przejdź do Sochaczew.pl
154054 odwiedzin
Minister mówi jak jeść

Resort zdrowia, po tym jak zgodził się na to by nasze dzieci kupowały w szkole drożdżówki, zapowiada wydanie specjalnej publikacji poświęconej nowym zasadom żywienia w placówkach. Z poradnikiem czy bez niego, trwa w nich prawdziwa rewolucja. Postanowiliśmy sprawdzić, jak radzą sobie z nią sochaczewskie podstawówki i gimnazja.  

Tzw. rozporządzenie sklepikowe ma być głównym orężem w walce z nadwagą i otyłością wśród najmłodszych. W to, że powinno jeść się zdrowe i zbilansowane posiłki chyba nikt nie wątpi. Co do tego, że nowe regulacje skłonią do tego najmłodszych, zdania są podzielone.

Kontrabanda
Najprościej rzecz ujmując dzieci mają jeść jak najmniej soli, cukru, tłuszczów i konserwantów. Na cenzurowanym znalazło się mnóstwo jedzenia nazywanego potocznie „śmieciowym”. W szkołach nie uświadczysz już chipsów, napojów gazowanych, fast-foodów, batoników, wafelków i wielu innych rzeczy, które, z dietetycznego punktu widzenia, wołają o pomstę do nieba. Niestety, do tego grona dołączyły też np. owocowe jogurty i słynne na cała Polskę drożdżówki. Każdy, kto złamie rozporządzenie musi liczyć się z karą do 5 tys. zł.

- Jak zwykle w naszym kraju popadamy ze skrajności w skrajność. Słyszałam, że kwitnie „kontrabanda”. Szkoła nie zamknie wszystkich sklepów w swojej okolicy, więc dzieci i tak przynoszą słodycze – powiedziała nam mama chłopca ze Szkoły Podstawowej nr 4. - Z drugiej strony na pewno uczniowie mają mniejszy dostęp do niezdrowych przekąsek i z tego się cieszę.

Krzysztof Werłaty, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 3, mówi, że to, że dzieci przynoszą słodycze widać po zawartości koszy na śmieci. Rodzice pakują do plecaków słodkości i na to nikt nie ma wpływu. Zasadniczo jednak w kwestiach żywieniowych szkoła radzi sobie dobrze. Nie zanotowano spadku liczby dzieci korzystających z obiadów.

- Według mnie ubyło by ich tylko wtedy, gdybyśmy podnieśli stawkę. Przez brak soli nikt nie zrezygnuje. Dwudaniowy, smaczny obiad kosztuje u nas 3,2 zł, zwykła bułka w sklepiku to wydatek 3 zł. To mówi samo za siebie – twierdzi.

Parówka idealna
W nowych realiach dobrze radzi sobie też Gimnazjum nr 1. Dyrektor Małgorzata Gorgis przyznaje, że obiady bez przypraw bywają mdłe, zwłaszcza jeżeli w menu są np. ryby. Jej uczniowie nie przeżyli za to jakiegoś drastycznego szoku, ponieważ szkoła zawsze dbała o jakość posiłków. Nie podawano produktów garmażeryjnych czy zupek w proszku. Dbano by było nietłusto i smacznie. W poprzednich latach przeprowadzono szereg programów profilaktycznych o tematyce zdrowego żywienia.

- Osoba, która prowadzi nasz sklepik, zawsze stawiała na jakość, nie ilość. Z tego co wiem zawsze dobrze sprzedawały się kanapki z pełnoziarnistego pieczywa z dodatkiem warzyw i woda mineralna. W wakacje nasz ajent przygotował się do działalności z uwzględnieniem nowego rozporządzenia. Dzięki temu uczniowie mogli kupić choćby słodkie pieczywo na miodzie – mówi dyrektor Gorgis.

Poza tym gimnazjaliści z „jedynki” nie mogą na przerwach wychodzić poza teren szkoły. Dyrekcja uznała, że ze względów bezpieczeństwa (ruchliwa ulica) będzie to zabronione. Przy okazji uniknięto wycieczek do pobliskich sklepów.

Na bardzo interesującą kwestię zwróciła nam uwagę Teresa Zawisza-Chlebowska, dyrektor Gimnazjum nr 2.

- Już w ubiegłym roku szkolnym wraz z panią kierownik świetlicy uczestniczyłam w szkoleniu z zakresu „rozporządzenia sklepikowego”. Jadłospis układa nam dietetyk. Moim zdaniem posiłki są bardzo smaczne – mówi. - Najwięcej problemów mają państwo którzy prowadzą u nas sklepik. Wiem że do sprawy podeszli bardzo poważnie. Fakty są jednak takie, że to co jest dostępne na rynku, kompletnie nie współgra z zasadami rozporządzenia.

Zdaniem pani dyrektor reforma powstała „zza biurka”. Twórcy oczekują by w sklepikach można było np. kupić soki o określonej zawartości cukru w plastikowych butelkach nie większych niż 0,33 l. Najbliższe miejsce gdzie można takie kupić to Warszawa. Sprowadzanie ich ze stolicy generuje dodatkowe koszty. Podobnie jest z parówkami. Zgadza się albo zawartość soli albo mięsa w produkcie. Z doświadczeń sklepikarzy z Gimnazjum nr 2 wynika, że parówka idealna jeszcze nie powstała.

Naciski na spagetti
Dyrektor Zawisza-Chlebowska widzi czasem, że niektórzy uczniowie dosalają obiady.

- Myślę, że wynika to w dużej mierze z przekory. Gimnazjaliści lubią negować narzucane im zasady – mówi. - Nie znaczy to wcale, że nie lubią jeść zdrowo. Ze sklepiku znikają miksy owoców i warzyw przygotowywane na miejscu.

Dzieci dosalają też w Szkole Podstawowej nr 4. Personel mówi też że „były naciski na spagetti”. Uczniowie chcieliby jeść nie tylko klasyczne, polskie obiady. Zasady są jednak nieubłagane i, co najważniejsze, z każdym dniem  lepiej się sprawdzają.

- Dobrym przykładem jest pełnoziarniste pieczywo. Na początku dzieci w ogóle nie chciały go jeść. Teraz są zachwycone i nie wyobrażają sobie powrotu zwykłego pszennego chleba. Codziennie rozdajemy owoce, doprawiamy posiłki ziołami, zamiast majonezu używamy jogurtu naturalnego – usłyszeliśmy. - Naszym zdaniem najbardziej odczuwalną dla dzieci zmianą nie są ograniczenia dotyczące soli czy cukru, ale zakaz stosowania mieszanek zawierających glutaminian sodu. Sztucznie wyostrzają one smak potraw i stąd niektórym może wydawać się, że teraz są niedoprawione. Co ciekawe, najmniej zauważyły to najmłodsze dzieci, czyli te, których smak ukształtował się w przedszkolu.

Kucharki z „czwórki” codziennie wydają ponad 430 obiadów. Na masowym żywieniu znają się jak mało kto. Najlepszą reklamą ich pracy jest to, że nie dość, że nikt  nie zrezygnował z chodzenia na obiady. Co więcej kolejka chętnych czeka, czy może nie zwolni się miejsce.

Agnieszka Poryszewska

A A A
15.10.2015
godz.14:24
 

Zapisz się na newsletter

najnowsze zdjęcia
kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość