przejdź do Sochaczew.pl
165839 odwiedzin
Chodaków w czasie wojny

W poprzednim odcinku moich wspomnień krótko nadmieniałem, że w lipcu 1944 r. Niemcy szykują się do obrony przed Armią Radziecką, wykorzystując siłę roboczą Polaków. Dzisiaj więcej na ten temat.

Niemcy wprost szaleją z kopaniem rowów i umocnień obronnych w okupowanej Polsce. Sołtysi (władza podporządkowana Niemcom na prowincji i na wsi) chodzą od domu do domu, wyznaczając mieszkańców Chodakowa i okolic, aby ci stawiali się następnego dnia u sołtysów. Tam czekają podwody, czyli gospodarze ze wsi z wozami konnymi, aby odwieźć ludzi na wyznaczone miejsca. Na te zbiorcze punkt stawiają się moi starsi koledzy: Mieczysław Strzeszewski, Zdzisław Kotyniak, Karol Engwert. Z budynków fabrycznych: Ryszard Kruk, Jerzy Zacharski, Jurek Chaba z Kistek i kilku innych, których nazwiska po tylu latach zatarły mi się w pamięci. Wiem, że w sumie było ich dziewięciu. Niemcy z okopów w Sochaczewie wywieźli ich do kopania rowów i umocnień za Warszawę.

Ale Rosjanie cały czas idą do przodu, wyzwalając kolejne miasta i prawie dochodzą do stolicy. Toteż moi starsi koledzy długo nie zabawili. Kopali te rowy tylko przez dwa czy trzy dni i, wśród rozrywających się pocisków atakujących wojsk radzieckich i polskich, ratowali się czołganiem i ucieczką. Uciekali prawie razem z żołnierzami niemieckimi wycofującymi się pod naporem Armii Czerwonej. Gdzieś tam po drodze zdążyli u Niemców załatwić przepustkę z pieczątką, aby mogli wrócić do Chodakowa. Uciekali z piekła, które tam się rozpętało, docierając na przedpola Warszawy.

Wtedy jeszcze nie wiedzieli, że 1 sierpnia wybuchło w stolicy powstanie i toczą się krwawe walki. Zostali schwytani przez Niemców i postawieni nad wykopanym już rowem, podobnie jak wielu młodych mieszkańców Warszawy. Ale moi koledzy mieli przepustkę niemiecką, która uratowała im życie i umożliwiła powrót do domu. Później opowiadali mi, że gdy tylko oddalili się od tego wykopanego rowu, usłyszeli serię wystrzałów z karabinu maszynowego. Ci, którzy tam zostali, zginęli.

Wiem z opowiadań, że powstanie warszawskie wybuchło m.in. dlatego, że Niemcy wydali rozkaz, aby 1 sierpnia 1944 roku w wyznaczone miejsca w Warszawie stawiło się 10 000 mężczyzn. Mieli oni kopać umocnienia na przedmieściach Warszawy, o czym do tej pory mało kto wspomina. Dowództwo AK obawiało się, że w ten sposób zostanie uszczuplona siła bojowa walczącego podziemia i nie będzie można przeprowadzić żadnych działań bojowych o większym znaczeniu.

Wspominałem już w „Ziemi Sochaczewskiej” o rodzinie Dziarnawskich, która w 1943 roku wyprowadziła się do Warszawy z powodu zagrożenia ze strony żandarmerii niemieckiej. Henryk i Ignacy Dziarnowscy brali udział w powstaniu. W czasie walk w Śródmieściu pan Ignacy tylko na chwilę wychylił się z okna, gdy otrzymał postrzał w prawe płuco. Jego brat Henryk poszedł z innymi, aby zlikwidować snajpera, który zza komina sąsiedniej kamienicy strzelał m.in. do Ignacego. Zlikwidowali „gołębiarza”, ale zostali schwytani przez Niemców.

Pan Henryk trafił do obozu koncentracyjnego Mauthausen, podobnie jak wielu powstańców. Zginął w 1945 roku, na trzy miesiące przed zakończeniem wojny. Miał 34 lata. Jego rodzina po upadku powstania wróciła do Chodakowa. Przyjechali tak jak stali, tzn. w tym, co mieli na sobie. Uszczupliło to nasz stan posiadania o poduszkę, którą moja mama im podarowała.

Przyszedł też do nas jeden z uciekinierów z Warszawy, prosząc o wsparcie. Pamiętam jak opowiadał: miałem pięknie urządzony warsztat ślusarski, nowoczesne maszyny do obróbki metali, a w tej chwili pozostał mi tylko klucz. Zamknąłem nim warsztat, którego już nie ma.

Ireneusz panfil

A A A
08.01.2016
godz.12:18
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość