przejdź do Sochaczew.pl
166130 odwiedzin
Malowanie to prawdziwa przyjemność

Ma duży dystans do swojej twórczości. Twierdzi, że ciągle się uczy, a to, co maluje, bardziej opiera się na intuicji niż gruntownym warsztacie. Mimo to jego prace wzbudzają coraz większe zainteresowanie. O malowaniu i płynącej z tego przyjemności z Włodzimierzem Chilickim rozmawia Jolanta Śmielak-Sosnowska.

Właściwie dopiero od trzech lat pana nazwisko zaczęło się pojawiać wśród sochaczewskich plastyków. Od jak dawna Pan maluje?
Wszystkim rządzi przypadek, no i predyspozycje. Zawsze lubiłem rysować. W szkole podstawowej byłem chwalony za portrety Stalina i Lenina (śmiech). Ale w czasie dalszej edukacji i pracy zawodowej moje zainteresowania zeszły na drugi plan.

Kim Pan jest z zawodu?
Jestem inżynierem mechanikiem. Skończyłem wydział energetyczny na Politechnice Warszawskiej i w 1968 r. przeprowadziłem się do Sochaczewa, bo dostałem pracę w swoim zawodzie w Energomontażu - Północ, firmie, która swoje najlepsze lata ma już niestety za sobą.

I wyjeżdżał Pan na kontrakty zagraniczne?
No pewnie. Większość fachowców z Energomontażu jeździła za granicę budować tam elektrownie. Byliśmy dobrzy w tym fachu. Jeździliśmy zarówno do krajów socjalistycznych, jak i kapitalistycznych. Wtedy było duże zapotrzebowanie na specjalistów w tej dziedzinie.

To kiedy wziął się Pan za malowanie?
Dopiero po przejściu na emeryturę w 1997 r. Okazało się, że mam dużo wolnego czasu, a rysowanie jest wielką przyjemnością. Z tym że cała moja wiedza na ten temat jest intuicyjna. Jestem samoukiem, który przeczytał trochę wydawnictw na temat sztuki, poradników dotyczących rysunku i malarstwa.

I od czego Pan zaczynał?
Najpierw były portrety wykonywane pastelem. Zrobiłem ich naprawdę dużo. Część na zamówienie, inne dla znajomych i rodziny. Potem były kwiatki, bo to łatwe.

Słyszę dużo samokrytyki w pana wypowiedziach.
No bo kwiatki są naprawdę łatwe. Zwłaszcza jak się je kopiuje. Od tego zaczynałem, bo tak pisali w podręcznikach. Żeby się uczyć, kopiując dzieła mistrzów. Wielokrotnie powtarzałem pewne elementy, nabierając wprawy. I jakoś poszło. A jeden „kwiatowy” obrazek  sprzedałem kilka razy. To była róża w szklanym wazonie.

Coraz częściej jednak można oglądać, tak jak teraz w galerii Miejskiej Biblioteki Publicznej, urocze akwarelki przedstawiające ciekawe fragmenty Sochaczewa.
Bardzo się bałem używania farb. Po prostu nie umiałem nimi operować. Prawdziwy przełom nastąpił, kiedy zapisałem się na Uniwersytet Trzeciego Wieku. Tam poznałem wiele osób, a wśród nich Nelę Bryłowską, która prowadzi zajęcia grupy plastycznej. Ona nauczyła mnie wielu rzeczy, pokazała, jak się zabrać do malowania architektury, jak komponować przestrzeń, a nawet jak narysować chmury. Na takiego samouka jak ja czyha wiele pułapek (śmiech) i dobrze mieć kogoś, kto pokieruje, pokaże.

Namalował pan około 20 obrazków przedstawiających różne zakątki miasta. Ale to jeszcze nie koniec cyklu?
Chciałbym go kontynuować, bo jest jeszcze parę miejsc wartych utrwalenia.

Na przykład?
Od dawna zbieram się do namalowania sochaczewskiego rynku, ale nie chodzi mi o plac Kościuszki, tylko o targ. To bardzo ciekawe miejsce, pełne życia. Przyglądałem się także frontonowi Szkoły Podstawowej nr 7 w Chodakowie. To budynek z bardzo ciekawą architekturą.

Prezentował Pan wcześniej swoje prace?
Od lat 90. brałem udział w Sochaczewskim Laurze. Nie we wszystkich edycjach, bo nie zawsze miałem do pokazania nowe rzeczy, ale była szefowa domu kultury w Chodakowie - Teresa Mazippus zawsze mnie do tego motywowała. Mówiła: przynieś, pokaż swoje prace! No to przynosiłem i czasami nawet mnie wyróżniano.

Po raz pierwszy publicznie, w formie wystawy, zaprezentował Pan swoje prace podczas otwarcia zrewitalizowanego wzgórza zamkowego.
To prawda. Tym razem namówiła mnie do tego Agata Kalińska - szefowa miejskiej promocji.

Ma pan po prostu odpowiednich znajomych (śmiech).
Tak można powiedzieć. Wtedy odbyła się moja pierwsza indywidualna wystawa poświęcona miastu, później te prace znalazły się w kalendarzu wydanym przez ratusz.

Ostatnio zrealizował Pan trudne zadanie. Na uroczystościach wojskowych 17 września oglądaliśmy wykonany przez Pana portret majora Feliksa Kozubowskiego.
Rzeczywiście to była trudna praca, ale nazwałbym ją raczej wizerunkiem, a nie portretem. Wykonanie jej zajęło mi miesiąc. To był mój osobisty wkład w te obchody. Od dowódcy wiem, że portret ma być zalążkiem izby pamięci, jaką jednostka chce stworzyć swojemu patronowi. Ale to pewnie trochę potrwa.

Z zainteresowaniem będziemy śledzić Pana kolejne prace.
Czuję się mocno zmotywowany.

A A A
17.10.2016
godz.09:38
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość