przejdź do Sochaczew.pl
141124 odwiedzin
Trzy muzyczne pokolenia Pacholskich

Dla znajomych Benek lub Beni, dla rodziny - Janusz, dla uczniów - pan profesor. Dla wszystkich - legenda muzyczna nie tylko Sochaczewa. Sam o sobie rzadko opowiada, a jeśli już, to tyle, że kocha to, co robi. Bernard Janusz Pacholski od 50 lat profesjonalnie zajmuje się muzyką, którą skutecznie zaraził wiele pokoleń uczniów, ale przede wszystkim najbliższą rodzinę - córki i wnuki. To już trzecie muzyczne pokolenie Pacholskich.

Spotykamy się w szkole muzycznej: Bernard Pacholski - multiinstrumentalista, który uczył się gry na akordeonie, fortepianie, klarnecie i kontrabasie, a mógłby zagrać na wielu innych instrumentach, aranżer, nauczyciel, twórca orkiestry dętej i big-bandu w szkole muzycznej, a wreszcie facet, który muzykę ma w głowie i we krwi. Jego córka Marta Pacholska-Panasiuk od 28 lat nauczycielka w sochaczewskiej szkole muzycznej, a od dwóch jej wicedyrektor. Mateusz Panasiuk, syn Marty i wnuk Bernarda, absolwent PSM i student Akademii Dziennikarstwa i Realizacji Dźwięku w Warszawie.

Marta powie po spotkaniu, że najważniejsze, aby w artykule znalazła się opowieść ojca o jego dzieciństwie i młodości, bo mimo że są ze sobą tak blisko, nawet ona nie znała tej historii.

Jak Janko Muzykant
Bernard pochodzi z rolniczej, ale bardzo muzykalnej rodziny. W Wyczółkach, gdzie się urodził, jego tata był komendantem ochotniczej straży pożarnej. Nie znał ojca, bo ten zmarł zanim mały Benek pojawił się na świecie, ale wie, że i rodzina, i cała wiejska społeczność była bardzo rozśpiewana.

- Moje wspomnienia o tacie pochodzą od mamy, która była ze mną w siódmym miesiącu ciąży, kiedy dostała wiadomość o śmierci męża. Zmarł na zapalenie płuc w drodze na front. Jestem dzieckiem wojny, urodziłem się w 1942 roku i takie historie były powszechne. Mężczyźni ginęli w walce, umierali od chorób, albo po prostu przez lata nie wracali do domów i nikt nie wiedział, co się z nimi stało. Zachowałem jednak piękne wspomnienie ojca, którego przecież nie znałem. Myślę, że to było także jedno z ostatnich wspomnień mojej mamy: oddział wyruszający na wojnę, śpiewający „Żołnierz drogą maszerował”, a wśród nich mój tata, piękny, postawny mężczyzna. Ten obraz do dziś noszę w sercu - wspomina Bernard Pacholski.

Był piąty, najmłodszy z rodzeństwa, do czasu kiedy mama powtórnie wyszła za mąż.  Wtedy urodziły się jeszcze dwie przyrodnie siostry. Mimo że wszyscy w rodzinie mieli świetny słuch i pięknie śpiewali, to on przejawiał największe zdolności muzyczne.

- Od kiedy pamiętam, grałem „na żebrach”, to znaczy udawałem, że trzymam w ręku akordeon, który był wtedy najpopularniejszym instrumentem, i na nim wygrywałem na niby zasłyszane piosenki. Głosem imitowałem dźwięki, a rękoma ruchy instrumentu. Albo nalewałem wodę w butelki i jakimś patykiem na nich grałem. Wodę nalewało się dlatego, że pełne szkło wydawało inny dźwięk niż pusta butelka - opowiada przyszły muzyk.

Wszyscy w koło powtarzali, żeby go rozwijać muzycznie, posłać do szkoły w Warszawie, ale w tych czasach wiejskie dziecko mogło co najwyżej o tym pomarzyć. Aż przyszedł czas, kiedy Benek dostał pierwszy akordeon. Mieszkający w Sochaczewie dziadek, człowiek zamożny, bo właściciel fabryczki, która zatrudniała 15 osób, podarował mu mały ośmiobasowy akordeon (normalny ma co najmniej 120 basów). Co prawda nie mógł na nim wygrać do końca melodii, bo kończyła mu się skala, ale radość była ogromna. I zaczęły się podwórkowe recitale późniejszego szefa big-bandu. Pamięta rytuał, kiedy po kolacji wychodził do ogródka, w którym przepięknie pachniały peonie, i ze słuchu grał wszystkie śpiewane wtedy piosenki. Wspomina, że ten jego mały francuski akordeon było słychać aż pod jednostką wojskową w Bielicach.

Muzyczny świat Beniego
To zdarzenie nadało kierunek dalszemu życiu naszego bohatera. Co prawda ojczym był przeciwny muzycznej edukacji pasierba, ale starsze siostry, w tajemnicy, zabrały go do Warszawy na przesłuchania do szkoły muzycznej przy ul. Globusowej. Był rok 1959 i 17-letni  Benek pomyślnie zdał egzaminy. Nie było to łatwe, bo na jedno miejsce przypadało 23 chętnych. Po trzech miesiącach oczekiwania na wolne miejsce, prawdziwy, 120-basowy akordeon stał się nieodłącznym towarzyszem Beniego.

- Podczas przesłuchań jeden z nauczycieli zwrócił uwagę na moje duże i mało elastyczne ręce i stwierdził, że mogę mieć problemy z techniką gry. I rzeczywiście, do dziś wkurza mnie, że nie mogę zagrać tego wszystkiego, co mam w głowie - dodaje.

Miał jednak dużo szczęścia, bo trafił na wspaniałego, przedwojennego nauczyciela, wtedy już staruszka, który potrafił robić cuda z instrumentem. Pacholski do dziś pamięta jak jego mistrz zagrał polkę szabasówkę. Smaczku tej historii dodaje fakt, że muzyka rozrywkowa, a nie daj Boże jazz, były surowo zabronione. Uczono się i grano jedynie utwory klasyczne.

Problem rąk się pogłębia, bo Bernard dojeżdża na zajęcia pokonując najpierw trzy kilometry pieszo z Topołowej, gdzie wtedy mieszkali, do Piasecznicy, a stamtąd pociągiem do Warszawy. Drugi taki kurs robi po szkole, a po powrocie pomaga w polu. Nauczycielskie zakazy nadwyrężania rąk zawisają w próżni, bo wiejska rzeczywistość rządzi się swoimi prawami.

Po roku nauki i świetnie zdanym egzaminie z akordeonu, przyszły muzyk „za karę” dostaje jako główny instrument kontrabas, a na otarcie łez - akordeon i klarnet jako dodatkowe oraz oczywiście fortepian. Szkołę skończy z opóźnieniem, bo w trakcie nauki musi odsłużyć wojsko. W 1964 roku odbiera dyplom ukończenia szkoły muzycznej I stopnia. Później skończy jeszcze średnią szkołę muzyczną przy ul. Świętojerskiej, trzy lata instytutu organistowskiego i Akademię Muzyczną w Warszawie.

Jeszcze w trakcie nauki podejmuje pierwszą pracę w Domu Kultury Dzieci i Młodzieży w Piastowie. Przez kolejne lata to właśnie placówki kultury, także w Sochaczewie, będą jego miejscem zatrudnienia. Aż do 1977 r., kiedy otrzyma etat w Państwowej Szkole Muzycznej w Sochaczewie. Jednak zanim do tego dojdzie, Bernard Pacholski, jak sam mówi, przeżyje najpiękniejszy czas w swoim życiu. Do głosu dojdzie jazz, który zawsze był jego marzeniem. Przełom lat 60. i 70. muzyk spędzał w warszawskiej Stodole, grając w zespole Royal-Rag. Te jazzowe klimaty przeniósł wkrótce do Sochaczewa, tworząc pierwszy zespół dixielandowy. Oprócz Bernarda jako lidera (klarnet), grali w nim: Edward Kamiński (trąbka), Henryk Miłek (puzon), Jacek Brzozowski (piano), Wojciech Kubik (banjo, gitara), Stanisław Lewandowski (suzafon) i Edward Zagajewski (perkusja). Zespół istniał od 1968 do 74 r.

40 lat pracy w sochaczewskiej szkole muzycznej to nie tylko tysiące godzin spędzonych z uczniami, to także setki koncertów i mnóstwo sukcesów zespołów prowadzonych przez profesora Pacholskiego, m.in. orkiestry dętej i big-bandu. I tak naprawdę to temat na oddzielny artykuł.

Domowe festiwale
Marta Pacholska-Panasiuk mówi ze śmiechem, że jest zapleczem technicznym dla innych. Mimo że przeszła całą edukację muzyczną, najpierw w sochaczewskiej PSM, później wychowanie muzyczne w bydgoskiej akademii na kierunku prowadzenie zespołów wokalnych i instrumentalnych, twierdzi, że o ile tata i Mateusz chodzą z nutami w głowie, ona swoje powołanie odnajduje w działalności pedagogicznej i organizacji życia muzycznego.

Bernard przypomina ciekawą historię związaną z Martą, która skończyła klasę fortepianu i po kilku latach, już jako nauczycielka PSM, podjęła w niej naukę gry na flecie. Po czterech latach edukacji u prof. Pawła Leszczyńskiego, wraz z innymi uczniami, stanęła na scenie ze swoim programem dyplomowym na flet. Ma także za sobą działalność wokalną z big-bandem.

Kiedy pytam, czy w ich domu czuło się artystyczną atmosferę, z rozbrajającą szczerością mówi, że nawet jeśli, to za sprawą mamy, która w przeciwieństwie do ojca, zawsze była w domu.

- Mama jest również bardzo uzdolniona, choć raczej w kierunku plastycznym, dekoratorskim, aranżacji wnętrz, ale nie zaniedbywała naszej edukacji muzycznej. To ona, a nie tata, po raz pierwszy przyprowadziła mnie do szkoły muzycznej i to ona towarzyszyła naszym dziecięcym zabawom - wspomina. - Ja zawsze miałam głowę pełną pomysłów związanych z organizowaniem „imprez muzycznych”. Jako małe dziewczynki organizowałyśmy z siostrą Renią festiwale sopockie w domu. Mama pomagała nam przygotowywać stroje, zapraszałyśmy widownię złożoną z rodziny i z dezodorantem (zamiast mikrofonu) w ręku wyśpiewywałyśmy aktualne przeboje (śmiech). Podobnie działo się, kiedy Mateusz był mały i bębnił po wszystkim, co znalazł w domu - moje garnki, jego pudełka z klockami, a nawet samochody. Robiłam z nim bilety, zapraszałam rodzinę i wszyscy słuchaliśmy, jak Mateusz wali pałeczkami (znowu śmiech).

Renia (skrzypaczka), druga córka państwa Pacholskich, ukończyła Akademię Muzyczną w Warszawie, ale kilka lat temu wyprowadziła się z Sochaczewa do Kobyłki, gdzie mieszka z mężem akordeonistą (też po akademii - z dumą dodaje Benek) i 7-letnią córką Mają, która właśnie rozpoczęła naukę gry na harfie.

W stronę jazzu
Mateusza od dziecka ciągnęło do perkusji i podobnie jak dziadka - do jazzu. Jazz to jego wielkie marzenie, ale jest realistą i wie, że perkusista pracuje wszystkimi kończynami i że wystarczy zwykłe złamanie, aby uniemożliwiło mu to wykonywanie zawodu muzyka. Dlatego zdecydował się najpierw skończyć studia, które pozwolą mu zarabiać na życie. Po dyplomie z perkusji w PSM rozpoczął naukę w Akademii Dziennikarstwa i Realizacji Dźwięku w Warszawie. Poznaje tam tajniki nagłośnienia instrumentów, kameralnych występów i dużych imprez plenerowych. Dzięki temu, kiedy będzie już świetnym perkusistą jazzowym (śmiech), będzie mógł nagłośnić samego siebie podczas koncertu.

Nie przestaje jednak grać, a w nocy, żeby nie budzić rodziny, ćwiczy na padzie. Dzięki temu wyrabia technikę. Korzysta też z każdej wolnej chwili, aby słuchać, jak grają inni - ci najlepsi. Muzyka kręci go od zawsze.

- Mój pierwszy poważny występ „zaliczyłem” w big-bandzie dziadka mając 13 lat. Pamiętam związaną z tym zabawną historię. Pani prowadząca koncert chciała podkreślić nasze rodzinne związki i zapowiedziała: oto przed państwem, po raz pierwszy na scenie, Mateusz Pacholski! Na co sala buchnęła śmiechem.

Potem z big-bandem grał na stałe, a jego pokaz dyplomowy na marimbie przeszedł do historii szkoły. Pytam, jak z pozycji młodego człowieka ocenia pracę i dokonania dziadka.

- Teraz zaczyna się doceniać starą szkołę, którą reprezentuje dziadek. Gra w orkiestrze czy big-bandzie pozwala młodym ludziom bawić się muzyka, czerpać z niej przyjemność, nie zapominając o dobrych podstawach do muzykowania. Ja sam przeszedłem taką szkołę i teraz jestem za to wdzięczny. A tak w ogóle to dziadek robi kawał świetnej roboty - podsumowuje Mateusz.

Do tej „świetnej roboty” będziemy wracać, bo dla Bernarda Pacholskiego najbliższy czas obfituje w jubileusze. Ma za sobą 50 lat działalności artystycznej i 40 lat pracy pedagogicznej w Państwowej Szkole Muzycznej w Sochaczewie. W przyszłym roku 35-lecie obchodzić będzie big-band, a 25-lecie orkiestra dęta. Mamy więc nadzieję na muzyczne święto z udziałem zespołów i ich twórcy.

Jolanta Śmielak-Sosnowska
jolanta.sosnowska@sochaczew.pl

 

A A A
08.03.2017
godz.14:10
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość