przejdź do Sochaczew.pl
97314 odwiedzin
Dwaj panowie M.

Ilekroć wspominamy mojego tatę, młodsze ode mnie pokolenie rodziny widzi go jako starszego pana, zimą chodzącego „od święta”, czyli na wizyty i do kościoła, w długich, czarnych lśniących oficerkach i odpowiednich do tego spodniach.

A ja wiem nawet, skąd takie buty w głębokim PRL-u i to w Sochaczewie się brały. Stoją za tym dwaj panowie M., czyli bracia: Stanisław (już nieżyjący) i Józef Madanowscy.

Dobrze wykształceni w swoim szewskim zawodzie robili buty na miarę. Dyplomowany czeladnik -  pan Józef - przygotowywał cholewki, bo jest cholewkarzem albo inaczej kamasznikiem, a jego starszy brat, pan Stanisław, mistrz szewski, opracowywał całość przedsięwzięcia, czyli właśnie owe wspomniane błyszczące oficerki, jakie obecnie najczęściej ogląda się na filmach o tematyce wojennej.

Panowie M. byli starannie wyedukowani: Józef praktykował u pana Lucjana Przydatka, a Stanisław zdobywał szewskie szlify u Jana Szymaniaka, u którego pracowali czterej wysoko wykwalifikowani warszawscy fachowcy. Trafili do naszego miasta po powstaniu 1944 roku i już tu zostali. Byli to ludzie, jak podkreśla pan Józef, o nieprzeciętnych umiejętnościach w swoim zawodzie. A ja piszę „podkreśla”, bo często zachodzę do zakładu szewskiego prowadzonego do chwili obecnej przez młodszego z braci. Przynoszę tu swoje, nieco sfatygowane buty, aby pan Józef przybił mi nowe fleczki, a raz nawet przyszłam poprosić o poratowanie mojego skórzanego płaszczyka, przy którym rozerwał się rękaw. Oczywiście pomoc uzyskałam.

Mimo że starszy z braci, Stanisław Madanowski, nie żyje już kilkadziesiąt lat, pan Józef nadal wspomina jego ogromne zdolności rzemieślnicze. Chwali się też swoją siostrą, uznaną hafciarką i koronkarką. O sobie natomiast skromnie mówi, że mógłby się jeszcze przydać i przypomina czasy, kiedy wykonywał obuwie ortopedyczne dla ludzi z całej Polski.

- Zaczęło się od krótkiego przeszkolenia u ortopedy, pani doktor Miklaszewskiej z Warszawy, która później zaczęła przysyłać do mnie pacjentów z różnymi schorzeniami, potrzebujących specjalnego obuwia. Pisała krótkie wytyczne na kartce, a ja, według tych wskazówek, robiłem buty dla konkretnej osoby - wspomina pan Józef i wyjmuje z szuflady kilka takich karteczek, przechowywanych do dziś.

Nasz rozmówca nadal wykonuje poprawki i naprawy obuwia ortopedycznego, warto więc przypomnieć, że jego zakład znajduje się w jednym z pawilonów przy pl. Kościuszki.

Każda moja wizyta w zakładzie pana Madanowskiego, poza zwykłym załatwieniem sprawy, kończy się rozmową o tym, co było. A było i bywało różnie. Pan Józef wspomina, ile to trzeba było się natrudzić, żeby zdobyć odpowiednią skórę na mające powstać buty. Czasami korzystano z nielegalnych garbarni, liczono też na pomoc działającej w latach 50., 60. Wielobranżowej Spółdzielni Pracy.

Mimo tych trudności, nie jedynych, jakimi „umilano” życie prywaciarzom, powstawały ładne, trwałe buty. Najlepszym dowodem na ich wyśmienitą jakość może być fakt, że po śmierci mojego ojca (wczesne lata 80.), jego kilkuletnie oficerki sprzedałam jakiemuś amatorowi jazdy konnej za sumę około dwóch moich miesięcznych nauczycielskich pensji. Do tego dodałam prawidła (takie drewniane wkładki do butów w kształcie ludzkiej stopy i łydki) oraz „pieska”, przyrząd do zdejmowania oficerek, też drewniany, przypominający trochę siedzącego, podpartego przednimi łapkami małego pieska.

A pan Madanowski, mający dziś 84 lata i nadal pomagający w obuwniczej sprawie sochaczewskiej społeczności, często rozmawia ze mną o swoim fachu. A kiedy mówi, słychać w jego głosie taką, zasługującą na szacunek, zawodową dumę. Widać, że wykonywana przez niego praca dawała mu życiową satysfakcję, że ją lubił i cenił. I to jest piękne.

Barbara Sobkowicz, sos

A A A
19.12.2017
godz.14:50
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość