przejdź do Sochaczew.pl
94014 odwiedzin
Jadą wozy kolorowe taborami

W tym odcinku Maciej Bieguński wraca do wędrówki po Sochaczewie lat pięćdziesiątych. Wspomina m.in. „świński” rynek, ciągłe braki w zaopatrzeniu, ale też radośniejsze chwile - zabawy na lodzie, kąpiele w Bzurze czy swoją fascynację cygańskim życiem...

Przy głównym placu znajdowała się Gospoda Ludowa kategorii IV, czyli najniższej z istniejących w PRL-u. Podawano tam wodnistą zupę z chlebem, jajka w majonezie i gorzałkę, której nigdy w Polsce nie brakowało. Najbardziej okazałym domem w mieście była kamienica Kobka, w której swoją kancelarię miał adwokat Markuszewski. Jego syn Wojciech kształcił się na uniwersytecie w kierunku chemii. Z kolei przy Staszica mieścił się zakład kowalski Gellertów, których córka Hanna kończyła ze mną liceum w roku 1954.

Często towarzyszyłem mojej babci w drodze na rynek nazywany „świńskim”. Kupić można tam był masło, biały ser, śmietanę i drób, zabijany na miejscu na życzenie klienta. Zaopatrzenie w żywność było wówczas stałą troską mieszkańców miasta i powiatu. Chleb, w postaci dwukilogramowych bochnów, pojawiał się w piekarni z rana, lecz zawsze w niewystarczającej dla wszystkich klientów ilości. Przyczyną tego stanu rzeczy był brak mąki na rynku.

W czasie zimowych ferii dzieci i młodzież wylegała na zamek. Największym wzięciem cieszyła się jazda na butach, potem na sankach. Kiedy zamarzała rzeka, na lodzie graliśmy w hokeja, używając kijów zrobionych z gałęzi. Łyżwy były dwojakiego rodzaju: śniegówki (mocowane do obcasów za pomocą uchwytów) albo turfy (mocowane za pomocą tzw. plastynków). Latem ulubionym miejscem spotkań był brzeg Bzury. Niestety rzeka była ustawicznie zatruwana przez przemysł. Przynajmniej dwa, trzy razy w roku pokrywały ją tysiące śniętych ryb. Gdy weszło się do wody mającej nienaturalnie brązowy odcień oraz woń fenolu, strasznie piekły oczy. W końcu, aby się wykąpać, jeżdżono do Gawłowa, gdzie stan wody był lepszy.

Centrum telefoniczne Sochaczewa znajdowało się w gmachu poczty, gdzie zamówić można było rozmowy lokalne bądź zamiejscowe, na które nierzadko czekało się nawet godzinę. Posiadaczy prywatnych telefonów – takich na korbkę i bez tarczy, było niewielu. Nawet ci, którzy mieli aparat w domu, łączyli się z innymi abonentami przez pocztę. W takich warunkach UB miała pełen wgląd do tego, kto z kim i o czym rozmawia przez telefon.

Do miasta prowadziła przedwojenna szosa brukowana klinkierową cegłą. W Sochaczewie było wówczas tylko kilka samochodów, a jedyne prywatne auto należało do pana Szepietowskiego. Niemal cały ruch kołowy odbywał się furmankami oraz oczywiście konnymi dorożkami, które zimą zastępowano saniami.

Jednym z bardziej radosnych i kolorowych wspomnień z mojej młodości jest obraz cygańskich taborów, które rozbijały swoje obozowiska nad Bzurą. Wozy skręcały z mostu w kierunku zamku i tam Cyganie rozkładali swój dobytek. Zwykle do miasta zjeżdżało nawet kilkanaście wozów – barwnie udekorowanych rysunkami girland kwiatów, roślin i innych dekoracji. Ich wystrój i „stan techniczny” świadczył o zamożności właścicieli, podobnie jak konie w zaprzęgu. Każda z rodzin miała też psa stróżującego. Społeczność ta rządziła się własnymi prawami, którego jednym ze zwyczajów było zawieranie wczesnych związków małżeńskich. Wiele dziewcząt zostawało matkami przed ukończeniem czternastego roku życia. Młodociane matki zasiadały wokół ogniska karmiąc niemowlęta, a obok kręcili się niewiele starsi ojcowie. Wieczorami odbywały się cygańskie libacje ze śpiewami i muzyką. Po takiej imprezie obóz budził się do życia dopiero koło południa. Kobiety wystrojone w szerokie spódnice wylegały w kierunku miasta. Wiele z nich dzierżyło w dłoni dowód na swoje magiczne talenty – wysłużoną talię kart. O wiarygodności ich wróżb zdania są mocno podzielone. Cyganki zaglądały też do podwórek i ich uwadze nie umknęła ani susząca się bielizna ani przechadzająca się po obejściu kura. Mężczyźni sprzedawali za to patelnie i oferowali usługi w bieleniu miedzianych naczyń lub kotłów. Pokrywanie ich cyną było kunsztem cygańskich taborów. Zazwyczaj starszy wiekiem Cygan umieszczał naczynie w ognisku, a gdy osiągnęło wymaganą temperaturę, wsypywano do środka sól. Gdy ta zaczynała dymić rozprowadzano ją z pomocą lnianych szmat. W odpowiednim momencie do wnętrza należało wrzucić grudki cyny, która pokrywała ścianki błyszczącą warstewką. Na koniec wyczyszczone przedmioty przelewano wodą. Przyglądałem się uważnie temu procesowi i robiłem to na tyle skutecznie, że potem sam bieliłem rodzinne rondle.

A A A
20.09.2017
godz.08:45
 
wydarzenia

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość