślę sobie o tym, kto był wychowawcą mojej klasy, to niewątpliwie byli to i profesor Gołkowska, i profesor Tomaszewski. To team, który trudno wyrzucić z pamięci. Dopełniali się jak mało kto.

Niedawno   pisałam wspomnienie   poświęcone profesor Gołkowskiej, teraz przyszedł czas na profesora Tomaszewskiego. Myślę, że profesor tam w niebiańskim pokoju nauczycielskim rozmawia z profesor Gołkowską. I że krzyczy do niej swoje oj tam, oj tam, i opowiada z energią o jakimś sportowym wydarzeniu, wycierając wyświechtane kredą ręce o spodnie. Jak zwykle.

Agnieszka Ciesielska (wtedy Dominiak)
wicedyrektorka LXIV LO w Warszawie
Matura 1993

A A A
24.10.2019
godz.07:50
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość